16 listopada 2017

DPK Celle e.V.? Nie dziękuję.



Często słyszę od innych obcokrajowców: „Ty to masz dobrze! Germanistka, znasz język, znasz kulturę. Nie grożą Ci tu żadne głupie wpadki.” Ano niestety tak kolorowo nie jest. Sama myślałam, że jestem całkiem nieźle przygotowana do życia w Niemczech, a jednak kilka razy się przejechałam i to nieźle. Otwieram zatem cykl o moich wpadkach na obczyźnie. Będą to historie i śmieszne, i smutne. Dziś opowieść z tej drugiej kategorii. Jednoczećnie z góry upraszam o wybaczenie długości tekstu, ale tej historii nie da się niestety opisać w trzech zdaniach.


Nauka nr 1 – Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu

- Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. - taką reprymendą uraczyła mnie koordynatorka zagranicznych programów stypendialnych, gdy wróciłam z niemieckiego uniwersytetu z ilością punktów za odbyte zajęcia znacznie przewyższającą przeciętny dorobek pozostałych studentów. Koordynatorka wypowiadając tą jakże cenną naukę skreśliła mi 30 punktów.
- Przecież nikt mi ich nie dał za ładne oczy!- protestowałam.
- Ale nikt też nie wraca z studiów za granicą z tak długą listą wybranych przedmiotów.
- Zawsze ktoś musi być pierwszy. - odburknęłam wkurzona.  - Chciałam wykorzystać ten czas jak najlepiej.
- Ale aż tyle zajęć Pani wybrała?!
- Tak! A czy to zabronione?!
- No ja Pani aż takiej ilości punktów nie uznam. Do widzenia.
- Zamiast się cieszyć, że student chce się czegoś nauczyć, rozwijać, to go jeszcze za to karzecie. -  powiedziałam wściekła na odchodne.

Trzeba było słuchać mądrzejszych od siebie - w tym przypadku pani koordynator. Mam tą obrzydliwą cechę, że się różnymi rzeczami interesuję, a co gorsza angażuję. Moje życie byłoby łatwiejsze, gdybym cały swój wolny czas przesiadywała przed telewizorem, oddawała się ukochanemu czytaniu, łaziła na basen zamiast raz, to co najmniej trzy razy w tygodniu albo spędzała dni na malowaniu co rusz to nowych wzorków na paznokciach. Ale nie! Zajmowanie się sobą mi nie starcza i tak w miejsce tyłka musiałam wstawić sobie twardą metalową blachę.

Nauka nr 2 – Skoro mówią ci, że parzy, TO PARZY!


Fragment strony jednego z podręczników o działalności charytatywnej Niemców

Niemcy angażują się niezwykle liczebnie w najprzeróżniejszych stowarzyszeniach oraz organizacjach i są z tego bardzo dumni. Nawet w podręcznikach do języka niemieckiego temat ten podejmują specjalne czytanki, w ramach przybliżania obcokrajowcom mentalności tutejszej ludności. Ogólnie bardzo podoba mi się ta ich cecha. Podczas, gdy u nas cały czas bije się na alarm, że jesteśmy społeczeństwem zbyt mało obywatelskim, to Niemcy zdają się nie żałować czasu, sił i energii, by dorzucić swoją cegiełkę na rzecz ogółu. Niestety kolorowo przestaje być, gdy człowiek już się znajdzie w szeregach niektórych z tych stowarzyszeń. Przykre doświadczenia zebrali nasi niemieccy przyjaciele, a i my z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem mieliśmy pecha nadziać się na ludzi w naszym odczuciu wyjątkowo nieprzyjemnego sortu, mianowicie na kierujących stowarzyszeniem Deutsch-Polnischer Kulturkreis Celle [Niemiecko-Polskie Stowarzyszenie Kulturalne Celle].


Gdy dowiedziałam się o istnieniu tego stowarzyszenia, tradycyjnie dla mnie pobiegłam tam w radosnych podskokach uznając, że chętnie zaoferuję swoją pomoc, wiedzę i doświadczenie w budowaniu przyjacielskich relacji sąsiedzkich między naszymi krajami. W końcu od lat działam w tej sferze na kilku płaszczyznach!

Stowarzyszenie założyła mieszkająca od okoła 30 lat w Niemczech Ewelina Biermann-Firek (jako, że członkowie zarządu są za sprawą swojej działalności osobami publicznymi, podaję pełne nazwiska). Od lat też niezmiennie stoi na jego czele. W zarządzie zaś zasiada jej mąż, były nadburmistrz Celle Martin Biermann, odznaczony Orderem Zasługi Rzeczypospolitej przez Prezydenta RP. Mniemać zatem można było, że przystępując do stowarzyszenia będę miała okazję działać na rzecz fantastycznej sprawy w dość doborowym towarzystwie.Wprawdzie rodacy na forum „Polacy w Niemczech” bardzo mi odradzali jakiekolwiek relacje z tymi ludźmi, ale ja, w całej swojej niepoprawności, mam tą drugą okropną cechę, że nie zdaję się tak łatwo na opinie innych, tylko muszę sama sprawdzić, powąchać, polizać. Zwłaszcza, że niektóre z ostrzeżeń brzmiały wprawdzie odstraszająco, niemniej poza informacjami typu "to nie są mili ludzie" nie szły za nimi żadne konkretne fakty.
Mam zatem za swoje. Gdy byłam brzdącem babcia ostrzegała, że tzw. „słonko” grzejące w łazience parzy. Nie wystarczyło. Musiałam sprawdzić to na własnej skórze… Mniej więcej taką powtórkę z rozrywki przeżyłam w DPK Celle. Co gorsza za moją sprawą poparzony został i Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż, który chciał dorzucić swoją cegiełkę na rzecz lepszego zrozumienia między naszymi narodami.

Co ludzie powiedzą?

Pamiętacie brytyjski serial „Co ludzie powiedzą?”? Mniej więcej podobnie opisałabym DPK Celle wraz z stojącą na czele, niczym Hyacinth Bucket, przewodniczącą.
Teoretycznie stowarzyszenie ma dobry PR, dlatego też tak sceptycznie odniosłam się do bardzo negatywnych wypowiedzi innych Polaków o nim. „Ach, my Polacy zawsze znajdujemy dziurę w całym.” – pomyślałam sobie. W sieci znaleźć można tylko pochlebne artykuły o działalności tejże instytucji. Gdy się jednak zwróci uwagę na autora, to okazuje się, że wiele z nich zostało napisanych przez osoby z jej kierownictwa względnie, że tekst został nadesłany. Możliwości zostawienia komentarza prawie nie ma, a jeśli się już pojawią jakieś krytyczne opinie o stowarzyszeniu, to znikają one w tajemniczy sposób. Na początku naszej przygody tej wiedzy jednak nie posiadaliśmy. Była za to pani Biermann-Firek, która wygłaszała długachne przemowy, jak rzekomo aktywną i co ważniejsze poświęconą sprawie organizacją jest  DPK Celle. 


A co za piękną fasadą?

Pierwszym sygnałem, że tak demokartycznie i sielsko wśród nowych znajomych nie jest były zastanawiające wypowiedzi Martina Biermanna wygłoszone w rozmowie podczas jednego ze spotkań stowarzyszenia. Składała się na to min. opinia, że osoby bezdzietne powinny być pozbawione emerytury. Piękną stroną demokracji jest to, że daje każdemu prawo do własnych poglądów, niemniej odczuwam pewien dysonans i nieszczerość intencji, gdy osoba publiczna podczas oficjalnych przemówień staje na straży demokracji i negatywnie odnosi się do przestępstw III Rzeszy, a podczas dyskusji z członkami stowarzyszenia rzekomo integracyjnego pozwala sobie na tego typu komentarze. Jakie spektrum tematów nt. równości w społeczeństwie; lekceważonym wkładzie osób bezdzietnych na rzecz kształcenia przyszłych pokoleń; prawa obywateli do własnego modelu życia; wykluczeniu osób bezpłodnych; miejscu w życiu społecznym grup homoseksualnych itd., itd. taka wypowiedź otwiera, mówca - choć adwokat - chyba nie zdawał sobie sprawy, jako że na wymienione kontraargumenty nie umiał znaleźć odpowiedzi.
Okazuje się jednak, że odznaczony Orderem Zasługi Rzeczypospolitej miał już w przeszłości problemy z wyartykułowaniem się w sposób, jaki oczekiwałoby się od polityka stojącego na straży najwyższych wartości państwa demokratycznego. Pod koniec lat 90-tych w Celle zarysowało się dość silnie wrogie nastawienie wobec obcokrajowców. Przyczyniły się do tego informacje o kupowanych w mieście przez Kurdów nieruchomościach. Martin Biermann pozwolił sobie wówczas na zdaniem prasy komentarze wątpliwej jakości wobec Jezydów i Kurdów. Różne gazety zarzuciły mu żonglowanie liczbami, na które się powoływal; podawanie niesprawdzonych wiadomości; podgrzewanie atmosfery wrogości wobec wymienionych powyżej grup. Do historii zapisała się min. jego wypowiedź o dwóch cieniach przed domem dla uchodźców, przed którymi postanowił uciec (cytowana min.: przez „Focus” nr 13 w 1998, przypomniana min. przez „Welt N24” w 2012.). Ówczesny przewodniczący „Celler Kulturvereins“ Emina Berse zarzucał nadburmistrzowi Celle, że takimi wypowiedziami dyskriminuje wszystkich Kurdów i dorzuca iskry do wrogości wobec obcokrajowców. O tym wszystkim jednak przystępując do stowarzyszenia także nie wiedzieliśmy. Podobnie nieznany był nam fakt, że były nadburmistrz Celle nie zawsze pałał tak wielką miłością do Polski. W przeszłości był wielkim fanem Rosji. Fascynacja ta miała zmienić swój kierunek, gdy i wiatr w jego życiu zawiał trochę inaczej. Nie jest to jednak miejsce, by się rorzewniać nad jego prywatnymi sprawami. Jakie wspomnienia pozostawił wśród mniejszości rosyjskojęzycznej w regionie? Poznane przeze mnie osoby wypowiadały się raczej z rozgoryczeniem o jego zachowaniu w stosunku do zwykłych ludzi chcących coś w tamtych czasach zdziałać.
Kolejną porażką okazała się tak szeroko opiewana w wypowiedziach i w internecie aktywność DPK Celle. Z ponad stu członków na spotkaniach pojawiało się zawsze ok. dwadzieścia tych samych twarzy, głównie czekających, żeby zagospodarować im czas, samym zaś wykazujących niezwykle mało inicjatywy, aby wyjść na forum publiczne z jakąś ciekawą ofertą. Nie wspominając już o kilku osobach, które Polską i umacnianiem wzajemnych relacji zdawały się nie być zainteresowane, za to miałam poczucie, iż przychodziły na spotkania, by wyżyć swoje resentymenty za utraconymi ziemiami.

 Kwidzyń, bardziej znany jako Marienwerder

File:Ordensburg marienwerder.jpg
"Deutsche Kultur des Mittelalters in Bild und Wort", Dr. Paul Herre. opublikowane przez "Quelle & Meyer" Lipsk 1912, This work is in the public domain in the United States,
{PD-US}


A potrzeba działań integracyjnych na szerszą skalę w regionie naprawdę aż woła o bycie w końcu dostrzeżoną. Dla wielu mieszkańców opisanych okolic Odra stanowi niemalże granicę z Azją. Będąc nadburmistrzem Celle Martin Biermann podpisał umowę partnerską z Kwidzyniem, ale w ostatecznym rozrachunku o samym Kwidzyniu mało co kto tam wie. Najwyraźniej zabrakło działań edukacyjnych. Wygląda, że insytucje miejskie zbytnio nie zadbały o nie, a DPK Celle nie pofatygował się wypełnić tej luki. Co prawda można przeczytać w internecie o jakiś wydarzeniach z nazwami Celle i Kwidzyń w tle, niestety nie przekładają się one na pogłębieniu wiedzy o „partnerze” wśród przeciętnych mieszkańców Celle. Przez całe lata do stałego elementu krajobrazu miasteczka w Dolnej Saksonii należała tamtejsza reklama zapraszająca na wystawę o niemieckich czasach Kwidzynia. Oczywiście, nie chodzi o to, by wymazywać teraz ten fakt z podręczników, ale żyjemy w XXI w., więc można było chociaż stworzyć afisz w stylu „Kwidzyń kiedyś i dziś.”. Tak jednostronne podejście do miasta partnerskiego denerwowało mnie i nie wiem, czy to za moją sprawą, czy też nie, ale wreszcie po czterech latach stara reklama w końcu znikła.
Jednak nie tylko historia afisza reklamującego wystawę o Kwidzyniu pokazuje wielkie deficyty w sposobie patrzenia na dzisiejszą Polskę (i inne kraje na Wschodzie) wśród mieszkańców Celle. Katalogi oferujące wycieczki do Prus Wschodnich, czy plakaty zapraszające na relację z ostatniej podróży do Prus Wschodnich to tam niemalże norma. 


W parku w aleji drzew zasadzonych przez mieszkańców miasta drzewo ufundowane przez Martina Biermanna
 
rośnie nieopodal drzew zasadzonych przez:
Landsmanschaft Ostpreußen  [Ziomkostwo Prus Wschodnich],


Aus Treue zur Heimat Landsmanschaft Pommern und Schlesien [Z wierności do Ojczyzny: Ziomkostwo Pomorza i Śląska


oraz Aus Treue zur Heimat Bund der Vertriebenen [Z wierności do Ojczyzny: Związek Wypędzonych].


 


Pomnik ofiar „Celler Hasenagd” [„Polowania na króliki w Celle“] co roku na Wszystkich Świętych odwiedzaliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem z własnej inicjatywy. Jeśli pogoda pozwoliła staraliśmy się go też trochę ogarnąć. Zawsze też wieczorem 1 listopada zapalaliśmy na nim znicze. Tylko my. Nikt inny się nie pofatygował przez te wszystkie lata, by tego dnia zapalić na nim świeczkę...



Z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem chcieliśmy, by DPK Celle wyszedł do lokalnej społeczności. By jego działalność nie opierała się na spotkaniach w kółku wzajemnej adoracji, tylko by zaciekawić jego ideą mieszkańców miasta. Gdy my przystąpiliśmy do DPK Celle znajomi się z nas podśmiewali i raczyli niewybrednymi żartami o geriatrykach. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że członkami stowarzyszenia są głównie starzy ludzie (co świetnie obrazują zdjęcia na ich stronie z różnych eventów). Pani Biermann-Firek powtarzała wpawdzie w kółko, że bardzo jej zależy, aby stworzyć organizację wielopokoleniową, jednocześnie stowarzyszenie nie robiło nic, by przyciągnąć przedstawicieli innych grup wiekowych. Odnosiło za to sukces w ich odstraszaniu. Chcieliśmy to zmienić. Na przeróżne nasze pomysły przewodnicząca reagowała wprawdzie z zachwytem, jednak te zaraz po ich oklaskaniu zdychały.

Niczym słaby dramat o pseudokulturze dialogu

Tragedia w trzech aktach zaczęła się na jakiś czas przed zapalnowaną dla członków stowarzyszenia wycieczką do Polski. Za jedną krytyczną uwagę, jaką zgłosiłam w związku z jej organizacją (nie podobał mi się pomysł, aby oprowadzania po centralnej Polsce robił nieznający jej Niemiec) zostaliśmy wspólnie z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem (niemalże w myśl stosowanego w wielu reżimach prawa współodpowiedzialności członków rodziny) najpierw oczernieni przez przewodniczącą przed resztą zarządu, co uczyniła odpowiadając publicznie na moją prywatną wiadomość do niej, w której przekręciła moje słowa względnie włożyła mi do ust nie moje wypowiedzi, a następnie mimo moich prób wyjaśnienia sytuacji wbrew wszelkim statutom organizacji zostaliśmy obydwoje z niej wydaleni. Mogłabym zrozumieć takie zachowanie, gdybym pozwoliła sobie na obelżywe i wulgarne słowa pod adresem organizatorów inicjatywy. Tak jednak nie było. Aby nie było, że wymyślam, co mi ślina na palec przyniesie, to dla potwierdzenia moich słów zachowałam całą korespondencję z przewodniczącą i zarządem stowarzyszenia.
Każdy sensownie myślący człowiek pomyśli „Ale o co ta cała afera?”. Okazuje się, że w kraju, w którym co krok ludzie wycierają sobie gębę, w jakiej to rzekomej kulturze dialogu żyją, nie do końca znają definicję tego pojęcia. Glindzenie jest jak najbardziej mile widziane (pamiętacie post, w którym opisywałam, jak przez kilka lat podejmowano w jednej z niemieckich szkół decyzję o zakazie używania telefonów komórkowych? "Awantura o liście"), ale nie krytyka. Z krytyką Niemcy zazwyczaj sobie średnio radzą.

W swojej książce „Viva Polonia” Steffen Müller nieumiejętność bezpośredniej rozmowy o problemach zarzuca nam, Polakom. Ale jak Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zauważył, autor pochodzi z Zagłębia Ruhry, a tam według jego słów ludzie są do bólu szczerzy.
- To region rodzin robotniczych. Tam ludzie mówią wprost to co myślą. Niestety nie wszędzie u nas to norma. - wyjaśnił mi.
Ilustracja
Zdjęcie: Markus Hassler. Zdjęcie udostępnione przez autora na Wikimedia na podstawie licencji CC-BY-SA 3.0


 

Ogólnie uważam, że Steffen Müller rewelacyjnie rozwikłał polską mentalność. Poza jedną rzeczą: nieumiejętności rozmowy o kwestiach problematycznych. Moje wieloletnie doświadczenie w Niemczech i z Niemcami pokazało mi wręcz coś odwrotnego. W rozmowach na sporne tematy jesteśmy w porównaniu do naszych sąsiadów za Odrą wręcz mistrzami. Nie znaczy to, że potrafimy zawsze konstruktywnie rozmawiać o problemach. Często stajemy się emocjonalni. Kłócimy się, naskakujemy na siebie, stłuczemy nieraz przy tym kilka talerzy, a język potrafimy stoczyć do rynsztoka, ale przynajmniej człowiek wie, na czym stoi i często atmosfera po takim wybuchu jest oczyszczona. Strony konfliktu albo dochodzą do konsensusu, albo się rozchodzą w różnych kierunkach, a jeśli już muszą ze sobą dalej wytrzymać, to przynajmniej jest jasne, że się nie znoszą. Takie są przynajmniej moje doświadczenia zebrane na przestrzeni ponad trzech dekad nad Wisłą. Dziś już wiem, że zgłaszając swoją uwagę odnośnie organizacji wspomnianej wycieczki mój błąd polegał na założeniu, iż z panią Biermann-Firek mogę otwarcie porozmawiać. Tak „po polsku”. Przeoczyłam fakt, że ona przybyła do Niemiec jako młoda dziewczyna. W dorosłym życiu kształtowała ją już niemiecka kultura i dziś funkcjonuje bardziej według tamtejszej mentalności.

W Niemczech w stosunkowo wielu regionach ludzie wszelkie krytyczne uwagi niezwiązane z nimi, jako osobą biorą od razu osobiście. Ich zranione „ego” często nie pozwala im na rozmowę. Setki razy obserwowałam, jak mieszkańcy za Odrą nie potrafili oddzielić sedna sprawy od poczucia osobistej obrazy. Pół biedy, gdyby przestawali się odzywać. „Koniec bajki i cześć” można by zaśpiewać. Nie, dla wielu zaczyna się czas rycia pod krytykującym. Pewnego dnia budzisz się po prostu z nożem w plecach. Potrzebowałam kilku lat w Niemczech, żeby zrozumieć, czemu jeszcze pracując w Polsce uśmiechający się przyjaźnie do mnie i kolegów Niemcy potrafili obsmarować nas przed szefem z taką perfidią, że aż w oczy kłuła ich żądza pozbawienia nas pracy. W ogóle tego nie rozumieliśmy, dlaczego osoba, z którą masz dobre kontakty i która nawet nic na tym nie zyska zachowuje się w taki sposób. Wejście między wrony i obserwowanie je z bliska pozwoliło mi ten ewenement w końcu zrozumieć, Tamci Niemcy mieli z nami jakiś problem, ale nie umieli powiedzieć nam tego wprost. Gdy o swoich obserwacjach i doświadczeniach rozmawiałam potem z mniej i bardziej zaprzyjaźnionymi Niemcami to mogłam obserwować niezwykle ciekawe reakcje, w zależności od zakątka ich pochodzenia:
Wessis z północy: Przecież to normalne.
Wessis z południa: Na południu jest jeszcze gorzej. Tam to dopiero ludzie potrafią sobie nawzajem rujnować życie.
Wessis z Zagłębia Ruhry (Pot): Jeden wielki koszmar.
Ossis: Straszne! Jak Wy możecie w ogóle pośród takich ludzi żyć? Współczucie. Ale prawda jest taka, że i u nas tak otwarcie o konfliktach się nie rozmawia, tyle że ludzie nie bawią się w taką perfidię.
Berlińczycy: To okropne! Niestety tacy jesteśmy.

Niemiec żyjący w UK: A to mnie zaskoczyłaś, bo po moich doświadczeniach zebranych w Wilkiej Brytanii mam poczucie, że to my Niemcy jesteśmy niezwykle bezpośredni.

My mieliśmy to nieszczęście, że przyszło nam żyć pośród jak ich nazywam „ryjących” Niemców. Urażony w swojej dumie zarząd DPK Celle nie zachował się inaczej. Podejmowane z naszej strony próby spokojnej rozmowy o zaistniałym problemie/nieporozumieniu były ze strony zarządu blokowane. Czy to nie kłóci się czasem z hasłami otwartości, którymi stowarzyszenie na stronie internetowej tak się hołubi? Tym smutniejsze, że w zarządzie zasiada odznaczony Orderem Zasług Rzeczypospolitej Martin Biermann. Jak dla mnie wyraz bankructwa człowieka, który rzekomo tak wielką pracę włożył na rzecz lepszego zrozumienia między Polakami, a Niemcami.

Czekaj, ja ci pokażę!

Pal diabli. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem postanowiliśmy trzymać się z dala od tak zakłamanej organizacji jaką w naszym odczuciu okazał się być DPK Celle. Tak proste to jednak nie było. Trzy miesiące po całym incydencie Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż został wezwany przez swojego szefa na rozmowę w sprawie nieprzyjemności w stowarzyszeniu. Dziwnym trafem za rozmową poszły potem i pewne problemy w jego pracy, w wyniku których przy najgorszym obrocie sprawy mógł nawet stracić swoją posadę. Trudno nie podejrzewać w takim przypadku swoistego rodzaju zemsty, bo mężowi powiedziano wtedy wprost, że w tych kręgach „nie ma nic prywatnego”.

Jako, że za sprawą niektórych osób poznanych w szeregach stowarzyszenia doszło do nas, jak fragmentarycznie nasza wiadomość skierowana do zarządu została przeczytana ogółowi, w jak  skrzywionym świetle cały rozdmuchany przez nich konflikt został przedstawiony, postanowiłam wykorzystać platformę na miejskim blogu, by opisać nasze doświadczenia z tą organizacją. To było właściwie jedyne miejsce, gdzie po oczernieniu (bo inaczej tego moim zdaniem nie można nazwać) mogliśmy przedstawić swoją wersję. Dziwnym trafem opublikowany przeze mnie artykuł został dwa razy przez kogoś usunięty, a w moim koncie poczyniono dziwne ustawienia nie pozwalające na publikowanie tekstów. Ciekawe, nieprawdaż? Właśnie tak wyobrażałam sobie zawsze kulturę dialogu...

Der Ossi ist schlau und stellt sich dumm, beim Wessi ist anders rum

[Niemiec Wschodni jest mądry i gra tylko głupiego, z Zachodnimi jest na odwrót] powiada jedno ze wschodnioniemieckich przysłów. Chyba coś w  tym jest. Ile to już razy przeżyłam, jak taki Wessi nie miał zbytniego pojęcia na dany temat, ale się wymądrzał, pouczał innych. Nie znał drogi, ale on wszystkich poprowadzi (ostatecznie wylądowaliśmy wszyscy na skraju jakiegoś lasu, w pipidówku). Patrząc z perspektywy czasu widzę teraz, że próbując zastosować posiadaną przeze mnie wiedzę strzelałam sama sobie w kolano, bo część osób odbierała to jako moją próbę zdetronizowania ich świętej instancji. A ja głupia myślałam kolektywnie. „Co dwie głowy, to nie jedna.”.
 


„Im zależy tylko, żeby stać na scenie i dawać się oklaskiwać.” – tak brzmiała inna z przestróg od Polaków odradzających mi kontakty z DPK Celle. Gdy dziś zastanawiam się nad zasadą funkcjonowania tego stowarzyszenia, to choć kiedyś w to nie mogłam uwierzyć, dziś podpisałabym się pod tymi słowami. 
Ich działalność polega w głównej mierze na spotykaniu się w swoim gronie, gdzie każdy może zaprezentować się na scenie: muzycznie, z jakimś wykładem, pokazać obraz, opowiedzieć o swoich wakacjach, o swojej pracy charytatywnej w obozie dla uchodźców itp. Potem wszyscy się oklaskują i idą do domu. Dwa razy do roku stowarzyszenie organizuje sprzedaż ciast, a zebrane datki przekazuje przed fleszem aparatu hospicjum (na które w regionie co drugi sklep zbiera pieniądze). Według donosów prasy czasem przewodnicząca występuje w roli artystki organizującej warsztaty dla dzieci z Kwidzynia. Pewnie to prawda, bo jakieś dziecięce buzie są widoczne na kilku zdjęciach, niemniej ja razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem przez 14 m-cy intensywnych kontaktów ze stowarzyszeniem, żadnego dziecka objętego jakimkolwiek programem tam nie widzieliśmy. Raz na jakiś czas przewodnicząca zadba o spotkanie z dobrze wyglądającą na zdjęciu osobą (ostatnią zdobyczą stowarzyszenia jest zdjęcie z Lechem Wałęsą) i na koniec zasada najważniejsza: eventy organizowane przez panią Firek są EKSKLUZYWNE, jak w wielu zaproszeniach i opisach jest to podkreślane. Zakładam, że będąca z wykształcenia biblitekarka jest osobą oczytaną i wie, iż słowo to obok pojęcia luksusowy oznacza także „przeznaczony dla ograniczonej liczby”, „odróżniający się od ogółu”. Pasuje jak ulał do stowarzyszenia, którego nadrzędnymi ideami mają być równość i integracja...

Od każdej reguły jest wyjątek – patrz: Steffen Müller


Nie mogłam się powstrzymać i napisałam list do Steffena Müllera. Odniosłam się w nim do jego opinii na temat nieumiejętności Polaków, by otwarcie rozmawiać o problemach i jak ja na tej rzekomej umiejętności Niemców się przejechałam. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał rację – ludzie z „Potu” (Zagłębia Ruhry) są inni. Wyczuwam to zawsze, gdy kogoś stamtąd poznaję. Pan Müller to niezwykle miły, otwarty i przede wszystkim gotowy do trudnych rozmów „Wessi”. Szkoda, że Pot to nie całe Niemcy.


To za co ten order?

Autor: Rząd polski. Źródło: Wikipedia Dziennik Ustaw RP nr 90/1992 poz.452 (This image is in the public domain according to Article 4, case 2 of the Polish Copyright Law Act of February 4, 1994 (Dz. U. z 2017 r. poz. 880 with later changes) 


Jeszcze smutniejszy jest fakt, że jest w tym kraju człowiek, który zdaje się nie rozumieć, iż odznaczenie nadane przez polskiego Prezydenta do czegoś zobowiązuje. Mentalność mentalnością, ale pierwszym zadaniem osoby budującej most między dwoma krajami powinna być gotowość komunikacji, chęć wsłuchania się w głos rozmówcy. Przynajmniej próba wzajemnego zrozumienia się, a nie uciszanie tych, którzy nie pasują do wydumanego przez siebie obrazka. 

Czego nauczyła mnie ta cała historia? Teoretycznie banalnej rzeczy, coś co teoretycznie wiedziałam, a jednak przez naiwną wiarę w wyższe wartości zlekceważyłam. Pojęcie jednej rzeczy ma różne definicje w różnych kręgach kulturowych. Mi jednak prostodusznie gdzieś w tyle głowy siedziało przekonanie, iż istnieją pewne pojęcia uniwersalne, że przykładowo taka szczerość oznacza wszędzie to samo. Właśnie na tej idealistycznej wierze przejechałam się w pierwszych latach życia w Niemczech. To co ja jako Polka rozumiem pod pojęciem szczerej, otwartej rozmowy może być dla Niemca z Zagłębia Ruhry niewystarczające. A to co dla innego Niemca jest szczytem szczerości nie wychodzi dla mnie poza ramy zakłamania, bo nawet w obrębie tego samego kręgu kulturowego takie kwestie jak szczera rozmowa mogą być zupełnie inaczej definiowane. Tylko, aby to pojąć trzeba chcieć zrozumieć. Ja drążyłam temat. Chciałam zrozumieć. Byłam gotowa wysłuchać ludzi, którzy swoim - na moje polskie przyzwyczajenie - nieszczerym zachowaniem zrobili mi krzywdę. W końcu bez dialogu nigdy nie zacznie się wzajemna nauka. Na swoich wyobrażeniach o partnerze oraz własnym rozbuchanym ego nie da się zbudować niczego. I dlatego dziś wątpię, by DPK Celle chciał coś zbudować poza ładnie wyglądającą otoczkę. Zmarnowany potencjał, na którym w blasku swoich zdjęć i odznaczeń opala się dość nieruchawa grupka. W ostatecznym rozrachunku traci lokalna społeczność. Szkoda.

 Można inaczej? Można!

Dla chcącego nic trudnego! Nie trzeba być w żadnym stowarzyszeniu, aby dorzucić coś od siebie na rzecz sprawy, która leży nam na sercu. Oczywiście fajniej by było mieć za sobą wsparcie jakiejś sensownej grupy. W końcu razem można zdziałać więcej, ale skoro nie ma tego, co się chce, to się lubi, co się ma. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem nie zrezygnowaliśmy z przybliżania Niemcom Europy Środkowo-Wschodniej. Zorganizowałam Salon Literacki, w ramach którego prezentowałam literaturę z naszych zakątków Europy. Podczas wieczorów gier historycznych nasi zagraniczni goście mogli się lepiej zapoznać z dziejami  kraju mojego pochodzenia. Wspólnie z mężem pracowaliśmy nad programem czesko-niemieckiego projektu. Obecnie opracowujemy projekt wymiany młodzieży z Polski i Niemiec. To, że te rzeczy dochodzą do skutku to niesamowita zasługa zastępu ludzi – zaangażowanych osób prywatnych, nauczycieli i pracowników fundacji, które naprawdę chcą coś zdziałać. Świat pewnie nigdy się o nich nie dowie. Wielu z nich chce pozostać osobami anonimowymi. Nie dostaną odznaczenia od Prezydenta Polski, nie będą świecić w internecie na zdjęciach z różnymi prominentami, choć mają w moim odczuciu  o wiele większy wkład w budowaniu mostu wzajemnego porozumienia między Europą Wschodnią, a Zachodnią niż stowarzyszenie, któremu poświęciłam dziś tu tyle uwagi. Chyba wręcz za dużo, jeśli by porównać, ile uwagi oni poświęcają innym. Gdy znajoma nauczycielka prowadząca projekt wymiany z polską szkołą napisała do DPK z pytaniem o ewentualną współpracą nie uraczyła nawet krótkiej odmownej odpowiedzi. Została po prostu zignorowana. Pewnie uznali, że marnie wyszłyby z nią zdjęcia na stronę internetową.


Epilog


12.11.2017, Braunschweig.

Dzień Kultury Polskiej w Brunszwiku (dla porównania - z ponad rocznej bytności w DPK Celle nie mam ani jednego zdjęcia, bo po prostu nie miał miejsca żaden event godny sfotografowania)


Polsko-niemieckie stowarzyszenie Poldeh pod kierownictwem pani Justyny Stafaniak – Gbogbo i Anny Anety Bertram zorganizowało Dzień Polskiej Kultury. Każdy jest mile widziany. Stowarzyszenie chce dać mieszkającym w Braunschweigu Polakom szansę poznania siebie nawzajem, a Niemcom i przedstawicielom innych kultur opowiedzieć o Polsce oraz zaprezentować kulturę tego kraju. Uroczystość otwiera Marsz Dąbrowskiego. Potem słuchamy Chopina oraz muzyki współczesnej. Na scenie występują przedstawiciele każdej generacji. Panie ze stowarzyszenia ugotowały tony bigosu, zrobiły pierogi i zadbały o polskie piwo. Jest miło, przyjaźnie, kolorowo. Jednym słowem robią to, o co przez rok bezowocnie walczyłam w DPK Celle.
Wchodzę na stronę stowarzyszenia. Niezwykle prosta. Na pierwszym miejscu lista spraw, w jakich pomagają rodakom. To przy okazji szukania informacji na zupełnie inny temat odnajduję przypadkiem w wiadomościach polonijnych informację o odznaczeniach dla prowadzących stowarzyszenie. Nie uznały jej za dostatecznie ważną, by umieszczać ją na swojej stronie. Na fb dumne zdjęcie grupki osób z miotłami, widłami i wiadrami – to ze sprzątania grobów polskich dzieci pomordowanych podczas II wojny światowej.
Po moim „tête-à-tête“ z DPK Celle obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przystąpię do żadnego stowarzyszenia. Jestem, jak to się mówi po niemiecku „erfahrungsresistent” (odporna na naukę z zebranych doświadczeń). Już umówiłam się na spotkanie.

30 października 2017

Życie Angeli Merkel w czterech słowach

Zastanawialiście się kiedyś, jak swoje życie opisaliby prezydent USA, kanclerz Niemiec, czy nasz premier? Czy na pierwszy rzut poszłyby sformułowania "służba ojczyźnie" itp.? Dość pilnie strzegąca swojej prywatności kanclerz Angela Merkel otworzyła się przed swoim narodem podczas wrześniowego eventu "Dzień Rodziny z CDU". Na pytanie dzieci, jak opisałaby swoje życie w czeterech słowach zamyśliła się na chwilę. Według opowieści znajomych Niemców - na ten krótki moment przed telewizorami zapanowało pełne oczekiwanie w namaszczonym milczeniu. Każdy z nich miał łamać sobie głowę, co też ich za chwilę "Mutti" ["Mamuśka"] powie.  

Angela Merkel Juli 2010 - 3zu4.jpg
Angela Merkel, Wikipedia (Armin Linnartz, zdjęcie udostępnione na podstawie CC: https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/de/deed.en)









Aż usłyszeli:

1. jedzenie
2. picie
3. spanie
4. mycie zębów

Tak proste może być życie polityka, który stoi na czele 80-o milionowego narodu:)

Czego się jeszcze rodacy pani kanclerz dowiedzieli o niej? Ano, że zamieniłaby się chętnie rolami na jeden dzień z astronautką, jej hobby to uprawa ziemników, ulubionym szefem rządu Erna Solberg (premier Norwegii), a ulubionym ubraniem jest dziergany sweterek (niestety nie nadaje się do pracy).

15 października 2017

Polak Rusek dwa bratanki

Czasami sobie myślę, że polityki powinno się zakazać. Pomysł w mojej głowie ożywa prawie zawsze, gdy mam do czynienia z Rosjanami. Już na studiach w Magdeburgu dość szybko stwierdziłam, że między nami Słowianami przebiega szczególna nić porozumienia. Z Niemcami tak łatwo nie było. Trzeba było się nieźle napocić i nagimnastykować, żeby zbudować sobie z nimi w
miarę przyjacielskie relacje. Z Rosjanami, Ukraińcami wystarczał nieraz jeden wspólnie spędzony wieczór i już stanowiliśmy paczkę ludzi, którzy i chętnie razem zabalowali, i sobie nawzajem w potrzebie pomagali. Atmosfera serdeczności zdychała tylko podczas politycznych i historycznych debat. Wtedy skakaliśmy sobie do oczu, gotowi je jeden drugiemu wydrapać. Najczęściej tworzył się wówczas obóz Polacy i Ukraińcy kontra Rosjanie. Gdy już jednak wypluliśmy na siebie nawzajem z całą zajadłością zgromadzoną w zaułkach naszego jestestwa żółć, na stole pojawiała się wódka, która miała w tym przypadku ochłodzić nasze temperamenty. Świat przestawał być na powrót czarno-biały, tylko mienił się tysiącem barw, a my razem śpiewaliśmy ballady... aż do kolejnej politycznej dysputy z wyrywaniem sobie włosów z głowy.

Rosyjskiego nauczyłam się w Niemczech za sprawą moich rosyjskojęzycznych kolegów. Za ich
sprawą także na nowo odkryłam znienawidzoną kaszę i odkopałam w szafie ołówkowe spódnice, na które jakoś przez kilka lat nie miałam ochoty. Oni zaś uczyli się ode mnie łączenia ciekawostek ze świata zachodniego z tymi typowymi dla świata Europy Wschodniej. Z sąsiadami ze wschodu życie zawsze nabiera wesołego posmaku i człowiek czuje się jakby był częścią jakiejś większej rodziny.

Pamiętam, gdy jako studentka zostałam spontanicznie zaproszona przez przyjaciela znajomego Ukraińca na urodzinowe grill party w miejskim parku. Owego przyjaciela właściwie nie znałam. Zaprosił mnie chyba tylko dlatego, że kolegowałam się z Żenią. Prezentu też nie miałam i za późno było, żeby coś kupić. Grzecznie zatem odmówiłam. Wracając jednak z biblioteki pomyślałam sobie, że złożyć życzenia przecież mogę. Nazrywałam po drodze kwiatków i wpadłam (w planach tylko na sekundę) na ową imprezę. Był 9 maja. Impreza urodzinowa polegała na śpiewaniu przez zgromadzonych Rosjan i Ukraińców pieśni wojennych. Gdy skończyłam składać życzenia solenizantowi i chciałam się taktownie oddalić, ten zatrzymał mnie „O niet, niet, maja darogaja. Ty jeszo niczewo nie pakuszala. Tak nielzja.” I już wepchnął w moją dłoń talerz z wielkim stekiem, a w drugą kieliszek wódki. Inni goście, którzy mnie jeszcze nie znali, szybko mnie obskoczyli. „A kak Twoj zawod?” „Kasia.” „Riebiata! Eto Kasia!”, a zaraz potem ryknęli tłumnie „Katiusza! Eto na Twoju czest!” i zaczęli śpiewać „Katiuszę”. Chyba pół miasta ich wtedy słyszało. To była jedna z fajniejszych imprez, na jakich kiedykolwiek byłam. Wróciłam o jakieś 4 nad ranem.

Gdzie bym się w Niemczech nie przeprowadziła, to natrafiam zawsze na Rosjan, Kazanów i Ukraińców. Pomagamy sobie bezinteresownie. Ale jeszcze innym fajnym aspektem ich obecności w tym kraju są rosyjskie sklepy. Jest w Niemczech wpawdzie sporo polskich sklepów, ale mam wrażenie, że te nie są rozmieszczone w aż tak gęstej sieci. W ostatnim miejscu zamieszkania do przybytku z polskim jadłem miałam 50 km. Rosyjski sklep zlokalizowany 1,5 km od naszego domu stanowił zatem nie tylko ratunek, gdy na przykład Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż nabrał ochoty na dobrą wódkę, ale był też takim małym kawałkiem ojczyzny na obczyźnie, bo obok zegara z Putinem i Miedwiediewem oraz rosyjskich matrioszek na półkach znaleźć można było polską kiełbasę, polskie kiszone ogórki (Niemcy produkują jakieś słodko-kwaśne paskudztwo, po którym człowiekowi tylko na wymioty się zbiera), polskie pierogi i co najważniejsze: POLSKI KEFIR. Brak polskiego kefiru był jednym z największych moich bolączek. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż znosił do domu przeróżne rodzaje kefiru, na które kręciłam tylko nosem. Wszystkie były stosunkowo wodniste i słodkie, a ja lubię, żeby był gęsty i kwaśny. Aż odnaleźliśmy rosyjski sklep, w którym na półkach stoi Krasnystaw. A obok, już wprawdzie rosyjskiej produkcji, ale jednak: twaróg. Niemcy tego produktu w swojej kuchni też nie znają.



Kolega z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża właśnie przechodzi tą samą ścieżkę, jaką ze mną przchodził mój małżonek. Jakiś czas temu poślubił Rosjankę, która teraz przyjechała żyć z nim w Niemczech. Ani on, ani sprzdawcy w sklepach nie rozumieli, o co jej chodzi, gdy pytając o twaróg, próbowała wyjaśnić co to jest: „Wie Pan, jak mleko się popsuje, to powstaje kefir, a gdy ten kefir się popsuje, to mamy twaróg.”. „To dlaczego chce Pani w ogóle coś takiego jeść??!!!” słyszała w odpowiedzi. Zrozumienie znalazła u mnie zaraz podczas pierwszego spotkania. Zaserwowałam jej i twaróg, i kiszone ogórki, do produkcji których nawet specjalnie ściągnęłam z polski gliniany garnek, i grzybki (Niemcy nie chodzą na grzyby), i oczywiście kefir. Ten ostatni stanowił także jej ogromną tęsknotę, toteż podzieliłam się z nią Klumpim – naszym bardzo ważnym członkiem rodziny, który dba o to, aby w naszej lodówce obok polskiego kefiru był jeszcze jego drugi gatunek. Klumpi to grzyb kaukaski, który obrabia nam mleko😊)) Jej mąż patrzył na nas wielkimi, niezrozumiałymi oczami, a dla nas od razu było jasne, że oto właśnie rodzi się fajna przyjaźń. Oczywiście podałam jej też od razu adres sklepu rosyjskiego.

Do tego sklepu lubię chodzić nie tylko ze względu na produkty, których nigdzie indziej nie dostanę. Będąc tam mam wrażenie, że czas cofnął się o ileś lat. Ogórki są krzywe i nierówne. Pietruszka wystawiona jak na rynku, a nie opakowana w celulozową folię, a sprzedawane tam róże są duże, kolorowe i pachną jak w ogródku.
Najbardziej jednak lubię dział z mydłem i powidłem. Można w nim kupić zmiotki, jak do chałup na wsi, fartuchy rodem z socjalizmu, kraciaste torby rynkowe, witki do bani, lalki wańki-wstańki, kiczowate wazy w kształcie ryby o złotych ustach itp., plastikowe myjki do pleców w barwach rosyjskich i czapki, jakie nosi się tylko w Rosji. 




Ekspedientki mają niejednokrotnie typowo socjalistyczny make-up i dziwnym trafem, gdy podchodzi Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zaczynają rozmowę po niemiecku, a gdy ja się pojawię przy kasie od pierwszego słowa rozmawiają ze mną po rosyjsku. Ha! Swój swego rozpozna😊.  
Po przeprowadzce  do Brunszwika Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rozpoznanie miasta zaczął od wyszukania polskiego i rosyjskiego sklepu, dokąd mnie zabrał w ramach "wycieczki-niespodzianki". Strasznie się cieszę, że mamy teraz niedaleko także polski sklep, ale uczciwie muszę przyznać, że te rosyjskie lepiej się sprawdzają jako antidotum na zły humor.