Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycje. Pokaż wszystkie posty

15 grudnia 2017

Najpiękniejszy Weihnachtsmarkt



Co roku w listopadzie wyglądam z niecierpliwością grudnia, a gdy ten nadejdzie zakochuję się niezmiennie w niemieckich jarmarkach bożonarodzeniowych i całej przedświątecznej atmosferze, jaka wtedy króluje w Niemczech. W tym roku udało mi się wreszcie zrealizować coś, na co od lat miałam ochotę, tylko w wypełnionym po brzegi kalendrzu adwentowym brakowało mi już czasu - pojechałam na Weihnachtsmarkt do Quedlinburga. O tym przecudnym miasteczku wspominałam już w poście "8 miejsc, które warto odwiedzić w Niemczech Środkowo-Północnych. Gdy się w nim prawie 12 lat temu zakochałam, nie wiedziałam, że piękne o każdej porze roku staje się szczególnym miejscem zimą. Quedlinburg wypracował sobie bowiem w ostatnich latach opinię "Miasta adwentu" z jednym z najsłynniejszych na całe Niemcy jarmarkiem bożonarodzeniowym.


O owym jarmarku słyszałam już przeróżne opowieści, które tylko powiększały mój apetyt na wizytę. Gdy w końcu w tym roku jechałam, by osobiście go zobaczyć cieszyłam się jak małe dziecko. Nie rozczarowałam się. Apetyt został nie tylko zaspokojony: było tak cudnie, że niewiele mi teraz brak do osoby uzależnionej. Zwiedziłam jarmarki bożonarodzeniowe w przeróżnych miastach, nigdzie żaden tak mnie nie urzekł, jak ten w Quedlinburgu. Co go odróżnia od innych? Przede wszystkim, że nie ogranicza się do drewnianych budek ustawionych na głównym placu względnie kilku sąsiednich ulicach. Tutaj całe miasto staje się Weihnachtsmarktem. Poza jarmarkiem w tradycyjnym wydaniu w sercu miasta, w stanowiska jarmarkowe zamieniają się poddasza, piwnice, zaadeptowano nawet ruiny dawnej kamieniczki przy Marschlinger Hof 7, która spłonęła w noc sylwestrową 2004/2005. Rozsypane po całej miejscowości 24 podwórka adwentowe nęcą smakowitą kuchnią, trunkami oraz różnymi eventami. To wszystko sprawia, że jarmark w Quedlinburgu jest swoistego rodzaju bożonarodzeniowym jarmarcznym labiryntem z tysiącem zaułków i odgałęzień.

Podwórko nr 7

Podwórko nr 14
Obok tradycyjnego grzańca

Zupa dnia: Grzaniec

skosztować można także innego trunku, który jak się okazuje należy do jednej z tradycji adwentowach w Niemczech (a myślałam, że już wszystkie są mi znane): Feuerzangenbowle. 



Jego bazą jest rum, a procedura jego przygotowania wygląda na dość skomplikowaną. Tak się składa, że w tym roku dostałam na imieniny cały potrzebny sprzęt do przygotowania tego napitku w domu. Gdy znajomy dowiedział się, że ta tradycja nie jest mi jeszcze znana zadbał od razu o wypełnienie luki w mojej wiedzy. Teraz czekam, aż Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż pokaże mi, jak się do tego całego arsenału zabrać. Chcąc mi zafundować wesję full wypas zakupił już film o tym samym tytule co nazwa trunku. Ponoć ogląda się go podczas picia Feuerzangenbowle.

"Feuerzangenbowle" na ekranie dla pijącej i niepijącej publiczności

Co jeszcze czyni Quedlinbuirg miejscem tak szczególnym w okresie oczekiwania na Boże Narodzenie? Codziennie o konkretnej godzinie w jego centrum otwierane jest okno w jednym z tam usytuowanych domów. Podobnie jak to znamy z czekoladowych kalendarzy adwentowych z tą różnicą, że tutaj zamiast garści czekoladek na zebranych czeka kolęda tudzież  bajka. W niektóre dni publiczność ma przyjemność obejrzenia krótkiego spektaklu teatralnego. Aby rozpoznać, które okno danego dnia zostanie otwarte trzeba szukać czerwonej gwiazdy.

I na koniec oczywiście dekoracja. Nawet przeróżne zakamarki są pięknie udekorowane.



Zapraszam Was zatem na krótki spacer po tamtejszym jarmarku bożonarodzeniowym:





W międzyczasie można się ogrzać przy koksowniku



Pozostałości po dawnej kamieniczce przy Marschlinger Hof 7



Na rynku przed ratuszem


O czym jeszcze nie wspomniałam? Całości dopełniają sklepiki udekorowane w bajecznym stylu.




Jeśli zatem w swoich planach macie kiedyś wypad do Niemiec na jarmark bożonarodzeniowy, mówię Wam: nie zadawalajcie się czymś, byle by było. Jedzcie do Quedlinburga!

11 kwietnia 2017

Idziemy szukać jaj, czyli Wielkanoc w Niemczech

Wielkanoc w Niemczech nie różni się jakoś drastycznie od obchodów w Polsce, niemniej nawet i w tym przypadku powiedzenie "co kraj to obyczaj" ma swoje zastosowanie. 
Mniej więcej już pod koniec karnawału tutejsze sklepy są zalane czekoladowymi zajączkami, jajkami i dekoracją świąteczną, a w niemieckich domach i ogródkach pojawiają się kolorowe dekoracje wielkanocne. 



Właściwe uroczystości otwiera jednak Wielki Piątek (Karfreitag, zwany też Stiller Freitag). To jeden z nielicznych dni, który jest dniem wolnym od pracy w całych Niemczech. Podobnie jak w polskich kościołach, także i w kościołach niemieckich odprawiane są misteria upamiętniające mękę Pańską, niemniej podczas gdy w Polsce tego dnia mam wrażenie, że w powietrzu unosi się atmosfera wszechobecnego smutku i to niezależnie od tego, czy bierze się udział w modlitwach w kościele, czy też nie, to w Niemczech takich odczuć nie mam. Niemcy nie poszczą tego dnia, także przez te wszystkie lata nie spotkałam się w żadnej z miejscowości, w której  mieszkałam, czy też akurat byłam z Drogą Krzyżową ulicami miasta. Obserwuję za to bardziej, że Wielki Piątek jest często dla wielu dniem spotkań towarzyskich. Zwłaszcza od znajomych w ateistycznych Niemczech Wschodnich co roku słyszę, że tego dnia mają wielkie zjazdy rodzinne tudzież spotkania w gronie przyjaciół.
Wielka Sobota jest podobnie jak w Polsce dniem ognia. W mniejszych miejscowościach i na wsiach tego dnia organizowane są festyny z ogromnym ogniskiem w roli głównej. W niektórych regionach położonych na pagórkowatym terenie praktykowana jest tradycja turlania zapalonych kół. Ma sięgać ona czasów pogańskich i symbolizować powrót słońca wraz z wiosną. Bardzo często organizatorem owych festynów jest Ochotnicza Straż Pożarna, która ze sprzedaży kiełbasek i piwa zyskuje dodatkowe fundusze na swoją działalność.
Niedziela Wielkanocna rozpoczyna się rezurekcjami w kościele. Po nich wierni wracają na uroczyste śniadanie. Tradycja dzielenia się jajkiem nie jest tu jednak znana. Za to po śniadaniu następuje najmilszy moment dla dzieciaków - szukanie jajek ukrytych w domu lub ogrodzie. W niektórych rodzinach chowa się kolorowo pomalowane jaja, którymi potem dzieci się bawią, ale częściej  są to różne łakocie. Dzieci wierzą, że przyniósł je Zając Wielkanocny. Także przychodząc w Wielkanoc do kogoś w gości powinno się też mieć "wielkonacnego zajączka" dla gospodarzy.


Poniedziałek Wielkanocny to dzień wypoczynku. Tradycja polewania się wodą jest w Niemczech nie znana. Praktykuje się ją  jeszcze tylko w Łużycach, gdzie żyje największa słowiańska grupa etniczna na terenie Niemiec - Serbołużyczanie. Co ciekawe, łużycki jest w tej części Niemiec obok niemieckiego drugim urzędowym  językiem. W przeszłości łużyczanki tego dnia wyjątkowo strojnie ubierały się do kościoła mając nadzieję na oblanie wodą. W ten sposób młodziency okazywali dziewczętom swoje zainteresowanie. 
W Bawarii za to mieszkańcy miasteczka Trausnstein pielęgnują zupełnie inną tradycję. W Poniedziałek Wielkanocny odbywa się tam konna procesja św. Jerzego, patrona rolników, bydła i jeźdźców. Ubrani w ludowe i historyczne stroje uczestnicy odgrywają podróż za heroldem. W trakcie procesji mężczyźni odgrywają taniec mieczy, który ma symbolizować zwycięstwo wiosny nad zimą.

Życzę Wam zdrowych, spokojnych i radosnych świąt, z może odrobinę większą szczyptą zadumy niż w Niemczech.
 

27 lutego 2017

Niemiecki karnawał




Weiberfastnacht, tak nazywa się w Niemczech ostatni czwartek karnawału, aczkolwiek trzeba tutaj nadmienić, że nie w całym kraju dzień ten, jak i sam karnawał jest świętowany podobnie. Podczas, gdy w katolickich regionach u naszego zachodniego sąsiada okres pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Wielkim Postem jest podobnie jak u nas czasem zabawy, to na obszarach zdominowanych przez protestantyzm nie obserwuje się już takiego szaleństwa.
Niemieckim „centrum karanawałowym” jest land Nadrenia – Westfalia, za stolicę obchodów uchodzi zaś Kolonia.  Ostatni czwartek karnawału to dzień królowania kobiet. Panowie kryjcie się tego dnia, bowiem uzbrojone w nożyczki panie bezkarnie obcinają każdemu napotkanemu mężczyźnie krawat – symbol władzy, którym to aktem ofiara jest jej pozbawiana. Ale gra tego dnia toczy się tak naprawdę o większą stawkę. Punktualnie o godzinie 11:11 tysiące kobiet w wielobarwnych kostiumach szturmuje drzwi ratuszy w Düsseldorfie, Bonn, Kolonii, Moguncji oraz w innych niemieckich miastach, by obciąć krawaty urzędnikom i otrzymać symboliczny klucz do bram miasta. Po tak przeprowadzonej akcji rządy nad miastem przechodzą w ręce pań!


Dlaczego atak na obiekty władzy rozpoczyna się dokładnie o tak dziwnej godzinie? Ano zdziwicie się mocno, ale w Nadrenii – Westfalii Karnawał zaczyna się jeszcze przed... Adwentem. Co roku 11 listopada o 11:11 ogłaszane jest rozpoczęcie „Piątej Pory Roku”, czyli Karnawału! Napisałam w Nadrenii – Westfalii, ale gdy mieszkałam w Berlinie, to moja dobra znajoma nakupowała dla mnie 11 listopada łakoci (pączków i faworków, czyli tych smakołyków, które my pałaszujemy w Tłusty Czwartek) z racji rozpoczęcia karnawału:) Ta nietypowa dla nas data rozpoczęcia okresu największego w ciągu całego roku szaleństwa wywodzi się to stąd, że po ustaleniu w 354 roku daty świętowania narodzin Chrystusa przewidziano również okres postu mający być czasem oczekiwania na to radosne wydarzenie. Podobnie jak w przypadku postu przed uroczystościami Wielkiej Nocy miał być to okres, w którym obowiązywał zakaz spożywania mięsa. Należało więc najeść się go wcześniej do syta (od czego to wywodzi się nazwa Karnawału: z włoskiego carne vale -  pożegnanie mięsa). Tak miał narodzić się tzw. Mały Karnawał. Świętuje się go 11.11, a po tej aczkolwiek krótkiej, alej obfitej inauguracji rozpoczyna się okres oczekiwania na Boże Narodzenie. Sam Adwent zaczyna się jednak często później. Skąd zatem to przywiązanie do 11? Już w średniowieczu liczba ta symbolizowała „żart” oraz „błazenadę”.


Powszechne szaleństwo rozpoczyna Święto Trzech Króli (06.01). Wcześniej praktykowano w Niemczech jeszcze tradycję, która dziś jest tam praktycznie zapomniana. Dzień przed 6. stycznia spożywano tzw. ciasto królewskie, które zawierało jedno ziarenko fasoli, lub bobu. Jego znalazcę w nagrodę koronowano na „fasolowego króla”, ale nie tylko ten zaszczyt był jego udziałem. Nowo obrany król był zobowiązany  do zorganizowania balu maskowego.
Punkt kulminacyjny karnawału przypada na jego ostatni tydzień. Wówczas dni tygodnia noszą imiona kwiatów: Goździkowa Sobota, Tulipanowa Niedziela, Różany Poniedziałek, Fiołkowy Wtorek. Od soboty do poniedziałku odbywają się zabawy uliczne, ale najważniejszy i najbardziej uroczysty jest poniedziałkowy pochód karnawałowy szczególnie celebrowany w Kolonii. Miasto to jest stolicą niemieckiego Karnawału. Z tej okazji wielu pracodawców w Nadrenii-Westfalii daje swoim pracownikom wolne, mimo że nie jest to ustanowione ustawowo. Takich przywilejów nie mają mieszkańcy stolicy Karnawału w Niemczech Północnych: Brunszwiku. Tutaj wielka feta uliczna jest organizowana w Tulipanową Niedzielę i w tym roku uparłam się, by pojechać i przeżyć  ją na żywo. Już od kilku lat miałam ochotę na szaleństwo karnawałowe w Kolonii, ale ponieważ Różany Poniedziałek nie jest w naszym landzie dniem wolnym, toteż zawsze był problem z realizacją tych ciągot. Postanowiłam zatem zadowolić się imprezą uliczną o mniejszej skali, ale jakby nie było stanowiącym pożegnanie Karnawału na niemiecką modłę.
Czy Kolonia, czy Brunszwik, w korowodach ulicznych bierze udział pełno ludzi. Na platformach prezentują się przebierańcy, którzy tańczą, śpiewają, wygłupiają się i rzucają do stojących gapiów cukierki. Mniam, mniam:) Z tych ostatnich cieszą się szczególnie dzieci.





Ponieważ jest to czas, gdy wszystko jest dozwolone, można się zatem pośmiać także z władzy. Kostiumami są często ogromne, zakładane na całe sylwetki maski, które w sposób karykaturalny przedstawiają polityków i komentują wydarzenia polityczne z ostatniego roku. Kolonia ma szczególnie długą historię w karnawałowych wystąpieniach politycznych. Jednym z tych, które wyjątkowo zapisało się w pamięci było wystąpienie w latach 30-tych Przewodniczącego Komitetu Kolońskiego Karnawału, który w swoim przemówieniu otwierającym uroczystości nawiązał do obozu koncentracyjnego w Dachau. Za te słowa został aresztowany przez nazistów.
W 2015 w ramach wewnętrznej cenzury zastopowano budowę platformy nawiązującej do ataku terrorystycznego na "Charlie Hebdo". Wywołało to spore oburzenie. W prasie można było znaleźć komentarze, że atak na redakcję francuskiego czasopisma był atakiem na ludzi głoszących wolność słowa. Za skandal uznano zastopowanie tej wolności podczas kolońskiego karnwału, gdzie "wolność błaznów to najważniejsze prawo". Nie są to jedyne historie zza kulis wielkiej nadreńskiej fety. Były już przypadki postawienia artystów projektujących platformy przed sądem za znieważenie i obrazę. Panuje jednak ogólne przekonanie, że kto nie umie krytycznie spojrzeć na pewne kwestie i nie umie śmiać się z siebie, nie umie się bawić.
W tym roku można spodziewać się w Kolonii karykatur Trumpa oraz nawiązania do Brexitu. Ale i w Brunszwiku pojawiły się tu i tam motywy inspirowane dzisiejszą sytuacją polityczną na świecie.


O tak, Niemcy potrafią się zabawić! Natomiast co może dziwić, to fakt, że we wtorek (czyli w polskie Ostatki – najważniejszy dzień Karnawału u nas) w niektórych miejscowościach nasi zachodni sąsiedzi odsypiają poniedziałkowe szaleństwo i powoli przygotowują się do nadchodzącego Wielkiego Postu, podczas gdy my przebieramy się, chodzimy po domach, albo bawimy się na balach. Niezależnie gdzie, życzę Wam szałowej końcówki karnawału:)!

7 grudnia 2016

Ten cudowny grudzień!

Nadszedł mój ukochany czas w Niemczech. Grudzień! A wraz z nim magiczna atmosfera oczekiwaia na Gwiazdkę. Już w zeszłym roku pisałam Wam, że "jak świętować Boże Narodzenie to tylko w Polsce, ale czas adwentu najpiękniejszy jest w Niemczech". Znów można napić się grzańca, czy kakao z Cointreau na Weihnachtsmarkcie.




Znów w teatrach grają "Dziadka do orzechów" i "Christmas Vacation" Alana Ayckbourn'a,  znów z ciekawością czekamy na kolejny dzień, kiedy będziemy mogli sprawdzić, co skrywa dla nas skarpetka kalendarza adwentowego. Skoro już jesteśmy przy temacie, to dorobiliśmy się w międzyczasie sześciu kalendarzy adwentowych. I to wszystko w ciągu czterech lat… Zastanawiam się, jak nasze mieszkanie będzie wyglądało za kolejne cztery lata… 

Kalendarz adwentowy nr 3 trafił tego roku do naszego domu poniekąd za moją sprawą (aby dowiedzieć się, jakie kalenadarze noszą nr 1 i 2 musicie cofnąć do opowieści z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/druga-niedziela-adwentu.html).  Strasznie mi się spodobał pomysł wioski bożonarodzeniowej, ale na tyle mi rozsądku pozostało, że go nie kupiłam. W końcu byliśmy „wyposażeni”. Nieopatrznie jednak opowiedziałam o nim Najcudowniejszemu Pod Słońcem Mężowi, który zapragnął wioskę koniecznie mieć i tak  następnego dnia, gnana jego obawami, że za chwilę ją wykupią, poleciałam po nią do miasta. Chyba miał jednak rację, że się uparł, bo podświetlona wygląda niezwykle klimatycznie.

 
W rzeczywistości prezentuje się o wiele lepiej niż na każdym zdjęciu, jakie próbuję zrobić.


Kalendarz nr 4 powinien tak naprawdę nosić nr 1. Dostałam go kilka lat temu, gdy mieszkałam w Berlinie. Przyjaciel uznał, że jak już mam poznawać niemieckie tradycje, to porządnie, a nie
objadając się tanimi czekoladkami z kalendarza z Lidla i kupił mi poniższy nostalgiczny kalendarz:


Od tamtej pory towarzyszy mi każdego roku w grudniu:)

Kalendarz adwentowy nie musi jednak tylko wisieć gdzieś w domu. W temacie Bożego Narodzenia Niemcy przejawiają niesamowity spryt i tworzą akcesoria adwentowe na każdą sytuację. I tak wieniec adwentowy może towarzyszyć nam w pudełku od zapałek w podróży (w pudełku są cztery otwory, w które wkłada się świeczki urodzinowe i vuola!), a kalendarz w kieszeni od spodni. Takie właśnie kalendarze, które możemy zabrać ze sobą do pracy, to nasze kalendarze nr 5 i 6.

Mój:


i Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża:



Czas adwentu nie pozostawia obojętnym na jego uroki także naszego, zazwyczaj racjonalnego przyjaciela Guido,  który już ubieranie u niego drzewka ustanowił swoistego rodzaju tradycją (oto efekty naszej katorżniczej pracy:)



Moim osobistym faworytem była przyniesiona przez kogoś bombka w kształcie dzika...



I oczywiście znowu przy tej okazji obdarowywaliśmy się nawzajem bublami (pamiętacie jeszcze tą śmieszną niemiecką tradycję? Jeśli nie, to zostawiam Wam link, który pomoże Wam odświeżyć pamięć: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/z-jakiej-okazji-niemcy-daja-sobie-w.html)

Tym razem Guido po bolesnych doświadczeniach z roku poprzedniego, kiedy to nie tylko dostał mu się grat zdechłego komputera, ale i inne większe śmieci wylosowane i porzucone w jego mieszkaniu przez gości,  zarządził, że wielkość przytaszczonego chłamu nie może przekraczać rozmiarów damskiej torebki. I tym oto sposobem można było wejść w posiadanie min. tych cudownych przedmiotów:




 

My przynieśliśmy ze sobą kamionkowy kufel do piwa chyba jeszcze z czasów socjalizmu wzbogacony świecznikami z kamieni


oraz książki z fotografią aktu teoretycznie artystycznego, w praktyce już pornograficznego. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał ochotę na małą prowokację. Uparł się zobaczyć pruderyjne zgorszenie Wessis (sam jest Ossi). Coś w tym jest, że byli Niemcy Wschodni i Zachodni mają trochę inne podejście do tematu seksu.  To co dla Ossis  jest często normalną ludzką sprawą zdaje się być dla wielu Wessis tematem, przy którym uszy im czerwienieją. I faktycznie było wesoło, bo Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż się nie pomylił. Większość z wytypowanych osób wywracała oczami z oburzenia, ale jednocześnie każdy chciał sobie zdjęcia dokładnie obejrzeć. A największą zagadką wieczoru pozostało pytanie, kto te "świństwa" przyniósł, bo dla większego ubawu moja druga połowa zarządziła, że udajemy zielonych. Przyznaliśmy się zatem tylko do dwóch kamorów i kufla po piwie, którego nam odmówić nie można było, jako że widniał na nim jak byk napis "Żywiec Poland":))) I tym o to sposobem już drugi rok z rzędu udało nam się przynieść coś, co zyskało miano największego badziewia, z którym na koniec zabawy nikt nie chciał zostać w ręce. No cóż, padło na koleżankę niezwykle aktywnie działającą w kościele...

A coż za skarby nam się dostały?

Mi gaśnica (przynajmniej będziemy mieli do samochodu)


a Najcudowniejszemu  Pod Słońcem Mężowi zaprezentowany wyżej paskudny komplet kubeczków do jajek.


Najlepiej na interesie wyszedł gospodarz. Los wynagrodził mu ten zdechły komputer obdarowując go parą bamboszy. No co, do tej pory nie miał żadnych, a dywanu też nie posiada.



Niech mu się w nich wygodnie chodzi!


A jeśli Wy macie ochotę na mały spacer po niemieckim jarmarku bożonarodzeniowym, to zapraszam na wpis z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/weihnachtsmarkt.html


Pięknego grudnia, Kochani! 


26 lipca 2016

Poskaczmy jak barany - historia głosowania w Bundestagu


Dzisiaj postanowiłam zaserwować Wam scenkę rodzajową z parlamentu niemieckiego. Kiedy podczas mojej pracy w Bundestagu po raz pierwszy byłam jej świadkiem  zaniemówiłam. Miałam bowiem wrażenie, że w jednej chwili przeniosłam się z przybytku demokracji na jakieś dziwaczne targowisko. A rzecz się tyczy jednej z metod głosowania.



Zebranie SPD
W niemieckim Bundestagu posłowie oddają głos albo poprzez „powstanie i pozostanie na miejscu” tudzież przez podniesienie ręki. Ta druga metoda odbywa się jednak inaczej niż w polskim Sejmie, gdzie posłowie podnosząc rękę jednocześnie naciskają przycisk umieszczony w ławie parlamentarnej. Co za tym idzie w Bundestagu nie znajdziemy też ekranu, który wyświetlałby wynik głosowania. Ten ogłasza przewodniczący parlamentu niemieckiego na podstawie wzrokowej oceny podziału głosów. W sytuacjach, gdy wynik jest niejasny prosi się posłów o opuszczenie sali parlamentarnej, tak by przeprowadzić Hammelsprung czyli głosowanie metodą "baraniego skoku". Parlamentarzyści oddają wówczas głos  swoim ponownym wejściem do sali obrad przez odpowiednie drzwi (z napisem „Tak”, „Nie”, lub „Wstrzymuję się”). Przy każdych drzwiach stoi po dwóch protokolantów, którzy głośno liczą przechodzących posłów. Przewodniczący parlamentu ogłasza koniec głosowania i podaje jego wynik. 
Kiedy spytałam się moich współpracowników, czemu Niemcy nie zamontują sobie po ludzku przycisków służących oddawaniu głosów, jak to ma miejsce w Polsce, a nie  posłowie muszą latać w te i we wte, jak kot z pęcherzem, to wyszłam tylko na ignorantkę. "To przecież tradycja." brzmiała odpowiedź. Dziś i ja jestem w stanie wyjaśnić zagwozdkę "Hammelsprungu". 
Metoda głosowania nawiązuje do "Odyseji" Homera. Wśród niezliczonych przygód Odyseusza znajdziemy także jego niewolę wraz z towarzyszami u Polifema, który po ich schwytaniu. zamknął wejście jaskini wielkim głazem, a następnie pożarł kilku z nich. Odyseuszowi udało się jednak upić Polifema  winem, a kiedy Polifem zasnął, wypalił mu rozżarzonym drągiem jedyne oko. Jako że Odyseusz wcześniej przedstawił mu się jako: "Nikt", toteż krzyki Polifema: "Nikt mnie oślepił" (co w grece jest równoważne do nikt mnie nie oślepił) zostały zignorowane przez innych cyklopów. Oślepiony Polifem odsunął następnie głaz u wejścia do pieczary i czekał tam na uchodzących Greków. Odyseusz przywiązał wówczas siebie i towarzyszy do podbrzuszy baranów. Polifem gładził wychodzące barany jedynie po grzbietach i w ten sposób Grecy razem ze stadem wyszli na wolność. Niemiecka metoda głosowania, której dziś poświęciłam swój post nawiązuje właśnie do tej mitycznej sceny ucieczki Odysa wraz z towarzyszami. 
Ładnie, że Niemcy pielęgnują tradycję, ale i tak nie rozumiem, czemu akurat tą opowieść z mitologii sobie wybrali. Może z troski o kondycję fizyczną swoich posłów? My, współpracownicy przynajmniej mieliśmy od czasu do czasu widowisko:) Choć, jakby tak się zastanowić, to chyba jeszcze więcej atrakcji sprawiłoby nam odgrywanie mitu "Jabłka niezgody", bo wyobraźcie sobie tylko: Angela Merkel, Ursula von der Leyen (Minister Obrony) i Manuela Schwesig (Minister ds. Rodziny, Seniorów, Kobiet i Młodzieży) w roli trzech bogiń Bundestagu i Franka Waltera Steinmeiera w roli Parysa...