4 lipca 2016

To już nie jest pytanie "czy?", tylko "kiedy?"

Dostaję sporo zapytań typu "A jak Wam się żyje w Niemczech z uchodźcami?". Specjalnie nie ruszałam tutaj tego tematu , bo wiem, ile emocji on wywołuje. Do tej pory pozwoliłam sobie  w tej kwestii tylko na komentowanie języka mediów zarówno niemieckich, jak i polskich. Teraz jednak, kiedy po stosunkowo sporej liczbie zapytań o niemiecką codzienność w nowej sytuacji społecznej, spróbuję podołać postawionemu przede mną zadaniu.
Wiem, że posty blogów są zawsze dość subiektywne i choć staram się przy wielu tematach zaprezentować Wam różne kwestie z możliwie obiektywnej perspektywy - zbieram informacje z różnych źródeł, siedzę i szukam statystyk, to w ostatecznym rozrachunku prezentuję Wam i tak informacje przefiltrowane przez moją subiektywną ocenę. Dziś będzie jeszcze bardziej subiektywnie niż zazwyczaj, jako że w temacie uchodźców pewne obszary pod względem danych stanowią pustynię. Dopiero od stosunkowo niedługiego czasu zaczęto w Niemczech otwarcie tematyzować pewne kwestie. Dlatego też na pytanie, jak nam się żyje z uchodźcami odpowiem krótko: "Niepewnie."
Po pierwsze niepewnością napawa fakt, że o pewnych rzeczach długi czas tutaj się nie mówiło. Każdy, kto tylko wyraził wątpliwość, czy pokazał po prostu niechęć wobec polityki kanclerz Merkel był niemalże od razu klasyfikowany jako neonazista. A przecież osoba bojąca się, czy wątpiąca wcale nie musi mieć nic wspólnego z latającymi z siekierami i wymazującymi swastyki ludźmi.
Po drugie w końcu w pierwszym tygodniu po Wielkanocy podano do opinii publicznej informację (na programie Phoenix), jakoby RFN "zgubiła" 600 000 uchodźców. W ostatnim tygodniu przed Wielkanocą mówiono o 200 000, po świętach liczba ta wzrosła trzykrotnie... Urząd do Ochrony Konstytucji tłumaczył to faktem, jakoby służby bezpieczeństwa założyły, iż uchodźcy bez dokumentów będą na granicy podawać swoje prawdziwe dane. Efekt jest taki, że teraz ponoć nie do końca wiadomo, gdzie Ci ludzie są, czy w Niemczech, czy gdzie indziej. Ten sam Urząd przyznał, iż 70% uchodźców zostało wpuszczonych na terytorium Niemiec na tzw. "gębę". W tym samym oświadczeniu Urząd do Ochrony Konstytucji przyznał także, iż nie myślano, że ISIS zdecyduje się (cytat) "na tak niebezpieczny krok, by wysłać swoich ludzi wraz z uchodźcami"(!). Siedziałam przed telewizorem i słuchałam tych nowin z otwartą szczęką. "Normalne przedszkole." tłukła mi się myśl po głowie. "A co w tym niebezpiecznego, jeśli okazuje się, że czy masz papier, czy nie i tak możesz przejść?"
Jechałam jakiś czas temu PolskimBusem. Na granicy wzięto nas do kontroli. Pewna Austriaczka nie miała przy sobie dowodu, tylko prawo jazdy. Pogranicznicy zidentyfikowali ją, ale za brak dowodu musiała zapłacić bodajże 100 EUR kary... a tutaj radośnie się wpuszcza każdego, kto coś tam wybąka pod nosem i heja: "Życzymy szczęśliwej podróży  i miłego pobytu.".
Albo artykuły jak ten z kwietniowego "Spiegla" o niewolnicach seksualnych ISIS, zakończony niby "happy endem" jak to jakiś ekspert niemieckiego pochodzenia poleciał do obozów dla kobiet, którym udało się uciec z niewoli i wybrał(!) te najbardziej straumatyzowane, by przyjechały z nim do Niemiec. Szlag mnie trafia. Tutaj długi czas kraj stał z otwartymi ramionami dla każdego, a tam, gdzie te biedne kobiety są zostawione same sobie dokonuje się ich selekcji na podstawie ich traumy! A jak to w ogóle porównać?! Zważyć, zmierzyć?
Faktem jest, że problem uchodźców jest wieloaspektowy. Z ludzkiego punktu widzenia człowiekowi w potrzebie powinno się pomóc. Szczerze też trzeba powiedzieć, że to świat zachodni doprowadził do tego całego bajzlu na Bliskim Wschodzie (no właśnie, a gdzie się podziali Amerykanie jak przyszło do spijania rozlanego mleka?). Całe lata żyliśmy też sobie radośnie w dobrobycie, na który po części harowali tani pracownicy z Azji. Ciąży zatem na nas moralna odpowiedzialność i teraz przyszedł czas, by ją ponieść. Zwróciła się do nas cała masa jednostek, każda z jej indywidualnym losem. Jednocześnie jednostki te składają się na tłum, który - powiedzmy to otwarcie - może już stanowić pewne niebezpieczeństwo. I w końcu mamy politykę, która w moim osobistym pojęciu kompletnie zawaliła.

Stół obrad w siedzibie kanclerza Niemiec

"Damy radę" powiedziała Angela Merkel decydując się na otwarcie granic, tylko że kraj nie był na to w ogóle przygotowany. Służby graniczne nie były w stanie skontrolować napływających ludzi w takiej liczbie. Służby medyczne zaczęły informować, że wraz z przybyciem uchodźców w Niemczech pojawiły się też na nowo choroby, które były uznane w tej części świata za zwalczone. Ale co to za choroby, jakie jest zagrożenie epidemiologiczne już się nie mówi. Część z przybyłych osób, w których przypadku stwierdzono, że są nosicielami chorób zagrażających ogółowi objęto kwarantanną, ale skoro służby graniczne nie dały rady zidentyfikować tożsamości wszystkich lub chociaż większej części uchodźców, to zastanawiam się, czy służby medyczne nie mają ograniczonego pola działania.
Do szkół trafiły z dnia na dzień dzieci uchodźców. Bez znajomości języka, bez jakiegokolwiek sprawdzenia posiadanych już przez nich umiejętności poprzydzielano ich w ślepo do różnych szkół. Nagle na zajęciach z filozofii siedzieli nic nie rozumiejący Somalijczycy, ale podczas jednej z debat z kanclerz ta chwaliła się, jak płynnie włącza się uchodźców w życie społeczne. "Dzieci uchodźców już chodzą do szkół.". Niby tak, ale całą pracę przerzucono na nieprzygotowanych na tę okoliczność nauczycieli. Ministerstwa Oświaty niejednokrotnie nie oferują im żadnego wsparcia. Same szkoły często nie dysponowały osobami, które byłyby w stanie uczyć niemieckiego jako języka obcego. Na uczelni, gdzie i ja pracuję spytano docentów, czy nie poprowadziliby zajęć z uchodźcami - 30 godz. tygodniowo, nieodpłatnie... Oczywiście nikt się nie znalazł. Przecież z czegoś ludzie muszą  żyć. Nikt im w zamian czynszu nie opłaci. A nauka niemieckiego w grupach z uchodźcami potrafi być niezwykle wymagającą pracą. W wielu przypadkach potrzebna jest wcześniej cała alfabetyzacja. Nie tylko dlatego, że przybysze nie znają alfabetu łacińskiego, ale okazało się, że wbrew jesiennej reklamie, jakoby do Niemiec napływali całkiem nieźle wyedukowani ludzie, 2/3 z uchodźców nie ma żadnego wykształcenia. Tylko zastanawiam się na czym oparte są te wyniki, skoro 600 000 ludzi "zgubiono". Podobnie zresztą jak w przypadku liczb odnośnie przybyłych wraz z uchodźcami osób o powiązaniach terrorystycznych. Przed Wielkanocą, gdy przyznano, że 200 000 ludzi gdzieś się służbom niemieckim zawieruszyło, to jednocześnie ogłoszono, iż z całą pewnością 12 z nich jest terrorystami. Po Wielkanocy mówiono już iż 1100 osób z posianych 600 000 ma mieć rzekomo powiązania z islamistami (na TV Phoenix). Tylko zastanawia mnie skąd takie dane, skoro nie wiadomo, co to za ludzie?
Jedno jest pewne i o tym mówimy całkiem głośno w Niemczech - to już nie jest pytanie "czy", tylko "kiedy"? Bo z taką masą  ludzi nieznanego pochodzenia jest więcej niż pewne, że do jakiegoś ataku terrorystycznego tutaj dojdzie. Kilka zamachów podobno już udaremniono.
I zastanawiam się, na ile możliwa jest integracja tych ludzi. Całe lata pracowałam na lepsze porozumienie między kulturami, ale tu brak mi środków. Wśród znajomych mamy wprawdzie sporo obcokrajowców, ale w przypadku Kurdów ze smutkiem obserwujemy, jak proces integracji się nie powiódł (wbrew pianiu, jakoby było inaczej). Czwarta generacja już rośnie - urodzona w Niemczech, żyjąca w swoim niewidzialnym na pierwszy rzut oka państwie. Mam też niezłe relacje z kilkoma Nigeryjczykami, choć już w kontaktach z nimi potrafi nieraz dojść do problemów, bo nasze europejskie oczekiwania na płaszczyźnie zawodowej potrafią się rozjechać z ich pojęciem właściwie wykonanego zadania i  prośby o poprawki potrafią odbierać jako rasistowskie ataki. Z jednej strony nawet ich rozumiem. Z rozmów z Polakami wiem, że wielu naszych rodaków czuje się w Niemczech jak ludzie gorszego sortu. Podobne odczucia pewnie dręczą też przybyszy z Afryki. Niemniej tego typu reakcje utrudniają niezmiernie komunikację. Oni nie za bardzo umieją wyjść ze swojego schematu myślowego, a my miotamy się w modelach komunikacji i niejednokrotnie stoimy na koniec z rozłożonymi rękoma.
Z uchodźcami z Bliskiego i Środkowego Wschodu rzecz wydaje się jeszcze trudniejsza. Choć nie prowadzę sensu stricte kursów integracyjnych, ani tych typowych z uchodźcami, to co jakiś czas i ci ludzie trafiają do mnie. W jednej grupie mam Afgańczyka. W Niemczech jest już od około dwóch lat. Sam, bez rodziców. Mieszka w ośrodku dla młodzieży, gdzie ma też kolegów i koleżanki niemieckiego pochodzenia. Wydawać by się mogło, że powinno się go łatwiej zintegrować i nauczyć szanować wartości, jakimi kierujemy się w Europie. Czy aby? Na zajęciach w ramach ćwiczeń na czasowniki modalne daję zadanie "Napiszcie zasady, jakie miałyby obowiązywać w państwie Waszych marzeń" i Soltan zaczyna pisać... co dla dziewczyn w państwie jego marzeń byłoby zabronione. "To wolny kraj. Jeśli takie miałyby być zasady państwa Twoich marzeń, to pisz, tylko powiedz mi jedno: jeśli panująca w Niemczech codzienność Ci się nie podoba, to co tutaj właściwie robisz?" pytam się. Soltan robi wielkie oczy, patrzy na mnie, aż się przestrasza i wymazuje energicznie swoje zasady, którymi chciał ucieśniać płeć przeciwną. Zaczyna pisać, że w państwie jego marzeń zabronione jest przechodzenie przez ulicę na czerwonym świetle. Tylko ja nie to chciałam osiągnąć. Możliwe, że zabrałam się do całej sprawy od d... Maryny, ale zarówno ja, jak i wiele innych osób w podobnej pozycji stajemy się trochę bezradni.
Wprawdzie moje drugie studia kręciły się wokół komunikacji międzynarodowej, a jednak w obecnej sytuacji żaden z przepracowanych schematów nie okazuje się pomocny. Mam tylko wrażenie, że potwierdza się "na żywo" jedna z poczynionych wówczas obserwacji: są kultury, których przedstawiciele wymagają dostosowania się do ich zasad będąc zarówno w pozycji gospodarza, jak i gościa.
Pewnego dnia na moje zajęcia zgłosiło się dwóch Syryjczyków. Po kilku lekcjach przyszli ze znajomą. Zadaję jej jakieś pytanie, ona pyta się najpierw jednego z nich o pozwolenie na udzielenie mi odpowiedzi. Sytuacja powtarza się jeden, drugi raz, za  trzecim razem mówię spokojnie, że w Niemczech odpowiedzi udziela się bezpośrednio pytającemu. Więcej już nie przyszli. Trudno, ale nie zamierzam sama siebie pozbawiać autorytetu. Denerwują mnie zatem artykuły w niemieckiej prasie, gdzie opisywane są kursy dla niemieckich urzędniczek jak przepraszać uchodźców za fakt, że ich sprawę obsługuje kobieta. Tak za wszelką cenę starające się podkreślić swoje wyemancypowanie Niemki nagle mają się zgodzić, by wszelkie swoje dążenia złożyć na tacy przed człowiekiem, który rzekomo przyszedł tu szukać schronienia? I może ktoś mnie za to, co za chwilę napiszę najchętniej obrzuciłby pomidorami, ale w takich chwilach jak ta przed kartką Soltana, na której zakazywał min. dziewczynom jazdy na rowerze, stoję i pytam się "A dlaczego ja mam się nad litować nad ludźmi, którzy mają mnie za jakiegoś podczłowieka tylko dlatego, że jestem inaczej wyposażona biologicznie niż oni?".
Mam znajomego, który zebrał pozytywne doświadczenia w pracy z uchodźcami. Inna znajoma bardzo się zaangażowała w prywatną pomoc dla nich i jest z tej okazji bardzo podekscytowana. Słyszę też co jakiś czas historie o przybyszach, którzy ponoć całą swoją energię włożyli, by wżyć się w tutejszą codzienność. Jednak każdy kij ma dwa końce. Inna z moich koleżanek w swojej działalności wolontariuszki strasznie się rozczarowała rzekomą roszczeniową postawą uchodźców. Moje spotkania z nimi mają także niestety raczej negatywny wydźwięk. Czuję się zatem niepewnie, gdy mijam sama na ulicy grupkę mężczyzn wyglądających na Arabów. Gdy jestem w towarzystwie Mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża to nawet oczu nie podniosą na mnie, ale gdy tylko mężczyzny w moim otoczeniu brak, to rzucają mi dzikie spojrzenia i zawsze się boję, czy na tych spojrzeniach się skończy. Czuję się niepewnie, gdy znajduję się na dworcu jakiegoś większego miasta. I czuję się niepewnie, gdy myślę o przyszłości w tym kraju. Po jednej stronie uchodźcy, po drugiej stronie zradykalizowana scena neonazistów, a do tego jeszcze jakieś przebąkiwania, że trzeba będzie podnieść wiek emerytalny do 70-tego roku życia, żeby kraj nie poszedł z torbami.

1 komentarz:

  1. Odkryłam Twojego bloga przy poście o tym, co urzeka "Niemca" i zaczęłam go czytać "w tył". Poruszasz wiele ciekawych tematów w niestandardowy sposób. Teraz z ciekawością przeczytałam post o uchodźcach w Niemczech. Interesuje mnie perspektywa widziana oczami osób tam mieszkających, a nie tylko przekazywana w TV. Podoba mi się, że potrafisz mówić o swojej niepewności szczerze, bez zakłamanej politycznej poprawności, ale też nie obraźliwie.

    OdpowiedzUsuń