12 stycznia 2021

Godność człowieka po niemiecku

 

Niemcy cenią możliwość dyskusji. Ludzie na zdjęciu nie dyskutowali akurat o prawie do eutanazji, ale temat był także poważny i ciężki dla społeczeństwa niemieckiego.
Niemcy cenią możliwość dyskusji. Ludzie na zdjęciu nie dyskutowali akurat o prawie do eutanazji, ale temat był także poważny i trudny dla społeczeństwa niemieckiego.


Podczas, gdy w Polsce w kontekście zaostrzonego prawa aborcyjnego toczy się ideologiczna walka na wielu frontach, w ramach której hasłami godności człowieka niektóre ze stron konfliktu wycierają sobie namiętnie gębę, u naszych zachodnich sąsiadów toczy się faktyczny dyskurs nt. temat niezbywalności godności jednostki w kontekście eutanazji.

(Jak zaś wygląda prawo aborcyjne w Niemczech pisałam tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/04/fanatyzm-i-kobiece-majtki.html)

Dyskusja nt. prawa do eutanazji toczy się w Niemczech już od wielu lat i typowo dla tego typu dyskusji, raz cichnie, raz wybucha na nowo. W grudniu 2020 w niemieckiej telewizji pojawiło się znowu kilka reportaży poruszających tą kwestię. Temat podjęto także w programach publicystycznych, do których zaproszono krewnych osób, które zdecydowały się na eutanazję poza granicami kraju, księży i politików.

Badania pokazują, że większość społeczeństwa niemieckiego jest za dopuszczeniem eutanazji w prawie niemieckim. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiają się jednak uparcie politycy, którzy argumentują, iż ciężko jest naprawdę określić, czy dana osoba faktycznie życzy sobie śmierci. Jako przykład mają służyć osoby myślące o samobójstwie i rezygnujące z niego w ostatniej chwili.

Argumenty osób popierających prawo do eutanazji są w znacznym stopniu podobne do tych, jakie znamy z polskiego podwórka. Natomiast do tych odnoszących się jednoznacznie do niemieckiej rzeczywistości należy min. zarzut, iż przeciwnicy mają wprowadzać innych w błąd poprzez używanie sformułowania "aktive Sterbehilfe" (aktywna pomoc przy śmierci), tworząc w ten sposób skojarzenia z zabijaniem na życzenie, podczas gdy w postawionych żądaniach chodzi o to, by z udziału w dopuszczonym u naszych niemieckich sąsiadów od 1871 wsparciu w popełnieniu samobójstwa nie wykluczać lekarzy i organizacji. 


 

Innym argumentem, który przykuł moją uwagę, jest wypowiedź oskarżająca firmy farmaceutyczne i szpitale o czerpanie materialnych korzyści z podtrzymywania przy życiu śmiertelnie chorych pacjentów, zwłaszcza w ostatnim etapie ich choroby, który to czas wymaga wyjątkowo intensywnej pielęgnacji.

Każda z podniesionych kwestii mogłaby stanowić wstęp do długiej dyskusji. Moim celem dzisiaj nie jest jednak rozkładania na czynniki pierwsze argumentów pro i kontra eutanazji. Chciałam raczej zwrócić naszą uwagę na poziom dyskusji w Niemczech na tematy, w które uwikłany jest też kościół. Ten oczywiście stoi na stanowisku, iż eutanazja nie powinna być dopuszczona, jednak słuchając niemieckiej debaty nie odnosiło się wrażenia, że jego przedstawiciele uprawiają ideologiczną wojnę. Grzecznie przedstawiali swoje stanowisko w poszczególnych programach. Potrafili przy tym okazać zrozumienie osobom, które w przeszłości wyjechały ze swoimi bliskimi za granicę i tam pomogły im w dokonaniu eutanazji. Słuchając ich nie odnosiło się wrażenia, że przedstawiciele kościoła próbują wejść za wszelką cenę ze swoimi buciorami w czyjeś życie. No cóż, kościół w Niemczech odebrał swoją lekcję. Po przegranej walce ze środowiskami kobiecymi w latach 90-tych XX w. o wspomniane wcześniej prawo do aborcji, kościoły chrześcijańskie w Niemczech utraciły swoją szczególną pozycję i przekształciły się bardziej w grupy lobbystyczne.

Czy oznacza to, że państwo niemieckie jest świeckie, w którym nie ma szansy na konflikty na tle religii chrześcijańskiej? Nie. Pragnie za takie uchodzić, ale nim nie jest. Pokazują to przeróżne obrazki z życia codziennego, a pandemia, tylko to potwierdziła. Podobnie jak w Polsce zdecydowano się w Niemczech na zamknięcie instytucji kulturalnych jak muzeów, czy teatrów. Na zamknięcie kościołów rząd się jednak nie odważył tłumacząc ten fakt, iż dla 50% społeczeństwa rezygnacja z mszy byłaby zbyt wielkim wyrzeczeniem. Kościół w Niemczech jednak zamiast dumnie stroszyć piórka, przyjął ten przywilej raczej z pochyloną głową, świadom złości pozostałych 50% społeczeństwa, które do życia może jego nie potrzebuje, ale za to kultury. W internecie pojawiły się wpisy księży nawołujące do solidaryzowania się z resztą społeczeństwa i zamknięcia z własnej inicjatywy także kościołów. Do tego jednak ostatecznie nie doszło. Pojawiła się jednak inna inicjatywa. Część księży zaczęła zatrudniać muzyków do artystycznej oprawy nabożeństw. Skoro zamknięto im inne przestrzenie prezentacji, kościół oddał im swoje świątynie. Co prawda w ramach obostrzeń pojawiło się jakieś sformułowanie o zakazie dawania występów, więc obecność artystów podczas nabożeństw ograniczała się raczej do siedzenia z własnymi instrumentami, niemniej gest ze strony kościoła został doceniony.

Skoro Niemcy nie są wcale takim państwem świeckim, to może posiadają o wiele wyższą kulturę dyskutowania ze sobą niż Polacy na trudne tematy? Nie zawsze. Oczywiście słuchając debat prowadzonych w społeczeństwie niemieckim nieraz życzę sobie takiego poziomu kultury w Polsce. Są jednak sytuacje, które pokazują, jak Niemcy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Dobitnym przykładem było to, co wydarzyło się po sławetnych słowach Angeli Merkel „damy radę”, otwierającymi niejako przed uchodźcami niemieckie granice. Pierwsza fala entuzjazmu nie tylko nie dopuszczała do głosu wszelkich sceptyków, czy osoby zgłaszające jakiekolwiek obawy, ale spychała je wręcz do kąta prawicowych ekstremistów, przyczyniając się do głębokiego rozłamu w społeczeństwie. Pisałam o tym tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/01/lepsze-juz-disco-polo-od-sylwestra-w.html (tylko niestety wówczas zbyt optimistycznie patrzyłam na dalszy rozwój sytuacji w naszym kraju, co pokazuje koniec tamtejszego wpisu).

Co zatem sprawia, że Niemcy nie plują na siebie nawzajem jadem rozmawiając o tak trudnym pod względem etycznym i moralnym temacie jak prawo do eutanazji? Chyba odrobiona lekcja z własnej historii. Po nazistowskiej przeszłości szczególne znaczenie ma dla naszych zachodnich sąsiadów Artykuł 1 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec, który głosi, że „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem wszelkich władz państwowych.

Zwrot „godność człowieka” jest odmieniana w Niemczech przez wszystkie przypadki. O ironio rozłam w 2015/2016 wynikał też z wielkiego strachu naruszenia godności uchodźców. Naród niemiecki co chwilę pochyla się nad pojęciem „godności człowieka” w kontekście różnych problemów. Na początku tego roku telewizja niemiecka któryś raz z kolei znalazła niezwykle ciekawą formułę pokazania jednego ze spektakli Ferdinanda von Schiracha, przy pomocy którego autor, prawnik z zawodu, wznowił dyskurs nad „nienaruszalnością godności przestępcy”. (O poprzednim spektaklu telewizyjnym tego autora, także podnoszącym kwestię godności człowieka, ale w innym kontekście, opowiadałam tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/10/1-godnosc-czowieka-jest-nienaruszalna.html) Tym razem za bazę dla jego historii posłużył mu przypadek porwania jedenastoletniego dziecka dla okupu. Czynu dokonał w 2002 Magnus Gäfgen, który porwał Jakoba von Metzlera, syna bankiera. W ten sposób oprawca chciał zdobyć fundusze na swoje kosztowne życie w wyższych sferach. Niestety chłopiec znał przelotnie porywacza, dlatego też ten zabił od razu swoją ofiarę, aby nie pozostawić po sobie żadnych śladów. Przezorności mu jednak wkrótce zabrakło i prowadzący sprawę policjant dość szybko wpadł na jego trop. Licząc, że ma jeszcze szansę uratować dziecko, poddał aresztowanego torturom, za co ten go później oskarżył. Sąd nałożył wówczas na policjanta karę grzywny. 04.01.2021 wyświetlono jednocześnie na dwóch różnych kanałach spektakl oparty na tych wydarzeniach. Widz mógł zatem zdecydować, czy chce poznać historię z perspektywy policjanta prowadzącego sprawę, czy obrońcy przestępcy. Emisja wznowiła dyskurs, jaki przetoczył się przez Niemcy w 2003 roku.

Oglądając ten spektakl oraz przysłuchując się trwającym dyskursom w Niemczech ciężko było nie myśleć o tym, jak na dwóch różnych poziomach toczą się teraz dyskusje nt.aborcji w Polsce i eutanazji w Niemczech. O tym, czego prawo niemieckie nie pozwala tamtejszej policji, a co w pracy jej polskich kolegów toleruje obecna polska władza. I tak można by wymieniać jeszcze dalej.

Na Nowy Rok 2021 życzę zatem mojej ojczyźnie, aby wyniosła naukę z ostatnich lat rządów obecnej partii i zaczęła odmieniać pojęcie „godność człowieka” przez wszystkie przypadki (a mamy ich w polskim o trzy więcej niż w języku niemieckim). Życzę nam, abyśmy w poszanowaniu do swoich przekonań umieli rozmawiać kulturalnie i z klasą na trudne tematy, jakimi są aborcja, czy eutanazja. I na koniec życzę nam, abyśmy w budowaniu nowego porządku (bo wiem, że ten przyjdzie) nie wpadli w drugą skrajność.

 

1 lipca 2020

„I narodzi się reżim!” rzekł naród.




"Maryja, królowa Polski", Xeni@ , Galerie für Kulturkommunikation


Od kwietnia zgłosiło się do mnie kilka bliższych i dalszych znajomych z pytaniem, czy w razie potrzeby pokierowałabym je, gdzie i jak dokonać aborcji w Niemczech względnie czy kupiłabym im tabletkę „po”, jeśli w Polsce wytworzy się taka sytuacja, że będzie to praktycznie niemożliwe.
Nie są to kobiety, które co noc „wyrywają” nowego faceta. Niektóre z nich nawet planowały kiedyś dziecko, ale ich sytuacja życiowa tudzież poglądy zmieniły się na tyle, że zrezygnowały z macierzyństwa. Wygrzebany w kwietniu projekt Kai Godek o zaostrzeniu prawa aborcyjnego wywołał w nich panikę, że za chwilę będą żyły w kraju, które je całkowicie ubezwłasnowolni. Po ich pytaniach przed oczami stanęły mi sceny z różnych filmów niemieckich, przedstawiające obrazki z przeszłości, jak to różne organizacje kobiece w RFN organizowały dla Niemek wyjazdy aborcyjne do Holandii. Zaraz po tym przypomniałam sobie też scenę z enerdowskiego filmu „Rotfuchs” z 1973 roku, w której to ginekolog stwierdziwszy ciążę u swojej samotnie wychowującej już jedno dziecko pacjentki pyta się bez ceregieli, czy ta chce usunąć płód. W NRD bowiem podobnie jak w Polsce Ludowej aborcja była od pewnego momentu legalna. Ze smutkiem pomyślałam sobie, że były okresy w historii Polski, kiedy byliśmy narodem dość postępowym i do jakiego zaścianka zagnały nas lata rządów w naszym kraju, które nie umiały rozdzielić spraw państwa od spraw kościoła. Nie chcę się w tym wpisie powtarzać. Już w kwietniu 2016 odniosłam się na moim blogu do prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej w Polsce. Opowiedziałam wówczas także o drodze Niemek, jaką przeszły, by dziś mogły decydować same, co dzieje się z ich ciałem. Chętnych odsyłam do tamtego wpisu: http://sbundowani.blogspot.com/2016/04/fanatyzm-i-kobiece-majtki.html
Do napisania dzisiejszego postu skłoniła mnie inna smutna refleksja, która towarzyszy mi już od dłuższego czasu. My Polacy czujemy się dość swobodnie w kontekście historycznym: ofiary złych zaborców, następnie ofiary najpierw napaści bolszewickiej, potem nazistowskiej i sowieckiej, wybici na Wołyniu, zdradzeni podczas konferencji Wielkiej Trójki, wycyckani przez Sowieckiego Brata itd., itd. Dumni, że my przecież nigdy nie zaczynaliśmy takich wojen jak III Rzesza, za to ratowaliśmy Europę, a to przed zalewem muzułmanów jak wtedy z Sobieskim pod Wiedniem, a to przed „czerwoną zarazą” jak to miało miejsce pod rządami Piłsudskiego. Zapomnieliśmy, że ofiara też może stać się oprawcą i to właśnie my, ofiara min. reżimu nazistowskiego powinniśmy się teraz wstydzić, że nie odrobiliśmy pracy domowej. Skupieni na swojej traumie z okresu II wojny światowej, wylegujący się na swoim wygodnym leżaku strony poszkodowanej nie chcemy sobie przypominać etapów dochodzenia do władzy przez Hitlera. Przecież wytłumaczenie jest takie proste: wybrali go Ci źli Niemcy. Uznałam, że czas choć tak skrótowo przypomnieć, jak rodził się reżim w Niemczech. 

Naród niemiecki wcale nie tak od razu rzucił się z kwiatami na szyję Hitlera. Nie wspominając już jego nieudanego puczu z 1923, to w wyborach parlamentarnych z lipca 1932 odbywających się w chaosie wywołanym wówczas kryzysem gospodarczym NSDAP nie zdobyła jakiejś przeważającej większości, zaledwie 37,3%. Tylko o 1,4 punkty procentowe więcej niż jej najwięksi przeciwnicy: socjaldemokraci i komuniści. W następnych, listopadowych wyborach tendencje się odwróciły. Partia Hitlera uzyskała poparcie na poziomie 33,1°%, podczas gdy jej konkurenci odbili się na poziom 37,1%. Podsumowując krótko można by powiedzieć, że przecież nic strasznego się nie działo. Tylko ok. 1/3 społeczeństwa popierało nazistów. Jakieś marsze z pochodniami, bijatyki na ulicach? Ach wybryki młodych bojówek... Być może udałoby się zapobiec późniejszemu wzmocnieniu partii Hitlera, ale lewica była zbyt zajęta walkami między sobą. Krótko mówiąc, zabrakło ludzi, którzy by się zjednoczyli przeciw rosnącemu w siły wrogowi.  Pamiętać trzeba, że początkowo Hitler nie był w stanie rządzić bez wsparcia prezydenta Hindenburga. Człowiek w urzędzie mającym pełnić ostoję demokracji w Republice Weimarskiej dzień po pożarze Reichstagu położył swoim dekretem podwaliny pod przyszłą nazistowską dyktaturę. Na jej mocy ograniczeniu uległy prawa obywatelskie, podobnie jak wolność słowa. Policja uzyskała prawo samowolnego działania w określonych zakresach. Wybory z marca 1933 odbyły się już w atmosferze nierównej walki. Na ulicach wisiały głównie flagi ze swastyką i plakaty NSDAP. Utworzony w 1925 roku aparat politycznej propagandy miał się już wówczas całkiem nieźle. Już podczas wyborów w 1930 dopuścił się działań nieznanych wcześniej na tą skalę. Mimo tego w 1933 lewica zdobyła jeszcze 30% poparcia. Zaczęły się zatem aresztowania przeciwników politycznych. Ustawy dostosowywano pod własne potrzeby. Na podstawie Reichsbürgergesetz z 1935 i Das Beamten Gesetz z 1937 zaczęto przeprowadza’ czystki w systemie sądownictwa. Krótko mówiąc zaczęto pozbywać się sędziów nieakceptowalnych przez system.

Te dziejące się w tle niepokojące rzeczy przygłuszył fakt, że Hitler obiecał Niemcom lepsze życie i trzeba przyznać, obietnicę tę spełnił. Podczas gdy w 1933 liczba bezrobotnych sięgała prawie 5 mln, to cztery lata później wynosiła mniej niż 1 mln. W rzeczywistości na „cud ekonomiczny” złożyło się szereg czynników, które nie koniecznie dawały się przypisać genialności rządu, ale zagłębiając się teraz w nie, oddalilibyśmy się zbytnio od tematu tego postu. Warto jednak zauważyć, że narodowosocjalistyczni ideolodzy zaczęli wzywać do walki przeciw panowaniu wielkiego przemysłu, dużych banków, czy związków zawodowych. W swojej retoryce podkreślali natomiast zapewnienie bezpieczeństwa małych przedsiębiorców i rolników. To, że w praktyce przemysł się rozrastał, a liczba drobnych przedsiębiorców  malała zdawało się nie wielu nie zauważać. Z propagandowego punktu widzenia szczególnie spektakularnie wyglądały starania o wzrost rodzimej produkcji żelaza. Jego wykorzystanie we własnym zakresie miało zredukować zależność Niemiec od polityki eksportowej. Okazało się jednak przedwsięwzięciem niezwykle kosztownym, a przez to nie rentownym.

Przede wszystkim jednak Hitler ucieleśniał w sobie obietnicę polityki wstania Niemiec z kolan i to Niemcom spodobało się najbardziej. Za złą sytuację ekonomiczną, poniżający traktat wersalski winę ponosili inni: Żydzi, Romowie, Słowianie... Po przejęciu skrzywionej przez nazistów interpretacji idei nadczłowieka opisanej przez Nitschego, jednym z celów plityki stało się wzmocnienie własnej rasy. W 1935 Heinrich Himmler założył związek Lebensborn e.V. Jego zadaniem było wspieranie rozrodczości aryjczyków. Kobieta miała zresztą jasno określone miejsce w reżimie nazistowskim: miała być matką. Właściwie to w narodowisocjalistycznym państwie nie istniała żadna wizja kobiety. Jej rola była sprowadzona do rozrodczości. W tym czasie wzmogła się też nagonka na osoby homoseksualne. Początkowo grupa ta nie zaliczała się do głównych celów nienawiści nowej władzy. Do 1934, kiedy to dokonano czystek w obrębie SA. Stojący na czele organizacji Röhm należał do związku homoseksualistów, na co przymykano oko. Po jego śmierci w 1934 nastawienie do tej grupy społecznej radykalnie się zmieniło. Osoby o innej orientacji seksualnej niż hetero zaczęto wysyłać do obozów. Niemcy mieli być w końcu rasą, która się rozmnaża. Innymi bezużytecznymi osobami w tkance społecznej z punktu widzenia nazistów byli psychicznie chorzy i niepełnosprawni. 

Czy moi drodzy czytelnicy nie widzicie pewnych parareli z panującą sytuacją polityczną w naszym kraju?

JAKO POLCE I GERMANISTCE

JEST MI WSTYD, gdy mój szef, na którego ciotce przeprowadzano eksperymenty w obozie w Auschwitz dziś mi mówi, że byłby jednym z pierwszych, który wybiłby muzułmańską szarańczę, gdyby tylko to chol....e PO wpuściło ją do kraju. Nawet jeśli jest się przeciwko przyjmowaniu uchodźców do Polski, to nic nie daje nam prawa mówić, że tych ludzi należały zabijać

JEST MI WSTYD, że moi koledzy homoseksualiści wynieśli się z Polski, bo tam nie mieli życia. Strata dla naszego kaju, bo nie pracują swoimi czterema literami, tylko są świetnymi specjalistami w branży IT i inżynierii.

JEST MI WSTYD, gdy widzę zdjęcia pochodów młodzieży ONR unoszącej ręce w geście „Heil Hitler”, a rząd nie reaguje. JEST MI WSTYD, gdy widzę takich ludzi na kościelnych uroczystościach (jak pochód Trzech Króli w Łodzi w 2019) i kościół też nie reaguje.

JEST MI WSTYD za prezydenta, który daje sobie prawo wartościowania życia ludzkiego w momencie, gdy ogłasza, że dziecko zrodzone z metody in vitro nie jest właściwe.

JEST MI WSTYD za rządzących, którzy co rusz wyszukują nowych wrogów spośród własnego narodu.

JEST MI WSTYD za polski kościół katolicki, który chce rozprządzać życiem kobiet i przyklaskuje idei rodzenia dzieci nawet za cenę życia matki.

JEST MI WSTYD za moją matkę, która usunęła jedną ciążę i następnie chciała usunąć ciążę ze mną, a teraz potępia inne kobiety, które walczą o aborcję. (I niech mi nikt tu nie pisze komentarzy, że gdyby dokonała tej drugiej aborcji, to by mnie nie było. Jestem tego w pełni świadoma. Świat by się nie zawalił.)

JEST MI WSTYD gdy mój wujek, który jako dziecko był więźniem obozu koncentracyjnego i dziś dumnie pobiera z tego powodu dodatki do emerytury od państwa polskiego, mówi mi, że kobiety, które nie urodziły dzieci są niepełnowartościowe.

To właśnie ze względu na naszą trudną historię spoczywa na nas tym bardziej jeszcze większa odpowiedzialność stania na straży wolności obywatelskiej, poszanowania praw drugiego człowieka i czynienia tego w atmosferze wzajemnego szacunku.

JEST MI WSTYD ZA NASZ JĘZYK NIENAWIŚCI, KSENOFOBIZM, BRAK OTWARTOŚCI NA ZDANIE INNYCH I GOTOWOŚCI DO KONSTRUKTYWNEJ DYSKUSJI NA POZIOMIE W ZAMIAN ZA OBRZUCANIE SIĘ BŁOTEM, ZA ŚLEPĄ WIARĘ W MANIPULACJĘ PROPAGANDOWĄ, A PRZEDE WSZYSTKIM ZA TO, ŻE MY, OFIARY JEDNEGO Z NAJGORSZYCH W HISTORII LUDZKOŚCI REŻIMU, STAJEMY SIĘ SPRAWCAMI I DAJEMY SOBIE NA TO PRAWO POD PRZYKRYWKĄ OFIARY.

Zawsze stałam na straży wizerunku naszego państwa za granicą, broniłam nas, naszych niezrozumiałych dla Zachodu wyborów. Prowadziłam projekty, w których tłumaczyłam za granicą naszą narodową psychikę, nieprzepracowane traumy i ich konsekwencje na dzisiejsze wybory, ale w momencie, gdy naród polski postanowił pójść ścieżką obraną w latach 30-tych przez Niemców mówię DOŚĆ.

Obecnej władzy w Polsce udało się osiągnąć coś przerażającego. Wyciągnęła z zakamarków duszy wielu Polaków najgorsze, najbardziej prymitywne popędy. Na studiach mieliśmy seminarium, na którym postawiono nam kiedyś pytanie, dlaczego dojście do władzy nazistów było możliwe w Niemczech i czy w innym kraju byłoby to do pomyślenia, aby tacy ludzie znaleźli się u władzy. Pamiętam, jak studenci wyszli z dobrym samopoczuciem, bo w toku dyskusji stwierdzono, że przecież my, naród polski od razu byśmy podnieśli larum. Dziś, 13 lat po tym seminarium składam nam, Polakom, narodowi ofiar, serdeczne gratulacje. Jesteśmy na etapie, że operujące faszystowskim językiem siły polityczne popiera „tylko” ok. 40% społeczeństwa. Pocieszamy się, że to przecież ciągle mniejszość. Gdyby nie metoda d’Hondta to w ostatnich wyborach parlamentarnych wygrałaby opozycja (jakby przy wcześniejszych wyborach tej metody nie uwzględniano w liczeniu głosów...). I ciągle wierzymy, że Hitlera mogli wybrać tylko ci źli Niemcy.

W 2013 młody reżyser Tobias Haase zdobył First Steps Award w kategorii film reklamowy za spot marki Mercedes. W filmie widać domy z pruskim murem, pracujących ludzi. W tej przestrzeni ulicami sunie auto marki mercedes. W którymś momencie samochód gwałtownie hamuje, bo na ulicy bawią się dwie dziewczynki. Po tym zdarzeniu auto rusza dalej, gdy przejeżdża przez miejscowość Braunau na ulicę wybiega chłopiec. Auto nie daje rady zahamować i potrąca go śmiertelnie. Matka wybiega z domu i krzyczy „Adolf”. Na zakończenie spotu wyświetla się napis „Wykrywa niebezpieczeństwa zanim powstaną.” Firma Mercedes od razu się zdystansowała i nie chciała zaakceptować spotu jako reklamy własnego produktu. Ginie w nim przecież dziecko. Przytoczony przeze mie na początku postu kolaż autorstwa Xeni@ (więcej tutaj: http://www.galerie-für-kulturkommunikation.de/Xeni/) będący komentarzem artystki do dzisiejszej sytuacji politycznej w Polsce podobnie wchodzi w obszar, gdzie łamie się polityczną poprawność i na wielu płaszczyznach podnosi nie tylko kwestię aborcji, ale problematykę dzisiejszych wydarzeń w naszym kraju. Odnosi się w kontrowersyjny sposób do słów „Maryja, Matka wszystkich Polaków”, nawet tych kobiet, które usunęły i podobnie kontrowersyjnie stawia pytanie, czy to naprawdę jest dobre, aby każde dziecko przyszło na ten świat.  

W dzisiejszym świecie, w którym niszczymy nie tylko naszą planetę, ale też humanistyczne wartości, pytanie to nabiera nowe znaczenie.