Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty

17 września 2016

Co Niemca wkurza w Polsce

Po ostatnich peanach na cześć naszego kraju przychodzi dziś chwila trudniejsza, jako że na ostrze noża wzięłam niedoskonałości Polski w oczach Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Grabimy sobie przede wszystkim tragiczną w jego pojęciu organizacją ruchu drogowego.

Numer 1 to bramki na autostradzie.


Beznadziejny system poboru opłat na autostradach w Polsce doprowadza Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża do ataków wściekłości. "Jest pełno metod pobierania myta na autostradach, a u Was wprowadzili jakieś przedpotopowe bramki rodem z czasu kamienia łupanego!" wkurza się i wrzeszczy, że to już ostatni raz, gdy jedzie samochodem do Polski.
Bramek nienawidzę i ja. Ile to już razy staliśmy w korku przez nie spowodowanym! Nie dość, że wydłużają czas i tak już nie krótkiej podróży, to jeszcze powodują większe zużycie benzyny i wprowadzają kierowców w poddenerwowanie (a jak wiadomo wówczas łatwiej o wypadek).
Rozumiem, że na budowę autostrad zostały zaciągniete kredyty, które trzeba spłacić, ale obecne kwoty myta nijak się mają do komfortu jazdy, jaki za opłaty w takiej wysokości przeciętny użytkownik ma prawo oczekiwać. I nie rozumiem dlaczego dodatkowo do nich mamy ponosić dodatkowe koszty nieudanych decyzji cholera wie kogo. Po którymś z kolei czekaniu w korku do bramki wynoszącym ponad 30 min. napisałam w końcu reklamację do AWSA A2. Bezczelniejszą odpowiedź trudno sobie wyobrazić. Cytuję:
"Rozumiemy, że wybierając autostradę chciała Pani jak najszybciej dojechać do celu, jednak ruch  przekroczył kilkakrotnie średni dobowy ruch na autostradzie, dla którego projektowane były place poboru opłat. Mimo tego pracownicy naszej firmy dołożyli wszelkich starań by obsługa na Placu Poboru Opłat była sprawna. Czynne były wszystkie dostępne bramki."
Dla uściślenia, liczba  "wszystkich czynnych bramek" w punkcie, odnośnie którego złożyłam reklamację, wynosiła dwie sztuki...  I w ogóle co mnie obchodzi, że przepustowości ktoś nie umiał wyliczyć?! Pomijając już fakt, że naprawdę bez pomyślunku pobudowano tylko po dwie nitki i teraz nieraz przez 1/4 trasy jedzie się 80 km/h za wyprzedzającymi się nawzajem ciężarówkami.
Autostradzie A2 wystawiamy zatem obydwoje zgodnie jedynkę z minusem i wybieramy trochę dłuższą trasę południową (za to niezdzierającej z nas niewspółmiernej do jakości świadczeń opłaty za autostradę).

Numer 2 - brak szacunku większych usługodawców dla swoich klientów (bo małe zakłady rodzinne niezwykle ceni)

Do sytuacji na polskich drogach jeszcze wrócimy, ale opisana historia reklamacji czasu oczekiwania do bramki na autostradzie A2 stanowi zdaniem Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża niestety tylko jeden z wielu przykładów bezczelnego lekceważenia usługobiorcy w Polsce. Jego sztandarową opowieścią o dzikim kapitaliźmie w polskim wydaniu stała się historia szarpaniny z firmą "Ryłko".
Ogólnie rzecz biorąc Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż lubi polskie wyroby i pewnego dnia zapragnął też mieć obuwie polskiego producenta. Hektolitry śliny już sobie naplułam w brodę, że podkusiło mnie zabrać go wtedy do sklepu "Ryłko". Wyrobiłam za granicą opinię polskiej produkcji, że niech mnie gęś kopnie. Sama miałam przecież już raz bardzo złe doświadczenia z tą firmą, ale naiwnie pomyślałam, że może miałam pecha z jakąś niewydarzoną parą butów. Tylko głupi idzie do sklepu, na którym się przejechał. I ja okazałam się być dostatecznie głupia. 
Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż tak się cieszył z nowego nabytku, że dbał o niego, jakby był jedną z najcenniejszych rzeczy na świecie. W życiu nie widziałam faceta, który tak by skakał nad swoim obuwiem. Niestety, mimo całej jego troski, miłości i ostrożnego użytkowania, buty za ponad 300 PLN wyglądały po pięciu miesiącach, jakby je z gardła psa wyciągnięto.


Buty firmy "Ryłko" po 5-u miesiącach najzwyklejszego użytkowania.


Reklamację należało złożyć w sklepie osobiście, co oznaczało, że musiałam poczekać do mojej kolejnej wizyty w Polsce. Nastąpiło to w siódmym miesiącu od zakupu butów i choć teoretycznie obuwie było objęte dwuletnią gwarancją, to producent wykręcił się sianem, jako że zgłosiłam się po newralgicznych sześciu miesiącach - czasie, w którym to musiałby przyjąć do wiadomości wadę materiału (jak mi wytłumaczył na tamten moment Rzecznik Ochrony Praw Konsumenta), a tak dostaliśmy pismo, w którym rzeczoznawca firmy "Ryłko" orzekł, że konsument użytkował zareklamowane obuwie niezgodnie z ich przeznaczeniem... Zaręczam zatem solennie, że gwoździ nimi w ścianę nie wbijał. Potem znalazłam na forum i Fb całą masę podobnych historii, jakie inni z tym producentem przeżyli. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż nie uznał tego za pocieszenie. Powiedział tylko, że to bardzo smutne, że w kraju, gdzie ludzie tak ciężko muszą pracować nie szanuje się ani ich pieniędzy, ani czasu, jaki na ich zarobienie poświęcili.
W Niemczech producenci po zgłoszeniu reklamacji bardzo często dostarczają nowy towar bez większych ceregieli. Kilka razy mogłam tego sama doświadczyć. W trzecim tygodniu użytkowania szafki pod umywalką pękła ni z tego ni z owego górna płyta. Poprosiliśmy o jej wymianę, dostaliśmy całą nową szafkę. Nie musieliśmy udowadniać, że po płycie nie skakaliśmy,  albo że nie waliliśmy sobie z nudów młotkiem w co popadnie. Podobnie rzecz się miała z (wydawało nam się) wypaczonymi drzwiami od szafy ubraniowej. Choć chodziło o jedno skrzydło, dostaliśmy tak na wszelki wypadek od razu dwa. Potem okazało się, że problem stanowiły nie drzwi, a krzywa podłoga, czego monterzy szafy nie wyłapali. Uczciwie chcieliśmy zwrócić otrzymane skrzydła, ale producent nam je podarował na wypadek, gdybyśmy w przyszłości je potrzebowali.
Oczywiście polityka niemieckich firm może prowadzić do nadużyć ze strony klientów, ale według badań marketingowych przysparza im w ostatecznym rozrachunku większe obroty, jako że klienci wracają o wiele chętniej do producentów, którzy nie pozostawiają ich samych sobie z problemem. W Polsce jeszcze stosunkowo często producenci zdają się myśleć kategoriami: "Najważniejsze to wepchnąć komuś mój towar, a dalej to już  niech ta osoba się martwi.".

Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż unika w Polsce jak ognia sklepów z obuwiem. Niemniej po dwóch latach od nieszcząsnego wydarzenia z firmą "Ryłko" udało mi się trochę odbudować w jego oczach renomę polskich wyrobów z branży odzieżowej. Na przedostatnią Gwiazdkę zamówiłam mu sztybylty na stronie Fun in Design. Nosi je radośnie do tej pory twierdząc, że to najwygodniejsze buty, jakie kiedykolwiek miał. A ja w tym miejscu muszę pochwalić obsługę tej firmy. Fachowa, rzeczowa, miła, kompetentna i działająca z myślą o zadawoleniu klienta, a nie tylko, jak sobie sakiewkę nabić. Proponuję rodzimym firmom uczyć się od nich. 

Numer 3 - fatalnie oznakowanie na drogach

I to nie tylko na tych starych. Podaję przykład skrzyżowania po remoncie:

Czy widzicie, w którą stonę można jechać drugim pasem od lewej strony?
Pomogę: na ulicy strzałka w tym miejscu wskazuje kierunek na wprost. Pomocny byłby niebieski znak drogowy. Niestety umieszczono go w takim miejscu, że nie ma wielkiej różnicy, czy jest, czy go nie ma. Widoczny staje się z miejsca, gdy kierowca nagle orientuje się, że prosta strzałka na asfalcie przemieniła się w nakaz skrętu w lewo.


 Czy też całe litanie pod poszczególnymi znakami, jak te pod zakazami wjazdu w Warszawie:


 Kto to da radę to przeczytać podczas jazdy?
Albo co gorsza w ogóle nieoznakowane i niewyposażone w sygnalizację świetlną miejsca.
Początkowo Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż strasznie się denerwował, jak miał jeździć samochodem po naszych miastach, a ja się denerwowałam, czemu on takie chryje robi. Pojeździłam trochę w Niemczech, to już teraz wiem.  Oznakowanie w Niemczech przypomina po trosze niemieckie instrukcje obsługi: "Otwórz opakowanie. Wyjmij produkt."...

 Numer 4 - Nagminne przekraczanie dozwolonej prędkości 
Ten grzech narodowy wszyscy dobrze znamy. Niestety:(

Numer 5 - Przejścia dla pieszych na trasach ekspresowych

Tj. na tej z Łodzi do Częstochowy, jakby to takie trudne było zbudowanie przejść pod-, albo nadziemnych. 

Numer 6 - Niezatrzymywanie się kierowców przed przejście dla pieszych.

Choć ja obserwuję w ostatnich latach ogromną poprawę w tej kwestii, Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż czuje się wciąż nieusatysfakcjonowany panującymi u nas standardami. Ciągle włazi na pasy, czy nadjeżdżający samochód zwalnia, czy nie. Przyprawia mnie tym o zawał serca. Ja w zamian doprowadzam do szału niemieckich kierowców, bo czekam, jak się zatrzymają, albo widocznie zwolnią przed przejściem, co wielu z nich ma denerwować. Ponoć wolą zachowanie reprezentowane przez moję drugą połówkę, jako że pieszemu może uda się przejść bez konieczności zatrzymywaia auta. No cóż, za długo żyłam w Polsce, by tak beztrosko latać po zebrze.

Numer 7 - Wyprzedzanie na trzeciego

Nic dodać nic ująć.
Generalnie Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż twierdzi, że teraz już się nie dziwi, czemu Polska króluje w satystykach wypadkowych. W Niemczech można wsiąść za kółko po jednym piwie, nie ma ograniczeń prędkości na autostradzie, a i tak w porównaniu z naszym krajem dochodzi tam do o wiele mnieszej liczby wypadków.

Numer 8 - Rozbuchana biurokracja

Kiedyś to Niemcy uchodzili za królów biurokracji. Ile to żartów krążyło na ten temat. Straciły na aktualności. Za wyraz Niemcy wypadałoby podstawić Polskę. Chyba najbardziej debilną rzeczą, jakiej Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż był świadkiem było wypisywanie przeze mnie pełnomocnictwa dla członka rodziny, aby ten mógł mnie reprezentować w urzędzie podczas mojej nieobecności. Formularz godny PIT-a, niezrozumiały po części dla samych urzędników. Pracownicy z trzech pokoi deliberowali, co należy wpisać w poszczególne pola i kto to w ogóle ma podpisać. Kulminacyjnym punktem okazało się wypełnienie pozycji "Zakres przedstawicielstwa". "We wszelkich sprawach" - napisałam. Sformułoanie uznano ZA MAŁO KONKRETNE. "Nie wiadomo, co oznacza 'wszelkich'." rzekła urzędniczka. " 'Wszelkie' oznacza 'wszystkie'." odpowiedziałam. "Nie jest to jasne. Musi Pani wymienić wszystkie sytuacje." Spędziłam tam 1,5 h, a Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rwał włosy z głowy. Wszystko na marne. W ciągu 6-u miesięcy od tamtej wizyty dwa razy zmieniono wzór formularza i moje wypociny są funta kłaków warte. 

Numer 9 - akustyka w blokach z wielkiej płyty

Chyba najbardziej denerwujący dla Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża jest fakt, że po przebudzeniu się o poranku jedną z pierwszych rzeczy, jaką słyszy za jaką to właśnie potrzebą fizjologiczną sąsiedzi z góry udali się do toalety...

Numer 10 - głośne imprezy

Niemcy to naród kochający ciszę. Do bólu. Tym bardziej głośne imprezy u sąsiadów, zwłaszcza latem przy otwartych oknach doprowawadzają ich do szału. Szczególnie, gdy przez cały weekend trzy wieczory pod rząd ktoś inny urządza balangę. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż dziwi się, że nikt nie wzywa policji, na co ja mu tłumaczę, że zasada jest prosta: dzisiaj oni, jutro może my.  Ja tam lubię ten nasz hałas, choć czasem jest faktycznie męczący. Za to przynajmniej czuć, że ludzie żyją.

Numer 11 - sąsiad majsterkowicz

Od trzech lat sąsiad w Polsce ulepsza swoje mieszkanie. Nie wiem, czy robi to od trzech lat non stop, czy perfidnie wybiera okresy naszego pobytu w Polsce. Fakt faktem, że ze swoim stukaniem, pukaniem, wierceniem jest wrogiem numer 1 Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Moim powoli zresztą też.

Chyba starczy na razie tego biczowania. Następnym razem przeczytacie o tym, co Niemca dziwi w Polsce. Do zobaczenia!

4 września 2016

Co Niemca urzeka w Polsce

Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż uwielbia jeździć ze mną do Polski. Twierdzi, że czuje się u nas rewelacyjnie i rozpacza, że los pokarał go nadając mu wraz z narodzinami niemieckie, a nie polskie obywatelstwo. Specjalnie dla Was spytałam go, co właściwie tak mu się w Polsce podoba. Oto jego odpowiedzi:

1. Anarchia w postaci "radosnej zabudowy" (nazwa własna Mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża)




Jestem z natury estetką. Lubię, kiedy moje otoczenie jest ładne i schludne, dlatego też płakać mi się chce, gdy patrzę na polską zabudowę. Tu wielka płyta, obok szklany wieżowiec, po drugiej stronie buda z kurczakiem na rożnie, a nieopodal rozpadający się garaż w chaszczach. Tak mniej więcej można by podsumować krajobraz miejski panujący w naszej ukochanej ojczyźnie.
Trochę się bałam pierwszej wizyty w Polsce Mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża (wówczas nawet jeszcze nie mojego partnera). Przed jego przyjazdem rozejrzałam się jeszcze krytyczniej niż zazwyczaj po mojej okolicy i się załamałam. Byłam święcie przekonana, że mój zagraniczny absztyfikant przerazi się, z jakiego to patologicznego regionu pochodzę. Było wręcz na odwrót - po dziś dzień Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż ciekawie rozgląda się po wszystkich mijanych kątach, a najbardziej się cieszy, gdy widzi jakieś straszne ruiny lub kompletnie nie pasujące do siebie zestawienie architektoniczne. "Bo widzisz - tu wszystko żyje! Nie tak jak w Niemczech wszystko jest zmumifikowane, ujednolicone i nudne.". Długi czas nie mogłam pojąć, czemu on się tak uczepił tego życia w tej naszej wyrwanej z kontekstu zabudowie zamiast szukać go w wypielęgnowanych ogrodach, aż pewnego dnia (po mniej więcej rocznym pobycie w Niemczech) szłam w naszej miejscowości ulicą i stwierdziłam, że wszystko jest takie przewidywalne. A gdyby tak chociaż jedną odrapaną ścianę gdzieś zobaczyć...
Okazało się, że jestem bardziej polska niż sama przypuszczałam...

2. Anarchia - czyli nasza szeroko pojęta interpretacja reguł wszelkiego rodzaju

Kiedy wdrażano w Polsce wytyczne odnośnie segregacji śmieci okazało się, że w kilku dzielnicach mojego miasta z jakiegoś powodu były z tym ogromne problemy. Firmy wywożące odpady nie były w stanie zapewnić odpowiednich kontenerów, czy też nie miały wozów, w których śmieci by się nie mieszały. Coś w tym stylu. Dodatkowo problem części budynków polegał na braku zamykanego dojścia do odpadów, co automatycznie je wyłączało z tzw. śmieci poddawanych selekcji. Niemniej, aby nie pozostać kompletnie nieczułym na potrzeby środowiska poszczególne spółdzielnie i wspólnoty zaczęły mimo wszystko rozdzielać poszczególne kontenery. Tak, po polsku... Oto jeden z przykładów,  w którym Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zakochał się od pierwszego wejrzenia i nie chciał odejść, póki nie zrobimy zdjęcia:

1 kontener - papier, szkło, metal, plastik; 2 kontener - odpady niesegregowane; 3 kontener - odpady pozostałe
No cóż, może i jest to faktycznie raj dla obywatela kraju, gdzie każdy mieszkaniec bloku ma swój własny kubeł opisany jego nazwiskiem.

3. Anarchia - czyli nasza wrodzona natura do protestów

Tłumaczę i tłumaczę mu, że my idziemy w tym za daleko, że nawet, jakby się nam trafił rząd idealny, to i tak byśmy protestowali - tak dla zasady. Nie i nie, uparł się, że cecha ta jest fajna, bo nie przyjmujemy wszystkiego bezkrytycznie. I tłumacz takiemu...


4. Nasz język jako dowód naszych głównych cech narodowych: anarchii, anarchii i anarchii...

Bardzo dbam o rozwój mojego małżonka w dziedzinie polskiej kultury i sztuki. W ramach mojej edukacji serwuję mu zatem wszystkie co fajniejsze polskie filmy. Pierwszą rzeczą, jaką nauczył się mówić po polsku (poza "Kocham Cię") było: "Grzegorz Brzęszczyszczykiewicz". Teraz, ilekroć zamawia w Niemczech stolik w restauracji, czy bilety do kina podaje to nazwisko, które z kolei jego rodacy najczęściej wpisują jako "nazwisko nie do wymówienia". Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż jest zafascynowany polskim językiem, który ma więcej wyjątków niż reguł. Co prawda doprowadza go to jednocześnie do szewskiej pasji, zwątpienia i agresji podczas nauki, ale w ogólnym rozrachunku widzi on w naszym języku lustro naszej mentalności narodowej, w której najwidoczniej jest bez pamięci zakochany.

I kiedy już tak zaczęlam powoli mysleć, że albo ja mam wypaczone pojęcie "wolności", albo Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż ma skrzywiony obraz naszego kraju, albo faktycznie z tą Polską coś jest nie tak, przyszła momentami jeszcze bardziej zastanawiająca odpowiedź:
 

5.  Nieugiętość

Wiem, że od kilku lat prowadzimy dysputy na temat Powstania Warszawskiego. "Bohaterski wyczyn" mówią jedni, "Głupota" twierdzą inni, a Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż odpowiada "Łatwo dziś oceniać i prowadzić dysputy, gdy nie jest się w oku cyklonu. Odczuwam niesamowity szacunek dla Polaków za to, że woleli umrzeć stojąc aniżeli żyć klęcząc.".

I nawet w wynikach ostatnich wyborów w Polsce (choć jednocześnie Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż postrzega je jako strzał we własne kolano i obecna sytuacja budzi  w nim obawy, czy kolejne wybory w naszym kraju będą wyborami wolnymi) widzi nasz bunt wobec bezczelności Zachodu, w tym Niemiec, które - jak przyznaje - przyzwyczaiły się do rozstawiania innych krajów po kątach: "Zachód patrzy cały czas z góry na kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Wszystko co za Odrą to dla nich Azja. Dobrze jest, gdy ta 'Azja' gra po jego myśli, ale gdy z jakiegoś powodu ma swoje zdanie na jakis temat, to Zachód wyciąga pałę ustalonej według swoich kryteriów moralności i wali nią. Wali nie pytając i nie troszcząc się, jaką te kraje mają historię za sobą, zapominając, że kraje te nie tylko biorą, ale i sporo z siebie dały, a Zachód nieźle na nich zarobił. Nie zauważając, że jego własna moralność śmierdzi, więc jedną z najlepszych rzeczy, jakie obecnie polski rząd może zrobić, jest właśnie taka bezczelna reakcja, na jaką sobie pozwala. Czas, żeby i ktoś powalił Zachód swoją pałą." rzecze Niemiec z krwi i kości... i dodaje "Zresztą, co by nie mówić o winach Grecji, to ton rozmowy z tym krajem jaki ze strony Unii nadały Niemcy był równie niedopuszczalny i nic dziwnego, że Grecy zareagowali, jak zareagowali.".

I co, czy pocieszyłam trochę tych, którzy boją się o opinię Polski w Europie? Oby tylko ten nasz bunt nie skończył się jak nasze powstania... 

Pogrążona w myślach, czy mamy się cieszyć z tego naszego anarchistycznego i nieugiętego podejścia, czy może jednak lepiej nie, oczekiwałam kolejnej bomby rewelacji o wspaniałości narodu polskiego oraz jego kraju, gdy to nagle Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rzucił coś bezdyskusyjnego:)

6. Piękne kobiety, a nie babochłopy:)))

Jego ulubiony dowcip Polaków o Niemcach? "Po czym poznać, że jesteś w Niemczech, gdy jedziesz z Polski?" Odpowiedzi poszukajcie sobie sami. Ten kawał jest na prawie każdym forum z żartami.


Kolejnymi rzeczami, jakie Najcudowniejszy pod Słońcem Mąż u nas uwielbia to:

7. Mleczne bary i przepyszne w nich jedzonko:) Ach, i oczywiście scena z "Misia"!


Bar mleczny "Miś" w Toruniu



8. Polskie nalewki.

Najlepiej te robione przez mojego wujka. "Niebo w gębie." wzdychał mój Luby z takim wzrokiem, że zmuszona byłam sama nauczyć je robić, by go trochę tak po polsku rozpieścić. Zresztą podobnie rzecz się tyczy naszych kiszonych ogórków. Nic dziwnego, ja po niemieckich słodko-kwaśnych mam mdłości.

9. Polska serdeczność i gościnność.

I nie zachwiał tego w nim ani fakt, że według wyników badań ponoć tylko 5% z nas wpuściłaby w Wieczór Wigilijny obcego do mieszkania, ani też nasze obecne nastawienie wobec uchodźców.  Widzi problem społeczny, ale widzi też i jego przyczynę i choć te dwa przykłady kładą się w oczach wielu dużym cieniem na owej opiewanej polskiej gościnności, w pojęciu Mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża jesteśmy i tak niejednokrotnie serdeczniejsi niż Niemcy.

10. Polskie imprezy (aczkolwiek ilość żarcia na nich go przeraża po dziś dzień).

 

11. Polska przedsiębiorczość

Którą dostrzega także min. w agresywnej oblepiającej każdy róg i świecącej się tysiącem światełek neonowych reklamie. (Czasami Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż reprezentuje dość dziwaczny gust, ale podczas gdy ja widzę w tych wszystkich plakatach reklamowych jeden wielki śmietnik oszpecający polski krajobraz mój małżonek widzi w nich gotowość Polaków do wzięcia swojego losu we własne ręce.)

12. Polskie poczucie humoru (choć dla mnie i on ma niezgorsze)

Tu jego ocenę Polacy zawdzięczją  nieśmiertelnym filmom "Miś", czy "Nie lubię poniedziałku".
 

13. Polski Mały Fiat

Tego punktu w ogóle nie rozumiem. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż żywi jakąś chorą nostalgię do tego modelu. Idzie ona tak daleko, że koniecznie chciał, żebym ja miała taki samochodzik. Ku jego rozpaczy ja tej miłości nie podzielam, więc skończyło się na sprezentowaniu mi zrobionych przez niego kolczyków "Mały Fiacik".

Ile my już mamy zdjęć Małych Fiatów! A obok takiego nie było szans przejść z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem bez użycia aparatu. (Kraków)

14. Bogato strojone kościoły katolickie z zapachem kadzidła
To kolejna dla mnie niepojęta kwestia. Mam dobrego przyjaciela Niemca (tak, tak Johannesie, to o Tobie), który kiedyś mieszkał w Polsce. Ateista (typowo dla byłych Niemiec Wschodnich), a polskie kościoły katolickie tak go urzekały, że łaził tam dobrowolnie na msze. Ale to nie koniec! Nauczył się polskich pieśni religijnych i śpiewał najgłośniej ze wszystkich obecnych!!! Myślałam wówczas, że to wynika z jego ciągąt do śpiewu. Teraz  nagle podobne zapędy odkrywam u Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża... Niechrzczony, a w Polsce w pobliżu kościołów (zwłaszcza tych starszych) zapala mu się jakby radar w głowie. Zachwyca się barokowymi dekoracjami jak małe dziecko i uwielbia chodzić na Pasterkę. Obawiam się, że uzależnił się od zapachu kadzidła...

15. Polski big-beat,  rock progresywny oraz poezja śpiewana
Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż jest wielkim fanem muzyki i wstyd się przyznać, ale to ja od niego dowiedziałam się więcej o Czesławie Niemenie niż on ode mnie. To także dzięki niemu wiem, że polski big-beat i  rock progresywny były na całkiem wysokim poziomie, tylko że przez Żelazną Kurtynę ciężko było się naszej muzyce przebić. Do tego polski rock progresywny miał okazać się momentami być tak progresywny, że Zachód potrzebował ok.20-30 lat, by go zajarzyć.
Poezja śpiewana zaś odróżnia Europę Środkowo-Wschodnią od innych części świata, gdzie taki nurt w ogóle się nie wykształcił.

16. Polska zieleń

"Bo wiesz, w Polsce trawa jest zieleńsza niż w Niemczech." wytłumaczyłam mu kiedyś, gdy przejechaliśmy granicę i od tej pory Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zgadza się ze mną w tej kwestii bezdyskusyjnie:) po czym włącza na cały regulator piosenkę Kultu "Polska".


I co by nie było, że Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż widzi nas przez różowe okulray, opowiem Wam następnym razem, co Niemca wkurza w Polsce (bo roztopionemu z miłości sercu nie przeszkadza też się nieraz na pewne rzeczy powkurzać, a ja dodam od siebie: i całkiem słusznie).



8 listopada 2015

Niemieckie "Alternatywy 4" oraz niezmienne od co najmniej XIXw. torty kremowe

Przyszła jesień. Jakaś spóźniona jest tego roku. Listopad, a u nas jeszcze sporo drzew tonie w zieleni... Niemniej dekoracja na naszej klatce schodowej nieubłagalnie przypomina, że to jednak ta, a nie inna pora roku rozgościła się u nas.



Nasza sąsiadka bowiem  dba o wystrój klatki schodowej i z każdą porą roku zmienia dekorację na parapecie okiennym. Słodkie to i ostatnio kupiliśmy jej nawet czekoladki z podziękowaniem za jej starania. Należy tu jednak od razu nadmienić, że w Niemczech życie w wielorodzinnym budynku mieszkalnym może niejednokrotnie oznaczać takie "Alternatywy 4" na żywo. Właśnie w takim "bloku" mieszkamy i my. Sprzątanie klatki schodowej to zadanie lokatorów, a swoją powinność należy odbębnić raz w tygodniu. Różnica polega na tym, że tutaj ludzie traktują to jak niezwykle chlubne zadanie - w końcu troszczą się o czystość dla ogółu. Jakoś do dnia dzisiejszego nie potrafiłam zarazić się tym entuzjastycznym podejściem do szorowania schodów na klatce. Jakbym miała mało obowiązków w domu, za dużo czasu i żadnych ciekawszych rzeczy do roboty... Na szczęście podział sprzątania jest dość przejrzysty: każdy dba o swoje półpiętro, a że mieszkamy na poddaszu, to inni nie korzystają z "naszej" części klatki  schodowej. Sąsiada też jakoś nie ciągnie do szmat i tak sobie radośnie żyjemy w naszym "chlewiku". Tzn., jak już zaczyna być nam wstyd przyjmować gości, to oblecimy szybko szczotką te nasze schody, ale ogólnie zamyka się to w pięciu, dziesięciu minutach cztery razy do roku, także do przeżycia. Gorzej mają sąsiedzi z parteru. Ciągle się ze sobą kłócą. Mieszka tam bowiem emerytowane małżeństwo - mili ludzie, ale bardzo "ą i ę". Za sąsiadów mają wytatuowaną młodą parę, która również nie za bardzo się troszczy o dobre samopoczucie ogółu, czego starsza para nie może ździerżyć. Jeśli raz w tygodniu posadzka nie zostanie wypolerowana, a skrzynki na listy odkurzone dostają białej gorączki. Kończy się więc tym, że sąsiadkę z parteru widuję głównie z jej stałym już atrybutem - ścierą w ręce.  A to wyciera z kurzu domofon oraz framugi drzwi wejściowych, a to poleruje poręcze... Jej mąż dba w tym czasie o nieskazitelność naszego trawnika  - lata przed blokiem z takim kijkiem z ostrzem, na który nadziewa każdy najdrobniejszy okruch... Naprawdę cieszę się niezwykle, że nie mieszkamy na parterze! I że w ramach sąsiedzkiej działalności nie mamy cotygodniowych spotkań chóru w komórce.

Wystrój okna na naszej klatce przypomina w każdym razie, że za oknem króluje jesień. 

Uwielbiam tą porę roku! Kolorowe pejzaże, jakie maluje natura, temperatury, które nie wymagają smarowania się kremem z filtrem UV, ani też zakładania pięciu swetrów na siebie. I tak dziś, po otulonym we mgłę i rozpłakanym październiku roześmiane słońce wyciągnęło nas z domu na jesienny spacer. Właściwie nie lubię niedziel w Niemczech. Tego dnia tygodnia w większości kraju panuje atmosfera, jakby połowa ludności wymarła. Ostry komsumpcjonizm panujący w Polsce przyzwyczaił mnie do otwartych sklepów i innych przybytków w niedzielę. W Niemczech rzecz nie do pomyślenia - to dzień odpoczynku. Cisza, spokój, nuda... Najczęściej uciekamy od tego wyprawiając się na wycieczki, organizując wypad do kina, czy do teatru, biorąc udział w jakiś eventach, czy też spotykając się z rodziną lub znajomymi, ale dziś pogoda była idealna by i sobie zrobić "lazy Sunday". I tak odwiedziliśmy zakątki, które w naszych okolicach wyjątkowo lubimy:)








Uwielbiam widok na ten dom - nie wiem dlaczego, ale budzi we mnie skojarzenia z Estonią.



A te magiczne schody zaprowadziły nas do miłej kawiarenki na wzniesieniu


O 15:00 zegary u sąsiada za Odrą wybijają "Kaffeezeit", oczywiście do kawy musi być ciasto. Odebrać Niemcom ich słodką przekąskę to jak odebrać im podstawowe prawa obywatelskie. Ja jednak za ciasto dziękuję - moja asymilacja nie musi przebiegać aż tak daleko, by upodabniać się wyglądem do stosunkowo często otyłych Niemek. Już w XIX w. brytyjski pisarz Jerome K. Jerome w swojej książce "Trzech panów na rowerach" oskarżał w niewybrednych słowach niemieckie kremowe torty, tak chętnie tutaj serwowane do tradycyjnej kawy, o zdeformowane kształty mieszkanek kraju Goethego. Mamy XXI w., a w tej materii czas jakby stanął w miejscu... Na szczęście moim uzależnieniem nie są słodycze, a Latte Macchiato:) Zatapiam się zatem z kawą w ręce w swojej książce Floriana Illiesa, która to zabiera mnie w rok 1913. Franz Kafka właśnie składa swojej ukochanej najgorsze z możliwych oświadczyn, Hitler maluje w Monachium akwarele, a Else Laske-Schüler pada z zachwytu na kolana przed zaprezentowaną w Berlinie głową Amenophisa - jednym z trofeów ostatniej ekspedycji egipskiej.
Zaczyna zmierzchać, czas wracać do domu. Po drodze spotykamy sporo rodzin, które bawią się na kolorowych dywanach utkanych przez jesień. Pozytywną stroną zamkniętych sklepów w niedzielę w Niemczech jest fakt, że ludzie mają dla siebie czas. Taki z prawdziwego zdarzenia. Nie lecą oglądać specjalnych ofert do hipermarketów, nie włóczą się po centrach sklepowych, tylko poświęcają sobie jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mamy w życiu: CZAS.
I Wam życzę jeszcze wielu cudownych spacerów tej jesieni!





23 lipca 2015

O Katarzynie, co chciała Niemca cz.2

"A wszystko jasne! Ona została już w Niemczech, pewnie zamieszkali razem, aż w końcu w którymś momencie się pobrali. End of story." - zakładam, że niektórzy z Was właśnie tak pomyśleli. Rozczaruję Was - figa z makiem. Mój Luby wprawdzie bardzo tego pragnął, żebym już została w Niemczech. Jako współpracownik naukowy użył swoich chodów, by dostać się do moich akt na uniwersytecie i złożył w moim imieniu podanie o przyznanie stypendium. Ja, niczego nie podejrzewający żuczek, szykowałam się już powoli do powrotu do Polski, gdy dostałam informację, że uniwersytet przyznał mi stypendium na kolejny rok. Zadał mi ćwieka ten mój Luby. Miałam dylemat, co zrobić. 90% osób pewnie by stypendium przyjęło i zostało za granicą. Ja mimo tego uśmiechu losu postanowiłam wrócić do Polski. Patetycznie mówiąc chciałam budować nasz kraj.

Od tamtej pory pisaliśmy z moim Lubym długie e-maile, których długość dochodziła nieraz nawet i do dziesięciu stron. Dyskutowaliśmy w nich o polityce, literaturze, historii, filozofii, muzyce itd. Raz do roku spotykaliśmy się w Niemczech i tak sobie kwitła ta, jak ją postrzegałam, przyjaźń.

Kilka lat po skończeniu studiów wydeptałam sobie ścieżkę do Bundestagu, gdzie pracowałam w biurze posła będącego członkiem zespołu polsko - niemieckiego oraz przewodniczącego grupy powołanej do walki z neonazizmem. W tamtym czasie mój cel zawodowy był już sprecyzowany - chcę szerzyć wiedzę o Polsce, wspierać jej integrację z Europą oraz działać na rzecz dobrych stosunków polsko-niemieckich.
Gdy mieszkałam w Berlinie Luby oczywiście do mnie przyjechał w odwiedziny. Miał wtedy pojąć, że przez wszystkie te lata żył marzeniem o wspólnym życiu ze mną. Toteż, gdy po zakończonym projekcie znowu wróciłam do Polski, Luby podążył stosunkowo szybko za mną. Miał pecha, trafił akurat na arktyczną zimę w Polsce. Zresztą często nie trafiał w pogodę (bo Luby zaczął podejrzanie często bywać w Polsce) - albo trafiał na zwały śniegu w końcu kwietnia (jakby pogoda koniecznie chciała mu udowodnić, że u nas to naprawdę te niedźwiedzie polarne po ulicach latają), albo na nieznośne upały rodem z Afryki, albo w końcu, gdy się rozchorowałam i wymiotowałam jakimś obleśnym zielonym czymś, aż moi znajomi stwierdzili, że może lepiej by było, żeby on jednak nie przyjeżdżał...
Ale Luby był uparty. Chodził, chodził i sobie wychodził. Spakowałam w końcu swój tobołek, co mogłam rozdałam, sprzedałam i wyjechałam do mojego "drugiego domu", jak od czasu studiów zwykłam nazywać Niemcy. I tak wylądowaliśmy razem w Saksonii Dolnej. A o naszych przygodach w Niemczech dowiecie się z kolejnych postów.
Na razie zaś życzę Wam miłego dnia!

1 lipca 2015

O Katarzynie, co chciała Niemca cz.1


Gdy miałam osiem lat dostałam na zakończenie roku szkolnego w nagrodę za dobre wyniki w nauce książeczkę „O Wandzie, co Niemca nie chciała”. Historię uznałam wówczas za niezwykle romantyczną, a królewnę Wandę podziwiałam za jej odwagę i bezkompromisowość. Kobiety o silnym charakterze zawsze mi imponowały. W każdym razie, jeśli zadaniem książeczki miało być wyrobienie w mojej podświadomości postawy patriotycznej, w myśl której za żadne skarby świata nie oddałabym ręki cudzoziemcowi, a już na pewno nie NIEMCOWI (!), to coś się nie udało. Być może swoistego rodzaju „zdradę narodową” przeczuwał ksiądz, któremu do chrztu podano moją matkę. Bowiem, gdy usłyszał, iż właśnie imię Wanda moja babcia wybrała dla swojej córki, kategorycznie odmówił udzielenia sakramentu. „Ach bo jakże imieniem samobójczyni chrzcić dziecko?!” miał wołać przerażony. Babcia handlować umiała, więc wyhandlowała z księdzem, że Wanda zostanie, a dorzuci się jako drugie jakieś inne, świątobliwe już imię. Czemu moja babcia się tak na imię Wanda uparła nie wiem. Czy to efekt przeżyć wojennych, czy jej się po prostu to imię tak spodobało, że o innym mowy być nie mogło? Faktem pozostaje, że ok. 65 lat po tych wydarzeniach ja wylądowałam w Niemczech i to po części za sprawą Wandy, przed której ochrzczeniem ksiądz tak się bronił.
A wszystko zaczęło się dla mnie w ósmej klasie podstawówki (mam to szczęście, że edukowana byłam jeszcze w starym systemie , co naprawdę, bez ironii uważam to za szczęście), gdy moja mama widząc, że daleko nie zajdę ze znajomością niemieckiego wyniesioną ze szkoły (akurat w tym przypadku nie miałam szczęścia do nauczyciela) wygnała mnie mimo moich protestów na dodatkowy kurs niemieckiego. Prowadziła go wspaniała germanistka, która w ciągu roku zrobiła ze mnie, nieopierzonego kurczaka, który nawet po polsku zapiszczeć się bał, kurkę, która niczego sobie po niemiecku mówiła. I tak zaczęła się moja przygoda. Gdy przyszedł czas wyboru kierunku studiów znowu wtrąciła się moja mama widząc, że waham się między może i niezwykle interesującymi, jednak raczej nie obiecującymi świetlanej kariery zawodowej kierunkami kulturoznawstwa, filozofii i politologii. „Dziecko, masz certyfikat z niemieckiego! Czemu nie złożysz papierów na germanistyce?”. Wprawdzie chciałam znać jakiś język obcy perfekcyjnie, ale żeby od razu go studiować?! Właściwie całe liceum powtarzałam, że na głowę chyba upadnę, jak pójdę studiować germanistykę. Nie koniecznie mnie ciągnęło do zgłębiania tajemnic językoznawstwa i tym podobnych rzeczy.
Znacie przysłowie „Nigdy nie mów 'nigdy'.”? Najwidoczniej upadłam na głowę, bo ostatecznie wylądowałam właśnie na tym kierunku studiów. Tak od niechcenia. Do egzaminów wstępnych nawet się nie przygotowałam. Nie wiedziałam jak mają wyglądać. Poszłam z marszu i gdy dotarłam na miejsce byłam wściekła, że pierwsza część egzaminu wstępnego -egzamin pisemny - potrwa pięć godzin (nastawiałam się bowiem na jakieś dwie). Po jego napisaniu nawet się nie zainteresowałam wynikiem. To znowu moja mama zadzwoniła na uczelnię i dowiedziała się, że przeszłam pierwszą turę oraz że druga część – egzamin ustny – odbędzie się za kilka dni. Tym razem już się wywiedziałam, że poza rozmową w języku niemieckim egzamin miał obejmować sprawdzenie wiedzy wyniesionej z języka polskiego, w tym gramatyki naszego języka ojczystego. W liceum dużo czasu gramatyce się nie poświęcało, wygrzebałam więc jakiś podręcznik jeszcze z czasów podstawówki i tym razem w ramach przygotowania do egzaminu przejrzałam go sobie dogłębnie. Jak się domyślacie egzamin zdałam.
Na czwartym roku studiów, po wszystkich moich dotychczasowych zawirowaniach – urlopie po pierwszym roku studiów będącego konsekwencją moich ciągłych wahań, czy to aby kierunek dla mnie; chęci rzucenia studiów po trzecim roku – wylądowałam w ramach stypendium zagranicznego na magdeburskim uniwersytecie. Tu poznałam swojego przyszłego męża.
Jeśli by oceniać szanse na jakikolwiek związek między nami na podstawie pierwszego wrażenia, jakie na sobie nawzajem zrobiliśmy, to były one dość marne. Do dziś śmieję się z przyjaciółką, że gdyby mi ktoś w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam mojego obecnego małżonka, powiedział, że to jemu oddam swoją cenną rękę, spadłabym z krzesła robiąc niesamowity rumor. Siedziałyśmy bowiem w sali czekając na pierwsze zajęcia z literatury postmodernistycznej i przyglądałyśmy się ciekawie ludziom, gdy nagle nie wszedł, a raczej wmaszerował do niej postawny mężczyzna w czarnym, skórzanym płaszczu, z zaczesanymi do tyłu włosami i okularkami na nosie...
„Boże, a ten to skąd się urwał?!” rzuciła Kamila i zaczęła się dogłębniej dopatrywać, jaką to broszkę ów przybysz miał w klapie płaszcza. „Z pewnością nosi tam Hitlera” orzekła dumna ze swojej dedukcji. „Nie, no chyba tak szurnięty to on nie jest...” odpowiedziałam niepewnie. „Ja obstawiam Einsteina. Wygląda, że ten ktoś tam jest potargany i że to chłop.” dorzuciłam. Tak naprawdę facet z broszki połączył mnie z moim Lubym, ale kim on jest miałam się dowiedzieć dopiero pół roku później. W tym czasie zdążyłyśmy z przyjaciółką obdarować pana w czarnym płaszczu przezwiskiem, na jakie swoim wizerunkiem z naszego punktu widzenia w pełni zasługiwał: „gestapowiec” używane naprzemiennie z „hitlerowcem”...
Pół roku później, na początku semestru letniego, siedziałam znowu w nowej sali, tym razem już sama, czekając na rozpoczęcie zajęć poświęconych twórczości enerdowskiego dramaturga Heinera Müllera. Wybrałam je, jako że o człowieku wcześniej nigdy nic nie słyszałam, a chciałam poszerzyć swoje horyzonty. I poszerzyłam... Na zakończenie rozdzielane były referaty. Dostałam do analizy dramat pt.:”Filoktet”. Przeraziło to mojego obecnego małżonka, który wtedy po raz pierwszy dokładniej mi się przyjrzał. Odróżniałam się od innych studentek. O modzie w Niemczech poświęcę tu kiedyś osobny post, ale tak w skrócie powiem, że Niemki zbytnio nie patrzą na to, co na siebie zakładają. I nagle siedziałam tam ja - panienka z kolorystycznie dobranymi elementami stroju, w butach na obcasie i lekkim makijażem. Do tego nie native speaker. „No nie! Ta mała nie da sobie rady.” pomyślał załamany Luby, który jako asystent naukowy zainicjował całe to seminarium. Po skończonych zajęciach wyrósł nagle przede mną student w czarnym skórzanym płaszczu oferując mi pomoc. Popatrzyłam sceptycznie, czego właściwie ode mnie chce „hitlerowiec”. Masę prac napisałam sama, nie potrzebuję niańki, ale nie chciałam być nieuprzejma. więc podziękowałam i coś wybełkotałam, że za mądre wskazówki jestem zawsze wdzięczna. Właściwie chciałam jak najszybciej się pożegnać, gdy nagle mi wpadło do głowy, że to jest szansa dowiedzieć się, kogo on nosi w tej swojej klapie. I wiecie kto to był? Heiner Müller(!), którego to twórczość nas połączyła. Okazało się bowiem, że ja wcale nie okazałam się być tak głupia, na jaką - jak się śmieję  - wyglądałam (Luby twierdzi, że miał stracha głównie dlatego, że niemiecki nie jest moim językiem ojczystym i że obawiał się, że będzie to duży mankament przy pracy nad tekstem), a wręcz wzbudziłam uznanie swoim intelektem w oczach mego obecnego małżonka, a on okazał się mieć tyle wspólnego z nazistami, neonazistami i w ogóle jakimikolwiek ciągotami w ta stronę, co kot napłakał.
c.d.n.

23 czerwca 2015

Skąd pomysł na kolejny w sieci blog o życiu w Niemczech?


Wystarczy wygooglować „blog o życiu w Niemczech”, a w kilka sekund otworzy się kilka stron zapełnionych najprzeróżniejszymi blogami, na których różne osoby dzielą się swoimi doświadczeniami zebranymi w kraju za Odrą. Skąd zatem pomysł dobicia do tego grona? „Ile w końcu można o tym samym czytać?” zapyta się ktoś. „I o tym samym, i nie” odrzeknę. Przeglądając wpisy rodaków mieszkających w Niemczech stwierdziłam, że często nijak się mają do moich doświadczeń. Nie zamierzam tu się wykłócać, czyja prawda jest „prawdziwsza”, bo rzeczywistość jest taka, że każdy z nas jest konfrontowany z zupełnie różnymi sytuacjami, ale czasami mam wrażenie, że niektórzy opowiadając o „życiu w Niemczech”, nie są świadomi faktu, że to jak ten nasz żywot w kraju Goethego wygląda, zależy od Bundeslandu, w którym się wyląduje. Wcale nie biorę im tego za złe, bo prawda jest taka, że sama jako germanistka, która w końcu pięć lat zajmowała się tym kręgiem kulturowym, tutaj częściowo studiowała, a potem pracowała – czyli jako osoba, która powinna być do osiedlenia się u naszych zachodnich sąsiadów niezwykle dobrze przygotowana – stoję nieraz z rozdziawionym jamochłonem i pytam się „Ale... HĘĘĘ?...” Pocieszający jest fakt, że mój Luby także (tak się bowiem składa, że przyszło mu obecnie żyć w innej części Niemiec niż ta, z której pochodzi).
Inna sprawa, że przeciętny emigrant ma inne problemy niż dywagacje nad faktyczną wolnością słowa w Niemczech, pojmowaniem przez społeczeństwo niemieckie w zwykłym dniu powszednim zasad demokracji, przyczynami ciągle istniejącej bariery między byłymi Niemcami Wschodnimi, a Zachodnimi, nie deliberuje nad takimi "pierdołami" jak efekt emancypacji Niemek, czy też faktyczną rolą instytucji kościelnych w tym niby świeckim państwie. Prawda jest jednak taka, że gdy już wejdzie się na ten pułap obserwacji wówczas serwowany jest nam czasami zupełnie inny obraz Niemiec niż ten, który długi czas stanowił nasze odniesienie. Pytacie się może, a po co Wam te rzeczy wiedzieć? Ano bo mają ogromny wpływ na to, jak życie ludzi tutaj wygląda.
A poza tym, jak już brać przykład z Zachodu, to warto wiedzieć z kogo. Śledząc polskie media odnoszę często wrażenie, że u nas uprawia się takie samobiczowanie, jacy to my nieproduktywni, leniwi, ciągle zacofani, niedouczeni, ciągle zbyt mało demokratyczni, itd., itd. jesteśmy. Jak w święty obrazek wpatrują się przeróżni komentatorzy w Zachód i podpierają swoje wypowiedzi wstawką "bo w ..................... (w to miejsce należy wstawić nazwę konkretnego kraju zachodnioeuropejskiego) to jest tak i tak". Dość często w tych wynurzeniach mądre głowy wskazują na Niemcy. Czasem porównanie te są bardzo sensownie skonstruowane, a czasem słuchając ich pytam się, z jakiej choinki dana osoba się urwała?! Czy ludzie Ci pomieszkali tutaj chociaż jakiś kawałek czasu, by być w stanie oderwać się od książkowych statystyk i spojrzeć na funkcjonowanie pewnych, tak przez nich reklamowanych, mechanizmów z perspektywy zwykłego śmiertelnika? Względnie, czy zdają sobie sprawę z drugiej strony medalu rozwiązań, którym tak gorąco przyklaskują?
O tym, ale i nie tylko o tym chcę Wam właśnie moi drodzy Rodacy opowiedzieć i stąd zrodził się niniejszy blog.