24 września 2015

Euromajdan, EU, imigranci i media


Ciężko pisać o pieczonych kartoflach, czy też o Oktoberfeście, gdy Europa żyje problemem imigrantów, toteż i ja dzisiejszy post poświęcę tej tematyce. Nie zamierzam uprawiać tutaj indoktrynacji, czy powinno się tych ludzi przyjąć, czy też nie, bo problem jest na tyle poważny, że nie da się go podsumować w kilku linijkach. Pod lupę chcę jednak wziąć debatę, a właściwie jej brak między państwami UE oraz zachowanie w tej kwestii mediów zarówno polskich, jak i niemieckich, gdyż w moim pojęciu obydwie te rzeczy przebiegły w sposób skandaliczny.


JESTEŚMY CAŁYM SERCEM ZA DEMOKRACJĄ 
PÓKI ROSJA NIE WSTRZYMA DOSTAW GAZU
 
Zacznijmy zatem od Niemiec. Jak wszyscy dobrze wiemy, niemiecki rząd okazał się być w stosunku do uchodźców niezwykle gościnny, cofnijmy się na chwilę w czasie. Nie dużo, bo tylko o niecałe 2 lata.
Jesień 2013 fala protestów na Majdanie zwraca coraz większą uwagę Europy. Niemieckie media w dość patetycznym tonie donoszą o dążeniach Ukraińców do niepodległości. W serwowanych codziennie wieczorem wiadomościach dość łatwo można wyczytać między linijkami postawę: "Ależ tak, jesteśmy duchem z Wami.", "Każdy ma prawo do wolności." i dalej coś w tym tonie. Niemcy w ogóle w rozmowach dość szybko podnoszą sztandary z hasłami "niepodległość", "wolność" i "demokracja". Apogeum protestów na Majdanie ma miejsce 1 grudnia 2013. Potem w lutym 2014 dochodzi do walk ulicznych z ofiarami śmiertelnymi. I nagle, gdy zaczyna się robić niebezpiecznie niewiele co zostaje z niemieckiej postawy "Jesteśmy z Wami.", głównym zmartwieniem staje się "Skąd weźmiemy gaz?!". Tymczasem my w Polsce chełpimy się, że dzięki mediacyjnej roli Polski w ukraińsko-rosyjskim konflikcie wypracowaliśmy sobie całkiem fajną opinię i pozycję w UE, że nasz kraj zyskuje na znaczeniu, a ja tylko się zastanawiam, na jakiej podstawie do tego przekonania doszliśmy. Poza jakimś artykułem bodajże w "Spiegelu", gdzie wspomina się o pracy Polski na tym polu, w wieczornych wiadomościach, które oglądają miliony obywateli RFN, pies z kulawą nogą nie interesuje się naszym krajem. Raz, kiedyś przewinie się krótka wypowiedź Tuska, a poza tym w centrum uwagi niemieckich mediów stoją kanclerz Merkel i prezydent Hollande. Krzyk Środkowo-Wschodniej Europy pozostaje niesłyszalny, mimo że to właśnie kraje z tej części kontynentu mają za sąsiada Rosję i swoje doświadczenia z nim. Ale nie, Europę oblewa zimny pot, że straci ileś euro, gdy interesy z Rosją zostaną przyblokowane. Po tonie "Jesteśmy z Wami.", "Każdy ma prawo do wolności." w niemieckich mediach nie zostaje prawie nic. Coś tam się wspomni o obawach krajów bałtyckich i Polski, bo też i coś trzeba powiedzieć, ale na wszelki wypadek nie za dużo. Przeciętnego Niemca zresztą to nie obchodzi, jak i nie obchodzi go też, co się dzieje na Ukrainie. W prywatnych rozmowach tylko stęka "No jeśli ta cała afera skończy się tym, że nie będziemy mieli gazu, to będzie dopiero zabawa."...


RACHUNEK UE ZA PRZECHADZKĘ PO UKRAIŃSKICH STEPACH

Fakt, że to dążąca do realizacji swojego celu posiadania za wschodnią granicą państwa buforowego Warszawa wciągnęła UE na antypody ukraińskie [patrz. "Polityka" Nr 23 (2961) 4.06-10.06.2014, s. 60]. Unia pognała, nie koniecznie z solidarności z nami, tylko bardziej kierowana miłą wizją posiadania kontroli nad terytoriami będącymi trasami tranzytowymi dla surowców importowanych z Rosji [dane oparte min. na badaniu dr Vadima Damiera, niezależnego politologa i socjologa z Moskiewskiej Akademii Nauk - przedstawione 18.11.2014 w Celle/Saksonia Dolna], ale dość szybko się przekonała, że nie wiedziała, na co się pisze i pokazała swoją bezradność. Zamiast dalej się oprzeć na doświadczeniu wschodnich sąsiadów przenosi dyskusję nt. dalszych działań do Berlina i Paryża.
Jak dalej sprawa się potoczyła, wszyscy wiemy, ale obecnie UE wystawia tylko czułka, jak się uwolnić od moralnego balasatu wschodnio-europejskiego i wrócić otwarcie do swoich interesów z Rosją. Szanse krystalizują się, jako że Putin wspiera władzę w Damaszku i wcale nie zdziwiłabym się, gdyby w końcowym rozrachunku wyszydełkował sobie opinię bohatera. Łatwiej byłoby, gdyby jeszcze jakoś tym bulwersującym się na poczynania Rosji krajom przypiąć łatkę. Czy przemyślana, czy może też przypadkowa, w każdym razie okazja trafia się piękna - kwestia imigrantów. "My byliśmy z Wami. To Wy powinniście być z nami.". Jasne, że w jak ktoś się na bycie w sojuszu decyduje, to powinna obowiązywać zasada wzajemnego wsparcia, ale teraz nikt już nie pamięta, że wypracowanie jako tako wspólnej polityki UE w sprawie Ukrainy ciągnęło się jak flaki z olejem. Teraz UE stawia swoich partnerów pod ścianą. "Szybko, szybko" - ponagla. Tylko, że tak nie prowadzi się rozmów na trudne tematy! Każdy z partnerów ma swoje "ale", każdy ma obawy oparte na różnym gruncie. Kwestia staje się jeszcze bardziej irytująca, gdy wziąć pod uwag fakt, że kryzys imigracyjny nie powstał z dnia na dzień. Zabrako działań w odpowiednim czasie mających na celu niedopuszczenie do zaostrzenia sytuacji, z jakiej jej postacią mamy teraz do czynienia.


PAŁA MORALNOŚCI ZAMIAST  DYSKUSJI

Lęki Polaków mają po części taki sam fundament, jaki miała też chęć stworzenia z Ukrainy buforu dla naszego kraju - mianowicie historyczny. Po tym, jak w końcu po wielu i nie krótko trwających zniewoleniach mamy ten swój kawałek ziemi, który też chcemy zachować, ktoś nam wpycha ludzi, którzy w ogóle nie identyfikują się z naszą historią i naszymi przejściami. Tego UE nie rozumie, tak jak i nie zrozumieć nie mogła naszych obaw związanych z polityką Rosji. Niemcy takiego problemu nie mają. Po pierwsze jest to kraj federacyjny, co oznacza, że każdy Land ma w pewnych granicach swoją autonomię. Dodatkowo identyfikowanie się tutaj z historią może bardzo często skończyć się zaraz oskarżeniami o sympatie dla neonazizmu. Przeciętny Niemiec ma zresztą też niejednokrotnie problemy z określeniem, co jest "typowo niemieckie" - takie zabawy też mogą się skończyć jakimiś oskarżeniami na gruncie historycznym. Bezpieczniejsze jest multi-kulti, zwłaszcza że na Niemcach cały czas ciąży niewidzialna powinność odpracowania swoich grzechów z przeszłości. W Niemczech też inaczej wygląda krajobraz religijny. Podczas, gdy Polska to kraj stricte katolicki, gdzie dodatkowo Kościół odegrał nie małą rolę w naszych walkach o niepodległość, byłe Niemcy Wschodnie są ateistyczne, Zachodnie protestanckie, a dopiero południe jest katolickie. Nad tą kwestią też się w Unii nikt nie pochyla, nie mówiąc już o ekonomicznej sytuacji kraju. Rej wiodą Niemcy i Francja, nowy dyktat obejmuje liczby. W kraju nad Wisłą ludzie się oburzają, na co Tomasz Lis wyskakuje i oskarżycielskim tonem krzyczy "Polacy, wstydźcie się!", a media im wtórują, bo w końcu niemieckie media wystawiły nas sobie na celownik i tak jak się prawie Polską przy konflikcie z Ukrainą nie interesowały, to nagle jesteśmy tematem numer 1, taką czarną owcą do bicia. Wygodne to, bo na chwilę można odwrócić wzrok od problemów swoich neonazistów w byłych Niemczech Wschodnich. Niemieckie społeczeństwo jest bombardowane informacjami w tonie moralnej powinności, a każdy kto odważy się myśleć inaczej ma się wstydzić, bo podobny jest do tych Polaków, co jak zwykle problemy robią... (o naszej solidarnej pomocy dla Grecji nikt się tutaj nie zająknie). To nas - społeczeństwo - oczywiście jeszcze mocniej wkurza, czego polskie media zdają się nie dostrzegać i dalej kontynuują pałowanie (bo inaczej naprawdę nie można tego nazwać) Polaków. Nawet Radio TokFm przyłącza się do chóru, choć zazwyczaj jest to nadawca starający się o obiektywizm, mimo dającej się słyszeć pewnej stronniczości jego poszczególnych dziennikarzy. Daleko to nie nas nie zaprowadzi. To na co UE, a w głównej mierze wiodąca prym Republika Federalnych Niemiec pozwoliła sobie w stosunku do państw Europy Wschodniej podczas (braku) debaty nt. imigrantów  było powieleniem pyszałkowatego zachowania Zachodu w przeszłości w stosunku do Rosji. Jakie konsekwencje takie traktowanie może mieć przekonaliśmy się wraz z kryzysem na Krymie.


DEMOKRACJA TO TEŻ PRAWO POWIEDZENIA "NIE"
 
Toteż drodzy Państwo, wypraszam sobie, żeby tak ze mną rozmawiano. Jako obywatel UE i obywatelka Polski żądam w imieniu moim, jak i innych obywateli poszanowania dla naszych racji i opinii. W końcu demokracja daje nam prawo wolności słowa, a to co w ostatnim czasie było uprawiane na forum europejskim daleko od tego prawa odbiegało. Zanim zaczniecie drodzy Państwo osądzać poszczególne grupy społeczne za reprezentowane przez nich stanowisko, to może na początek ich wysłuchajcie, bo ja jestem w stanie zrozumieć oburzenie Polaków, którzy za marne grosze muszą przeżyć cały miesiąc nie mogąc liczyć na pomoc państwa  i nagle się dowiadują, że dla przybyszy te środki się znajdą; bo za granicą spotykam Polaków, którzy w chwilach słabości potrafią się popłakać, że sytuacja ekonomiczna zmusiła ich do wyjazdu z kraju - dość mam sama znajomych, dla których deregulacja ich zawodów oznaczało utratę pracy i decyzję o emigracji; bo rozumiem żal znajomego, który omal nogi po potrąceniu przez samochód nie stracił, gdyż szpital z racji braku funduszy przerwał jego rehabilitację; bo serca nam się krają, gdy widzimy w Polsce ludzi buszujących po śmietnikach. Jeszcze długo mogłabym wyliczać, co usłyszałam w głosach polskiego społeczeństwa, którym to  moim zdaniem niedostateczna uwaga została poświęcona.
Po zmianie systemu zapięliśmy dość ciasno pasek,  zakasaliśmy rękawy, zacisnęliśmy zęby i wzięliśmy się do roboty. I całkiem sporo osiągnęliśmy, ale wciąż istnieją w Polsce duże grupy społeczne żyjące na niskim poziomie i uważam, że Polacy zasługują chociaż na przyzwoite wyjaśnienie, czemu nas nie stać na pomoc socjalną, ale znajdujemy fundusze na pomoc Ukrainie, Grecji, a teraz na przyjęcie uchodźców. Przeciętny człowiek tego nie rozumie. Zamiast go ideologicznie pałować  laską moralności zasługuje na potraktowanie serio i klarowne przedstawienie sytuacji. Może problem leży też po części w fakcie, że my Polacy długi czas nie poświęcaliśmy dostatecznej uwagi konfliktowi w Syrii i teraz zostaliśmy po części zaskoczeni potrzebą zajęcia stanowiska w sprawie imigrantów.


JAK NIEPRZYGOTOWANY DO ZIMY PONIK KOLNY

W Niemczech temat ten był na tapecie już od wielu miesięcy. Przyjrzyjmy się zatem, jak media niemieckie podeszły do kwestii wytłumaczenia swoim obywatelom przyjęcia rzeszy imigrantów zanim zaczęła się histeria ostatnich tygodni. Faktem jest, że kraj ten faktycznie potrzebuje przybyszy, jeśli chce utrzymać obecny standard życia. O tym się już w Niemczech nie rozmawia, a krzyczy od lat. Tak na marginesie, w obliczu ich zapotrzebowania zastanawiam się, czemu tak uparcie bronili się przed otworzeniem rynku pracy dla Polaków po przystąpieniu naszego kraju do UE...
Ale do rzeczy, skorzystam tutaj danych  gazety "Zeit Online" (7. Juli 2015, 7:12 , link: http://www.zeit.de/politik/deutschland/2015-07/kolumne-theo-sommer-einwanderung-migranten)
Niemcy, jak dobrze wiemy to społeczeństwo starzejące się - średni wiek przeciętnego Niemca wynosi obecnie 47 lat, podczas  gdy przeciętny imigrant ma 33 lata. Przybysze z UE bardzo często nie ukończyli 24 roku życia, zaś przybysze z Rosji i Turcji są jeszcze młodsi. Obecnie 16,5 milinów obywateli naszego sąsiada zza Odry to imigranci. Tym samym stanowią oni 1/5 społeczeństwa niemieckiego. 64% obcokrajowców w Niemczech pochodzi z UE, 5,2% z Ameryki Północnej i Łacińskiej oraz z Australii i Oceanii, kolejne 5% z Afryki. 13% Niemców ma wyższe wykształcenie, podobnie rzecz się ma z imigrantami z UE. Dochody 22% imigrantów w Niemczech wynoszą ponad 3.200 euro netto na miesiąc. 23,1% osób, które przybyły w ciągu ostatnich 3,5 roku do Niemiec otworzyło swoje własne przedsiębiorstwa. 1/5 dochodów PKB Republiki Federalnej Niemiec wypracowują obcokrajowcy.
Dość rzetelne dane tłumaczące przeciętnemu Müllerowi, dlaczego jego kraj potrzebuje uchodźców. Szkoda tylko, że Zeit Online nie wspomina, iż wg niemieckiej agencji pracy, co trzeci bezrobotny jest obcego pochodzenia... Informacja ta wprawdzie nie zmienia faktu, że Niemcy potrzebują zasilenia szeregów swojego społeczeństwa, ale wskazuje na pewien istotny problem, któremu niestety już ani w UE, ani w mediach nie poświęca się dostatecznie dużo uwagi.  A Polacy właśnie min. tego się boją, że imigranci zasililiby nie małą grupę bezrobotnych w ich kraju. I w tym miejscu niemieckie media w mojej opinii zawodzą, bo zamiast przeprowadzić analizę tego problemu, uprawiają swoistego rodzaju propagandę. Po wyżyciu się na krajach Europy Środkowo-Wschodniej niemiecka telewizja publiczna serwuje  obecnie sentymentalne reportaże  o związkach niemiecko - tureckich, jak to para dwudziestolatków mimo różnego wyznania mocno się kocha...
Ale nic, szukam zatem danych odnośnie Polski... i mam problemy. Znajduję jakieś raporty sprzed 10-u lat, albo bardzo niekonkretne informacje. Najsensowniejszym wydają mi się w końcu wyniki badań GUS-u oparte na spisie powszechnym z 2011 opublikowane w numerze: 41 / Kwiecień 2013 | Kategoria: Imigranci w Polsce. (http://biuletynmigracyjny.uw.edu.pl/41-kwiecien-2013/proby-szacowania-imigrantow-przebywajacych-na-stale-w-polsce)
"(...) Z danych na temat obywatelstwa wynika, że wśród stałych mieszkańców Polski ponad 99,8 proc. to obywatele polscy, a tylko 0,15 proc. (57 500) to cudzoziemcy - w tym 55 400 ma obywatelstwo niepolskie (wobec 40 200 w 2002 r.), a ok. 2 tys. określiło się jako bezpaństwowcy. W ciągu ostatnich 10 lat daje się więc zaobserwować pewien wzrost liczby cudzoziemców mieszkających w Polsce na stałe, jednak ponieważ od 2002 r. liczba ludności Polski zwiększyła się o ok. 300 tys., udział cudzoziemców dalej pozostaje na poziomie tylko 0,1 proc. Wśród osób bez polskiego obywatelstwa najwięcej jest obywateli: Ukrainy (24 proc. ogółu), Niemiec (ponad 9 proc.), Rosji (prawie 8 proc.), Białorusi (prawie 7 proc.) i Wietnamu (prawie 5 proc.)(...).".
W Radiu TokFm w programie EKG dopiero  co słyszałam, że w Polsce mamy ok. 300.000 Ukraińców. Dobrze, po konflikcie rosyjsko-ukraińskim dane z 2011 mogły się dość mocno zdezaktualizować i chyba właśnie aktualizacji wiedzy nt. struktury polskiego społeczeństwa w kontekście rynku pracy oczekiwałabym od naszych mediów. Na razie podczas pałowania Polaków mogliśmy tylko usłyszeć, że te kilka tysięcy to przecież nie tak dużo, a my i tak przecież potrzebujemy rąk do pracy. Ale dlaczego? Biorąc pod uwagę wiadomości ostatnich lat o bezrobociu w Polsce, fali emigracyjnej jej obywateli, "straconym pokoleniu" dzisiejszych absolwentów studiów informacja o potrzebnej sile roboczej jest dla wielu po prostu niezrozumiała.  Problem polega na tym, że wcześniejsze newsy przedstawiające całe fale uchodźców zdążyły zrobić już swoje. Żyjemy obecnie w poczuciu, że Europę szturmuje islam. Jak się wcześniej grało na emocjach, to nie można z dnia na dzień wymagać racjonalnego podejścia do tematu, zwłaszcza, jeśli brak rzetelnych danych.
Wśród mieszkańców kraju nad Wisłą wybuchła zatem panika, Europa nastawiła stoper i kazała podejmować decyzję, po czym wytknęła nas palcami i nazwała ksenofobami - bo też nie pofatygowała się, by choć na chwilę wejść w naszą sytuację - a polskie media zamiast nadrobić swoje zaległości, przejechały biczem po tyłkach polskiego społeczeństwa. Teraz pojawia się coraz więcej programów poświęconych islamowi, a rozmów nt. konkretnych rozwiązań wciąż brak.

Mi  osobiście ciągle podczas tej całej nagonki brakuje rozmowy na poniższe tematy:
  1. Jak będą wyglądać programy integracyjne? W tym, jak zintegrować ludzi, którzy wcale nie chcą żyć w Polsce, tylko zostaną do tego kraju siłą skierowani? Jakie środki chcemy zastosować, by nie dopuścić do tworzenia przez imigrantów społeczeństw równoległych?
  2. Jakie błędy w przeszłości popełniły kraje EU w polityce integracyjnej i jak zamierzają ich powtórzeniu przeciwdziałać? Czy władze Polski potrafią je wypunktować i wyciągnąć z nich wnioski?
  3. Jak faktycznie zostaną sprawdzone kwalifikacje zawodowe przyjętych imigrantów? - Same dane w liczbach odnośnie ich wykształcenia są bowiem niewystarczające, a jednocześnie podejście państw Zachodu w temacie sprawdzania posiadanych przez przybyszy umiejętności potrafi być dość aroganckie. Złe procedury na tym etapie będą oznaczać kleskę przedwsięwzięć  integracyjnych.
  4. Jak chcemy przyjętym ludziom wytłumaczyć, że zamieszkanie w Europie wiąże się z akceptacją i przyjęciem panujących na naszym kontynencie zasad współżycia społecznego?
    Przy tym pytaniu niektórzy zarzucą teraz mi arogancję, ale prawda jest taka, że wychodzimy dość naiwnie z założenia, iż powszechnie przyjętymi normami zachowania są te, w jakich sami wyrośliśmy, w tym zasada poszanowania zasad domu gospodarza, podczas gdy dla ludzi w innych kulturach obowiązują niejednokrotnie inne normy tudzież ich kompletnie odmienna od naszej interpretacja.
O tym już żadne media ani w Niemczech, ani w Polsce nie mówią.
Dyskusji na tego typu pytania życzyłabym sobie ze strony rządu i mediów, bo to one wywołują w społeczeństwie niepokój, a nie szkolniackich programów o islamie serwujących wiedzę, którą sama mogę w książkach wyczytać. Dopiero, gdy będziemy znali odpowiedzi na kwestie dotyczące pragmatycznych rozwiązań, można dyskutować, czy jesteśmy w stanie przyjąć na stałe daną grupę imigrantów, czy też nie. A jestem święcie przekonana, że pytań jest jeszcze więcej. Skupiłam się na tych, które mi tłuką się po głowie.


JEDEN PIWO UWARZYŁ, DRUGI JE SPRZĄTA, NIEWINNI CIERPIĄ

Podsumowując - Amerykanie i Brytyjczycy przyczynili się do rozlania mleka na Bliskim Wschodzie, Europa jest zmuszona je posprzątać, choć nie wiadomo, czy ma do tego odpowiednie szmaty, na Polaków wylano pomyje za to, że pozwolili sobie na tupnięcie nogą za traktowanie ich jak dziewki na posyłki, polskie media jeszcze ścierą przez tyłek przyłożyły, przywołany do porządku kraj wdział w końcu posłusznie swój fartuszek - rząd beknie pewnie za to podczas najbliższych wyborów. Niemcy zaprezentowali się jako obrońcy moralności, zapominając, że są jednym z wiodących w świecie eksporterów broni, być może właśnie z której zabijani są ludzie w Syrii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz