Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemiecka mentalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemiecka mentalność. Pokaż wszystkie posty

12 stycznia 2021

Godność człowieka po niemiecku

 

Niemcy cenią możliwość dyskusji. Ludzie na zdjęciu nie dyskutowali akurat o prawie do eutanazji, ale temat był także poważny i ciężki dla społeczeństwa niemieckiego.
Niemcy cenią możliwość dyskusji. Ludzie na zdjęciu nie dyskutowali akurat o prawie do eutanazji, ale temat był także poważny i trudny dla społeczeństwa niemieckiego.


Podczas, gdy w Polsce w kontekście zaostrzonego prawa aborcyjnego toczy się ideologiczna walka na wielu frontach, w ramach której hasłami godności człowieka niektóre ze stron konfliktu wycierają sobie namiętnie gębę, u naszych zachodnich sąsiadów toczy się faktyczny dyskurs nt. temat niezbywalności godności jednostki w kontekście eutanazji.

(Jak zaś wygląda prawo aborcyjne w Niemczech pisałam tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/04/fanatyzm-i-kobiece-majtki.html)

Dyskusja nt. prawa do eutanazji toczy się w Niemczech już od wielu lat i typowo dla tego typu dyskusji, raz cichnie, raz wybucha na nowo. W grudniu 2020 w niemieckiej telewizji pojawiło się znowu kilka reportaży poruszających tą kwestię. Temat podjęto także w programach publicystycznych, do których zaproszono krewnych osób, które zdecydowały się na eutanazję poza granicami kraju, księży i politików.

Badania pokazują, że większość społeczeństwa niemieckiego jest za dopuszczeniem eutanazji w prawie niemieckim. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiają się jednak uparcie politycy, którzy argumentują, iż ciężko jest naprawdę określić, czy dana osoba faktycznie życzy sobie śmierci. Jako przykład mają służyć osoby myślące o samobójstwie i rezygnujące z niego w ostatniej chwili.

Argumenty osób popierających prawo do eutanazji są w znacznym stopniu podobne do tych, jakie znamy z polskiego podwórka. Natomiast do tych odnoszących się jednoznacznie do niemieckiej rzeczywistości należy min. zarzut, iż przeciwnicy mają wprowadzać innych w błąd poprzez używanie sformułowania "aktive Sterbehilfe" (aktywna pomoc przy śmierci), tworząc w ten sposób skojarzenia z zabijaniem na życzenie, podczas gdy w postawionych żądaniach chodzi o to, by z udziału w dopuszczonym u naszych niemieckich sąsiadów od 1871 wsparciu w popełnieniu samobójstwa nie wykluczać lekarzy i organizacji. 


 

Innym argumentem, który przykuł moją uwagę, jest wypowiedź oskarżająca firmy farmaceutyczne i szpitale o czerpanie materialnych korzyści z podtrzymywania przy życiu śmiertelnie chorych pacjentów, zwłaszcza w ostatnim etapie ich choroby, który to czas wymaga wyjątkowo intensywnej pielęgnacji.

Każda z podniesionych kwestii mogłaby stanowić wstęp do długiej dyskusji. Moim celem dzisiaj nie jest jednak rozkładania na czynniki pierwsze argumentów pro i kontra eutanazji. Chciałam raczej zwrócić naszą uwagę na poziom dyskusji w Niemczech na tematy, w które uwikłany jest też kościół. Ten oczywiście stoi na stanowisku, iż eutanazja nie powinna być dopuszczona, jednak słuchając niemieckiej debaty nie odnosiło się wrażenia, że jego przedstawiciele uprawiają ideologiczną wojnę. Grzecznie przedstawiali swoje stanowisko w poszczególnych programach. Potrafili przy tym okazać zrozumienie osobom, które w przeszłości wyjechały ze swoimi bliskimi za granicę i tam pomogły im w dokonaniu eutanazji. Słuchając ich nie odnosiło się wrażenia, że przedstawiciele kościoła próbują wejść za wszelką cenę ze swoimi buciorami w czyjeś życie. No cóż, kościół w Niemczech odebrał swoją lekcję. Po przegranej walce ze środowiskami kobiecymi w latach 90-tych XX w. o wspomniane wcześniej prawo do aborcji, kościoły chrześcijańskie w Niemczech utraciły swoją szczególną pozycję i przekształciły się bardziej w grupy lobbystyczne.

Czy oznacza to, że państwo niemieckie jest świeckie, w którym nie ma szansy na konflikty na tle religii chrześcijańskiej? Nie. Pragnie za takie uchodzić, ale nim nie jest. Pokazują to przeróżne obrazki z życia codziennego, a pandemia, tylko to potwierdziła. Podobnie jak w Polsce zdecydowano się w Niemczech na zamknięcie instytucji kulturalnych jak muzeów, czy teatrów. Na zamknięcie kościołów rząd się jednak nie odważył tłumacząc ten fakt, iż dla 50% społeczeństwa rezygnacja z mszy byłaby zbyt wielkim wyrzeczeniem. Kościół w Niemczech jednak zamiast dumnie stroszyć piórka, przyjął ten przywilej raczej z pochyloną głową, świadom złości pozostałych 50% społeczeństwa, które do życia może jego nie potrzebuje, ale za to kultury. W internecie pojawiły się wpisy księży nawołujące do solidaryzowania się z resztą społeczeństwa i zamknięcia z własnej inicjatywy także kościołów. Do tego jednak ostatecznie nie doszło. Pojawiła się jednak inna inicjatywa. Część księży zaczęła zatrudniać muzyków do artystycznej oprawy nabożeństw. Skoro zamknięto im inne przestrzenie prezentacji, kościół oddał im swoje świątynie. Co prawda w ramach obostrzeń pojawiło się jakieś sformułowanie o zakazie dawania występów, więc obecność artystów podczas nabożeństw ograniczała się raczej do siedzenia z własnymi instrumentami, niemniej gest ze strony kościoła został doceniony.

Skoro Niemcy nie są wcale takim państwem świeckim, to może posiadają o wiele wyższą kulturę dyskutowania ze sobą niż Polacy na trudne tematy? Nie zawsze. Oczywiście słuchając debat prowadzonych w społeczeństwie niemieckim nieraz życzę sobie takiego poziomu kultury w Polsce. Są jednak sytuacje, które pokazują, jak Niemcy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Dobitnym przykładem było to, co wydarzyło się po sławetnych słowach Angeli Merkel „damy radę”, otwierającymi niejako przed uchodźcami niemieckie granice. Pierwsza fala entuzjazmu nie tylko nie dopuszczała do głosu wszelkich sceptyków, czy osoby zgłaszające jakiekolwiek obawy, ale spychała je wręcz do kąta prawicowych ekstremistów, przyczyniając się do głębokiego rozłamu w społeczeństwie. Pisałam o tym tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/01/lepsze-juz-disco-polo-od-sylwestra-w.html (tylko niestety wówczas zbyt optimistycznie patrzyłam na dalszy rozwój sytuacji w naszym kraju, co pokazuje koniec tamtejszego wpisu).

Co zatem sprawia, że Niemcy nie plują na siebie nawzajem jadem rozmawiając o tak trudnym pod względem etycznym i moralnym temacie jak prawo do eutanazji? Chyba odrobiona lekcja z własnej historii. Po nazistowskiej przeszłości szczególne znaczenie ma dla naszych zachodnich sąsiadów Artykuł 1 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec, który głosi, że „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem wszelkich władz państwowych.

Zwrot „godność człowieka” jest odmieniana w Niemczech przez wszystkie przypadki. O ironio rozłam w 2015/2016 wynikał też z wielkiego strachu naruszenia godności uchodźców. Naród niemiecki co chwilę pochyla się nad pojęciem „godności człowieka” w kontekście różnych problemów. Na początku tego roku telewizja niemiecka któryś raz z kolei znalazła niezwykle ciekawą formułę pokazania jednego ze spektakli Ferdinanda von Schiracha, przy pomocy którego autor, prawnik z zawodu, wznowił dyskurs nad „nienaruszalnością godności przestępcy”. (O poprzednim spektaklu telewizyjnym tego autora, także podnoszącym kwestię godności człowieka, ale w innym kontekście, opowiadałam tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/10/1-godnosc-czowieka-jest-nienaruszalna.html) Tym razem za bazę dla jego historii posłużył mu przypadek porwania jedenastoletniego dziecka dla okupu. Czynu dokonał w 2002 Magnus Gäfgen, który porwał Jakoba von Metzlera, syna bankiera. W ten sposób oprawca chciał zdobyć fundusze na swoje kosztowne życie w wyższych sferach. Niestety chłopiec znał przelotnie porywacza, dlatego też ten zabił od razu swoją ofiarę, aby nie pozostawić po sobie żadnych śladów. Przezorności mu jednak wkrótce zabrakło i prowadzący sprawę policjant dość szybko wpadł na jego trop. Licząc, że ma jeszcze szansę uratować dziecko, poddał aresztowanego torturom, za co ten go później oskarżył. Sąd nałożył wówczas na policjanta karę grzywny. 04.01.2021 wyświetlono jednocześnie na dwóch różnych kanałach spektakl oparty na tych wydarzeniach. Widz mógł zatem zdecydować, czy chce poznać historię z perspektywy policjanta prowadzącego sprawę, czy obrońcy przestępcy. Emisja wznowiła dyskurs, jaki przetoczył się przez Niemcy w 2003 roku.

Oglądając ten spektakl oraz przysłuchując się trwającym dyskursom w Niemczech ciężko było nie myśleć o tym, jak na dwóch różnych poziomach toczą się teraz dyskusje nt.aborcji w Polsce i eutanazji w Niemczech. O tym, czego prawo niemieckie nie pozwala tamtejszej policji, a co w pracy jej polskich kolegów toleruje obecna polska władza. I tak można by wymieniać jeszcze dalej.

Na Nowy Rok 2021 życzę zatem mojej ojczyźnie, aby wyniosła naukę z ostatnich lat rządów obecnej partii i zaczęła odmieniać pojęcie „godność człowieka” przez wszystkie przypadki (a mamy ich w polskim o trzy więcej niż w języku niemieckim). Życzę nam, abyśmy w poszanowaniu do swoich przekonań umieli rozmawiać kulturalnie i z klasą na trudne tematy, jakimi są aborcja, czy eutanazja. I na koniec życzę nam, abyśmy w budowaniu nowego porządku (bo wiem, że ten przyjdzie) nie wpadli w drugą skrajność.

 

20 stycznia 2019

Mój ekologiczny ślad

Ciocia Najcudowniejsczego Pod Słońcem Męża uczyła w przeszłości astronomii. Kiedyś podczas wspólnej obserwacji nieba opowiedziała nam ten żart:

Spotykają się dwie planety i jedna zagaduje drugą:
"Jakoś źle wyglądasz."
Na co jej zagadnięta planeta odpowiada krzywiąc się od bólu.
"Faktycznie nie najlepiej ze mną. Niedobrze mi."
"A co Ci dolega?" pyta pierwsza.
"Homo sapiens" wydusza z siebie druga.
"Nie przejmuj się, to mija." pociesza ją pierwsza.


Heidi mówi, że lubiła zawsze bardzo astronomię, bo przypomina roszczącemu sobie niewiadomo jaką pozycję człowiekowi, jak mało znaczący jest we wszechświecie i trudno się z nią nie zgodzić. Czasem lubię odejść od czytania wiadomości o kolejnych politycznych kłótniach i popatrzeć w nocne niebo. "Jacy my jesteśmy śmieszni." myślę sobie wtedy. Szkoda, że nie poświęcamy tyle energii na rozsądne życie na planecie, która nas ugościła, co na szarganie się o władzę i pieniądze.


W Niemczech temat środowiska naturalnego to praktycznie już stały punkt wiadomości. Min. z nich dowiedziałam się, że w roku 2018 osiągnęliśmy już w kwietniu (!) dzień długu ekologicznego czyli, dzień, w którym wykorzystalismy cały roczny "limit zasobów ziemskich". Zieloni cały czas domagają się z ekranu telewizoru odnawialnych źródeł energii, ja zaś po wielu reportażach o mikroplastiku łamię sobie głowę, co jeść, bo wygląda, że spożywam go w koszmarnych ilościach wraz z każdą potrawą.
Jak takie wychowanie społeczne ma się do zastosowania w życiu codziennym za Odrą? Na pierwszy rzut oka "wow!". W każdym niemieckim gospodarstwie domowym jest po pięć śmietników, żeby segregować odpady, przywiązuje się ogromną wagę do używania wysokoenergooszczędnych urzędzeń, wiele osób jeździ po mieście rowerem itd. Niemniej gdyby się tak przyjrzeć tej eko-postawie z bliska, okazuje się, że za piękną fasadą wygląda to już gorzej. Na trochę dłuższych trasach prawie każdy wozi swój tyłek autem. Już kiedyś pisałam, że Niemcy wiele zniosą i trudno byłoby ich zmobilzować do jakiegoś powszechnego buntu, ale jedną z rzeczy, która by ich ruszyła byłaby napaść wszelkiej maści na ich samochody. Otaczające realia zresztą nie pomagają zmienić tego punktu ich mentalności. Przejazdy pociągami są stosunkowo drogie. Często nie opłaca się nawet wybrać tego transportu dla jednej osoby, a co dopiero mówić o całej rodzinie. Lepiej rzecz się ma z autobsami dalekobieżnymi, ale te telepią się niemiłosiernie, a Niemcy lubią komfort. Ostatecznie auto pozostaje jako najczęściej wybierany środek transportu, który poza komfortem daje jeszcze poczucie wolności.



Drugą wielką skazą na przyjaznej dla środowiska postawie Niemców jest ich konsumpcjonizm. Co prawda mój przyjaciel Niemiec, mieszkający w Wielkiej Brytanii twierdzi, że w porównaniu do Brytyjczyków Niemcy są niezwykle oszczędni, jednak ja z perspektywy Europy Środkowo-Wschodniej widzę to już inaczej. Oczywiście, że Polacy dużo kupują, o czym donoszą rozemocjonowane media, jak to cudnie nakręcamy gospodarkę. Ciągle jednak sporo naprawiamy. W Niemczech znaleźć jakiś punkt naprawy graniczy nieraz z cudem. A jak już taki się nadarzy, to rzadko się opłaca. Najłatwiej o punkty krawieckie (branża opanowana głównie przez Turków i Kurdów, przez co cenowo nawet to ma sens się do nich zwrócić) i o szewców (interes rzadko kiedy opłacalny, chyba bardziej wybierany przez klientów z sentymentów do zepsutego obuwia - np. podklejenie podeszw to koszt ok. 20-30 EUR...)


Moi niemieccy znajomi patrzą nieraz na mnie trochę jak na dziwaczkę, bo jeżdżąc do Polski mam wyładowaną walizkę głównie dwoma typami rzeczy: kultowym proszkiem do prania, o który wiecznie mnie proszą znajomi i rzeczami do naprawy. I tak ostatnio zawiozłam do Polski 9-o letnie żelazko, które podczas prasowania nagle zdechło. Gdy przy okazji jakiejś rozmowy usłyszeli o tym znajomi Niemcy bardzo się zdziwili, czemu najzwyczajniej w świecie go nie wywaliłam i nie kupiłam nowego. A żelazko wcale nie było w moich oczach jakimś gruchotem. Szkoda mi więc było tak bez próby reanimacji je wyrzucić. Opłacało się taszczyć je do Polski, bo miły pan w zakładzie napraw funkcjonującym w moim mieście jeszcze w czasach PRL-u przywrócił je do życia za  jedyne 50 PLN. Kolejka do niego była też rodem z socjalizmu. I czego to ludzie do niego nie przynosili?! Min. sprzęt też jeszcze z czasów PRL-u. Niemcy popukaliby się w głowę, a ja z uśmiechem przyglądałam się, jak postsocjalistyczna mentalność czyni z nas niechcący przynajmniej w tej sferze niezwykle ekologiczny naród. Różnicę między Wschodem, a Zachodem podsumowałabym tak: my koszmarnie zanieczyszczamy powietrze (tak mocno byłam najwidoczniej już przyzwyczajona do smogu w Polsce, że musiałam aż 3 lata pomieszkać w Niemczech, żeby zacząć wreszcie czuć różnicę między powietrzem u nas, a u zachodnich sąsiadów), ale za to jeszcze korzystamy z wielu punktów naprawy; Zachód ma lepsze powietrze i wysypiska śmieci przepełnione rzeczami, które z powodzeniem możnaby jeszcze używać. Ostatnio pojawiły się nawet w Niemczech i Holandii pomysły stworzenia kafejek naprawy i reedukowania społeczeństwa zachodniego, by nie wyrzucało, tylko naprawiało, co Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż skwitował podsumowaniem "W kapitalizmie odkrywa się na nowo socjalizm". Niemniej, aby pobudzić do myślenia ludzi coraz powszechniej mówi się tutaj o osobistym śladzie ekologicznym. Uczniowie w szkołach dostają min. za zadanie wyliczenia swojego "śladu ekologicznego".  To odcisk, jaki naszym bytowaniem pozostawiamy na planecie. Pojęcie to zostało wprowadzone w 1992 przez naukowca Mathisa Wackernagla oraz profesora Williama E. Rees'a jako metoda miary zużycia środowiska naturalnego przez każdego człowieka.

Zrównoważony ślad ekologiczny to 1,8 ha. Zasoby z takiego obszaru zużyte przez jednego człowieka ziemia jest w stanie odnowić i do takiego wyniku powinniśmy dążyć.





Na szczęście coraz więcej zaczyna się mówić i pisać także w Polsce o dewastacji naszej planety przez człowieka, o wszechobecnym mikroplastiku, o efektach naszej konsumpcyjnej i krótkowzrocznej działalności na stan Ziemi. Dziś chciałam zatem zaprosić każdego z Was do wyliczenia swojego śladu ekologicznego i zastanowienia się, jak mocno ekspoloatuje Ziemię.

Test wylicza, ile z natury w ciągu roku zużywa respondent.

Część A: Twoje osobioste zużycie

Odżywianie

1. Ile produktów mlecznych (jogurt/mleko/kefir) spożywasz lub pijesz dziennie?
a) więcej niż 3/4 litra                                                                                   (10)
b) ok. 1/2 litra                                                                                               (6)
c) nie jadam/piję takich rzeczy                                                                     (0)

2. Jak często jesz sery i masło w tygodniu?
a) każdego dnia                                                                                             (10)
b)  masło codziennie, ser czasem                                                                  (6)
c) nie jadam/piję takich rzeczy                                                                      (0)

3. Jak często jesz mięso i jego pochodne  w tygodniu?
a) codziennie                                                                                                (8)
b) 1-2 razy w tygodniu                                                                                 (4)
c) jestem wegetarianinem                                                                             (0)

4. Jak często jesz dania gotowe, mrożonki, konserwy, fast food?
1) jem praktycznie wyłącznie takie rzeczy                                                   (10)
b) co 2-3 dni                                                                                                  (6)
c) maksymalnie 1 raz w tygodniu                                                                 (2)
d) u nas gotujemy zawsze dania z świeżych produktów                               (0)


Droga do pracy/szkoły

5.Jak dojeżdżasz do pracy/szkoły?
a) samochodem                                                                                            (4)
b) śrdkami publicznego transportu                                                              (2)
c) na rowerze lub na pieszo                                                                         (0)

Urlop i czas wolny

6. Jak często latasz samolotem?
a) kilka razy w roku                                                                                    (20)
b) 1 raz w roku                                                                                            (12)
c) rzadko: co 2-3 lata                                                                                   (4)
d) nigdy                                                                                                        (0)

7. Jak często jeździsz samochodem na urlop?
a) to nasz główny środek transportu                                                          (20)
b) nieraz autem nieraz pociągiem lub autobusem liniowym                      (14)
c) ajczęściej używam środków publicznego transportu                              (8)
d) większość staramy się pokonać na rowerze lub na pieszo                      (4)

 Konsumpcjonizm

8. Jak często w roku kupujesz sobie lub dostajesz coś nowego do ubrania?
a) so sezon wymieniam szafę - chcę być zawsze na czasie                        (10)
b) przeciętnie jedną rzecz raz w miesiącu                                                   (8)
c) 3-6 razy w roku                                                                                        (4)
d) rzadko, poza tym zaopatruję się chętnie w second-handach                   (2)

Część B: Zużycie w gospodarstwie domowym, w którym mieszkasz
Zsumowane punkty z pytań z tej części należy podzielić przez liczbę osób w gospodarstwie domowym.

9. Jak duże jest Twoje mieszkanie/dom i ewntualnie ogród?
a) mamy dom jednorodzinny i ogród, a także daczę/
domek na działce/drugi dom                                                                      (4)
b) mamy dość duży dom jednorodzinny i ogród                                        (3 )
c) mieszkamy w dużym mieszkaniu (ok. 60 m2 < )                                   (2)
d) żyjemy w małym/średnim wielkości mieszkaniu (> 60 m2)                  (1)

Zakupy do domu

10. Ile większych rzeczy jak meble, telewizor, rowery itp. kupuje się u Ciebie w domu rocznie?
a) dość często zmieniamy coś w wystroju                                                 (10)
b) 3-5 rzeczy w ciągu roku                                                                          (6)
c) rzadko, maksymalnie 3 w ciągu roku                                                      (3)
d) rzadko, albo używane                                                                              (2)

Zużycie wody

11. Jak korzystacie z wody?
a) praktycznie każdy z nas bierze codziennie kąpiel                                  (10)
b) każdy domownik bierze  przeciętnie kąpiel 3-4 razy w tygodniu           (6)
c) bierzemy codziennie prysznic                                                                  (3)
d) prysznic co kilka dni i zakręcamy wodę przy wielu czynnościach         (1)     


Zużycie energii

12. Jaka temperetura panuje u Was w domu zimą?
a) ponad 22 C                                                                                              (9)
b) 20 C-22 C                                                                                                (6)
d) 18 C- 20 C                                                                                               (3)     
e) poniżej 18 C                                                                                             (0)
13. Jak korzystasz z urządzeń podłączanych do prądu?
a) mamy sporo nowoczesnych urządzeń (pralka, lodówka, ekspres do kawy, system stereo, głośniki, kilka telewizorów itd.) i korzystamy z nich                                                 (14)
b) lubię, gdy w różnych pomieszczeniach są pozapalane lampki                (10)
c) zdarza nam się zapomnieć coś wyłączyć                                                 (6)
d) mamy tylko najpotrzebniejszy sprzęt i pilnujemy, 
by nie był niepotrzebnie włączony                                                               (4)
Podliczone punkty z części A i B należy pomnożyć przez 715. Wynik przedstawia Twój "ślad ekologiczny w m2" po podzieleniu tej liczby przez 10.000 otrzymamy wynik w ha.

Ja swoim wynikiem trochę się załamałam: 2,5 ha:( Podejrzewałam, że w 1,8 ha się nie zmieszczę, ale liczyłam na wynik 2-2,1 ha. W końcu nie obżeram się niemiłosiernie, naprawiam rzeczy, nie cierpię na shopoholizm. Niemniej daje to do myślenia, jak w takim razie muszą żyć ludzie w tych częściach świata, gdzie przeciętny mieszkaniec nie nadużywa gościnności Ziemi. Ostateczny rachunek jest taki, że żyjemy po części na koszt ludzi z biedniejszych regionów naszego globu i poza aspektem ekologicznym dochodzi jeszcze pytanie o najzwyklejszą sprawiedliwość w sferze międzyludzkiej.

Jak rachunek ten przekłada się na różne kraje? Mimo dość wysokiej świadomości ekologicznej i swojej miłości do natury, Niemcy po Australii, USA, Rosji, Korei Południowej należą do czołówki państw o największym ekologicznym śladzie.  Gdyby wszyscy ludzie tak żyli jak przeciętny Australijczyk potrzebowalibyśmy 5,2 Ziemi. Natomiast, gdyby ludzkość żyła tak, jak czyni to przeciętny Niemiec, musielibyśmy zaopatrzyć się w 3,2 Ziemie... (dane z 2017 opublikowane na portalu Statista Ökologischer Fußabdruck Statista 2017) Wiadomością o pozytywnym zabarwieniu jest natomiast ta, że kraj ten mimo wzrostu gospodarczego od pewnego czasu miał nie powiększyć swojego śladu ekologicznego.

Dziwnym trafem nie byłam w stanie znaleźć potwierdzających się w kilku badaniach statystyk odnośnie Polski. Jeśliby wierzyć temu, co wygrzebałam, to w 2007 odcisk ekologiczny przeciętnego Polaka wynosił 1,9 ha, a dziś wzrósł on na 3,3-4,4 ha... Jeśli to prawda, to jest to wynik przerażający. Prawdopodobnie bruździ nam mocno nasza gospodarka energetyczna, bo powyższy test ma dać ogólnikowe pojęcie o konsekwencjach naszej egzystencji dla środowiska, ale przykładowo w pytanie 12 należałoby się już bardziej zagłębić, bo inną wartość mają 20 C w mieszkaniu, do którego doprowadzono ciepło dzięki węglowi, a inną, gdy są one zasługą odnawialnych źródeł energii.

Dla tych, którzy radykalnie chcą przejść w rzeczywistości krajów, w których żyjemy do stylu życia możliwie mało obciążającego naszą planetę polecam model naszego znajomego. Zamieszkał on w tzw. domu ekologicznym. Tzn. nie ma w nim w ogóle ogrzewania. Cały przekrój został tak zaplanowany, by ogrzewany był ciepłem wytwarzanym przez mieszkających w nim ludzi. Tylko uwaga: projektując taki dom weźcie fachowca, który umie liczyć! W przypadku domu kolegi coś poszło nie tak i teraz zimą jest w nim na tyle chłodno, że cała rodzina musi zakładać nawet po dwa swetry. Ja się zastanawiam, co się dzieje, gdy w przypadku nawet właściwych wyliczeń chociaż jeden domownik wyjedzie na jakiś czas. Kolega niemniej niezrażony nadal walczy o to, by nie pozostawać dłużnym Ziemi. Do pracy jeździ codziennie (nawet zimą) na rowerze - 24 km w obydwie strony, żywi się z upraw we własnym ogródku. Tylko w jednej kwestii zachował się kompletnie nieodpowiedzialnie. Zamiast zrezygnować z bycia ojcem spłodził aż dwójkę dzieci, a rozmnażanie się przy obecnej kondycji naszej planety jest jakokolwiek to brzmi: nieekologiczne.
















10 lipca 2017

Moja walka o polskie granice





- Na wakacje jedziemy do Prus Wschodnich. - pochwalił mi się jakiś czas temu kolega z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.
- Byłych. - wysyczałam w odpowiedzi. Dostaję alergii i trzęsawicy, gdy mi ktoś w kontekście dzisiejszego podziału terytorialnego wyskakuje z Prusami Wschodnimi. Jeśli mowa o historii, to proszę bardzo, użycie tej nazwy jest jak najbardziej wskazane, ale nie gdy tematem jest pobyt w dzisiejszej Polsce.
- Słucham? - spytał zaskoczony.
- Byłych Prus Wschodnich.- uściśliłam i widząc jego błędne spojrzenie dodałam na wszelki wypadek – Dla nas w Polsce to po prostu Warmia i Mazury, dalej masz Obwód Kaliningradzki w Rosji plus Obwód Kłajpedy należący do Litwy.
Znajomy zreflektował się i skorygował swoją wypowiedź:
- Planujemy podróż do…, do…, jak to się w Polsce nazywało?
- WARMIA i MAZURY!!!

Wbrew nieprzychylnemu dla owego znajomego wstępu bardzo go lubię. Mathias to naprawdę bardzo miły chłopak, który w wielu tematach wykazuje się niezwykle dużą inteligencją, konstruktywnym sposobem myślenia i co najważniejsze umiejętnością spojrzenia na problem z różnych perspektyw. Tym bardziej przeraziła mnie jego nonszalancka ignorancja, która tym bardziej staje się szokująca, jeśli pod uwagę weźmie się fakt, że Mathias posiada naukowy tytuł doktora nauk historycznych. Skąd zatem takie faux pas?

W 2008 roku miałam wątpliwej jakości przyjemność opiekować się w Polsce grupą Niemców, którzy teoretycznie przyjechali zwiedzać nasz piękny kraj, w praktyce jednak ich zamiarem było urządzenie sobie wycieczki do przeszłości. Grupa przyjechała autokarem z Niemiec. Ich kierowca posiadał jedynie atlas Polski z… 1939 roku(!!!) z zaznaczonym w nim korytarzem(!). Reszta towarzystwa też była niezgorsza. Posiadane przez nie atlasy datowały się na okres sprzed wojny, względnie na lata 50-te, kiedy BRD nie uznając granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej produkowała mapy, na których Warmia i Mazury, tereny dawnych Prus Zachodnich oraz przynależne do Polski od zakończenia II wojny światowej tereny Śląska oprawione były w linię graniczną z podpisem: „Tereny niemieckie pod protektoratem Polski”(!).
Kiedy zobaczyłam materiały poglądowe tej grupy, myślałam, że mam do czynienia z uciekinierami z zakładu psychiatrycznego. Ich bezceremonialne stosowanie tylko i wyłącznie dawnych niemieckich nazw miejscowości na dzisiaj do Polski należących terenach spowodowało, że włączyłam u siebie tryb „uparty do bólu jak osioł i jego wszyscy krewni”. 

Ustęp z oficjalnej broszury RFN, lipiec 1954. Zdjęcie zapożyczone z https://bumibahagia.com/2017/04/26/deportation-auf-europaeisch/

Bardzo często miałam do czynienia z ludźmi, którzy przyjeżdżali do nas w poszukiwaniu swoich korzeni rodzinnych. Sentymenty zwłaszcza osób, które spędziły swoje dzieciństwo tudzież młodzież w dawnych Prusach Wschodnich mogę nawet zrozumieć. Chyba każdy z nas ma swoje magiczne miejsca z dzieciństwa, taki swój prywatny i jedyny na całym świecie mikrokosmos. Odwiedzający miejsca ze swojej dalekiej przeszłości mieli jednak zazwyczaj na tyle taktu, by nie stawiać w wątpliwość dzisiejszych granic Polski. Niejednokrotnie chcieli zobaczyć, jak zagospodarowaliśmy te tereny i tyle. W takich przypadkach przytaczałam na początku swojej wypowiedzi dawną niemiecką nazwę danych miejsc, po czym zaznaczałam, że dziś nazywają się tak, a tak i dalej stosowałam już polskie nazewnictwo. Przy opisanej powyżej grupie zaopatrzonej tylko w mapy godne archeologa nie zadałam sobie trudu, aby spróbować cokolwiek z siebie wykrzesać. Uparcie operowałam tylko nazwami polskimi. Nikt przez to nie wiedział, gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Kierowca też nie. Każdy się wkurzał i na mnie jazgotał, kierowca ciągle żądał ode mnie stosowania dawnych niemieckich nazw, czym tylko zyskiwał mój coraz większy upór, złośliwość i arogancję. Cały czas trwała między nami przepychanka. Apogeum konfliktu przypadło na Elbląg, kiedy to w odpowiedzi na mój przegląd przez historię miasta, w tym na polskie wątki, jedna Niemka z oburzeniem wrzasnęła na całe gardło, jakoby kłamię, bo „Elbląg ZAWSZE był i nadal JEST(!) niemieckim miastem!”, a potem ul. 1-go Maja zaczęła określać mianem ul. Hitlera, Pl. Słowiański zaś Pl. Goeringa… Wtedy miarka się przelała. Wygłosiłam mowę, w której oznajmiłam, że teraz tu jest Polska i albo będą to respektować, albo won. Ja wycieczek po nazistowskich Niemczech urządzać nie będę i żądam szacunku zarówno do mojej osoby, jak i mojego kraju. Nigdy nie byłam tak nieprzyjemna w obyciu z klientami, jak tamtym razem, ale poskutkowało, bo  od tamtej pory nikt się już nie awanturował, że stosuję tylko polskie nazwy i że w sporą część moich wypowiedzi zajmuje historia Polski. Tylko raz jeszcze dwie kobiety, które jak się okazało w czasie wojny sprawowały nadzór w obozach koncentracyjnych zaczęły mi próbować opowiadać, jak to więźniowie w nich byli dobrze traktowani. Ich wywód skwitowałam tylko zdaniem, że moja rodzina ma zupełnie inne wspomnienia, co spotkało się z ich błędnym spojrzeniem.

Katalog biura podróży Müller Reisen na lato 2017 oferująycy wycieczkę do Prus Wschodnich i Königsbergu (dzisiejszy Kaliningrad)


Spotkanie z tymi ludźmi było dla mnie szokiem, ale jednocześnie doświadczeniem, które wprowadziło mnie w nieznany mi rozdział historii Niemiec, a mianowicie jak odmiennie w NRD i RFN rozprawiono się ze swoją nazistowską przeszłością. A dokładniej, jak Niemcy Zachodnie się z niej porządnie nigdy nie rozliczyły. Na studiach kwestia ta jakoś nie była nigdy dogłębnie poruszana, a ja na podstawie przemówień współczesnych polityków miałam raczej wrażenie, że nasi sąsiedzi wyżłobili sobie wręcz już dziurę w piersi waląc „mea culpa”. Niestety Niemcy to obok różnych fajowych, godnych pozazdroszczenia rozwiązań także w wielu miejscach kraj uporządkowanych ogródków i pięknych fasad. Gorzej, jak się za nie zajrzy. Wtedy niejednokrotnie zaczyna śmierdzieć stęchlizną.  Pierwszą jej woń poczułam właśnie w 2008 roku dzięki opisanej grupie.

Co przeraża moich obecnych znajomych nauczycieli w Niemczech to fakt, że uczniowie tamtejszych liceów niejednokrotnie nawet w 10-ątej klasie nie mają pojęcia o II wojnie światowej. Temat ten jest ponoć stosunkowo późno poruszany w programie szkolnym i przerabiany po łebkach. Tak przynajmniej rzecz się ma w Saksonii Dolnej, Bremie, Hamburgu i Nadrenii Westfalii. A już szczytem marzeń jest wymagać od Niemców, aby wiedzieli, jak w ogóle doszło do powstania w przeszłości Prus Wschodnich. Jacy Krzyżacy zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego do walki z pogańskimi plemionami? Jaka sekularyzacja ich państwa? Jak świat światem Prusy  Wschodnie były niemieckie i tyle – ciężko uwierzyć, ale taką wiedzę posiada 97% poznanych przeze mnie Niemców, z którymi toczyłam rozmowy na tematy historyczne. Na moją wzmiankę o falsyfikacie kruszwickim wybałuszali tylko oczy, niejednokrotnie się irytując, że my Polacy piszemy własną historię. (Chyba, że sama jestem bardzo późnym, bo już rozkwitłym w wolnej Polsce, owocem antyniemieckich strachów Gomułki i to, czego uczono mnie w szkole to po prostu pic na wodę fotomontaż.) Tylko kilku z moich rozmówców pofatygowało się pogrzebać w książkach i sprawdzić, że przekazane im rewelacje nie wyssałam sobie z palca. „Kasia, mam 70 lat, a dopiero teraz się o tym dowiedziałem.” – podsumował jeden ze znajomych, z którymi współpracowałam przy projektach artystycznych. Luki w wiedzy historycznej tłumaczą, dlaczego w pojęciu zachodnich sąsiadów w naszych granicach znajdują się ich historyczne tereny, których wizja obrosła dla nich na przestrzeni ostatnich 70-u lat do rangi raju utraconego. Raj ów byłby wprawdzie dziś kulą u nogi, ale powzdychać tęsknie można. Jeśli na wzdychaniu się kończy i nie wnosi żadnych roszczeń terytorialnych, to w porządku. Gorzej, jak trafią się ludzie, z jakimi mi się przyszło szargać w 2008.

Grupy roszczące sobie prawo terytorialne do byłych terenów niemieckich są w dzisiejszych Niemczech marginalne. Większość Niemców nie kwestionuje polsko-niemieckiego traktatu nt. przebiegu granic między naszymi krajami. Niemniej obecne jest w Niemczech Zachodnich dość irytujące zjawisko stosowania w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy niejednokrotnie tylko starego, niemieckiego nazewnictwa. W katalogach biur podróży znajdują się oferty wyjazdu do „Prus Wschodnich”, plakaty zapraszają na prelekcję z niedawnej podróży do „Prus Wschodnich” i nawet w telewizji państwowej trafiłam na program o tytule „Prusy Wschodnie”, w którym  opowiadano o dzisiejszej Warmii i Mazurach. Świadczy to nawet nie tyle o dążeniu do odzyskania tych terenów, co najzwyczajniej o ignoracji. W 2010 roku „Spiegel” doniósł, że podczas rozmów z Sowietami o ponownym zjednoczeniu Niemiec, Moskwa miała proponować dodatkowo swoją część Prus Wschodnich. Władze niemieckie ofertę odrzuciły, co spora część społeczeństwa dziś pochwala. A jednak wydaje się, że jakaś nieutulona tęsknota po utracie tych terenów pozostała... i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Mathias jest wnukiem wysiedlonych z byłych Prus Wschodnich Niemców. Podobnie Hans, Ulrike i Rolf. Nikt z nich nie wiedział do spotkania ze mną, że Lötzen to dziś Giżycko, a Johannisburg to Pisz. Inaczej niż znani mi enerdowscy potomkowie wysiedlonych z Prus i Śląska rodzin. Ci nawet często w przeciwieństwie do ich zachodnich pobratymców nawet nie przejawiają wielkiej potrzeby przejechania kupy kilometrów, aby popatrzeć sobie na dawną chałupę dalekiego krewnego. Ostatnio wręcz poznałam ludzi z Erzgebirge, potomków dawnych mieszkańców Oppeln (Opola), którzy denerwowali się, że my Polacy zbyt łatwo w rozmowie z Niemcami przechodzimy na dawne niemieckie nazewnictwo terenów włączonych po wojnie w nasze granice. „To już Polska. Niech Niemcy się tego wreszcie nauczą.” strofował mnie hotelowy sąsiad. „Proszę mi wierzyć, trafił Pan na osobę, która im to dosadnie przypomina😊” odrzekłam. „I słusznie, słusznie. Słuchać niektórych nie można. To już nie Wölfelsgrund tylko [Mięcygórce]. I nie Breslau, a Wroclaw.”. Opowiedziałam mu wówczas o grupie z 2008 roku i moim zachowaniu. „Przednie! Zuch dziewczyna.” ucieszył się pan wraz ze swoją żoną, ale to byli jak już wspomniałam Ossis. Sowieci dostatecznie zadbali na terenach byłego NRD o wyplenienie wszelkich sentymentów do ziem utraconych. Na terenach byłych Niemiec Zachodnich sprawa nie przedstawia się już tak prosto.


"Prusy Wschodnie. Podróż od Gdańska przez Mazury i Königsberg aż na Mierzeję Kurońską. Reportaż Rolanda Marske". Plakat reklamujący spotkanie z fotografem i dziennikarzem Rolandem Marske, który, jak można było wyczytać w prasie (min. Hannoversche Allgemeine) "odwiedził po ponad pół wieku od zakończenia II wojny światowej wcześniejszą wschodnią prowincję Niemiec". Pokazwane podczas reklamowanego show zdjęcia miał wykonać podczas tejże wizyty.


Jeśli czytaliście mój poprzedni post, to przypominacie sobie moją wizytę z rozwalonym stawem skokowym w szpitalu pod granicą holenderską. Pomijając już lekarza, który z powodów religijnych nie chciał ze mną rozmawiać, to po ujrzeniu w poczekalni badań RTG na ścianie wielkiej mapy Polski i Niemiec, myślałam, że wyjdę stamtąd bardziej chora niż się zgłosiłam. Mapa była wielką wersją jednej z tych, jaką mieli ze sobą turyści z pamiętnej grupy w 2008 roku. Tereny Warmii i Mazur oraz Śląska były od Polski odgraniczone i opisane jako „tereny Niemiec pod protektoratem Polski“. O północy ciężko było znaleźć kompetentną osobę do poruszenia tej kwestii. Już całą pewnością nie nadawał się do tego niegadający z kobietami lekarz Arab. Napisałam więc list do dyrektora szpitala, w którym wyraziłam swoje oburzenie, aby w XXI w., w zjednoczonej Europie w placówce publicznej kraju, który wywołał II wojnę światową wisiała mapa podsycająca resentymanty terytorialne. Do listu dołączyłam aktualną mapę Polski i Niemiec wraz z żądaniem zaktualizowania mapy wiszącej w tamtejszym szpitalu. Dostałam odpowiedź, że dyrektor zajmie się tą sprawą. Jak się zajął sprawdzę wkrótce, podczas odwiedzin u naszych znajomych w tejże miejscowości i biada im, jeśli mapa z „tereny Niemiec pod protektoratem Polski” jeszcze tam wisi!

Powszechne stosowanie nazwy Prusy Wschodnie w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy wywołuje we mnie napady gorączki jak u chorej na malarię, podobnie jak rozmowy o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czas, żeby polskie instytucje zajęły się i tą kwestią, bo ja sama kijem rzeki niestety nie zawrócę.