Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

20 stycznia 2019

Mój ekologiczny ślad

Ciocia Najcudowniejsczego Pod Słońcem Męża uczyła w przeszłości astronomii. Kiedyś podczas wspólnej obserwacji nieba opowiedziała nam ten żart:

Spotykają się dwie planety i jedna zagaduje drugą:
"Jakoś źle wyglądasz."
Na co jej zagadnięta planeta odpowiada krzywiąc się od bólu.
"Faktycznie nie najlepiej ze mną. Niedobrze mi."
"A co Ci dolega?" pyta pierwsza.
"Homo sapiens" wydusza z siebie druga.
"Nie przejmuj się, to mija." pociesza ją pierwsza.


Heidi mówi, że lubiła zawsze bardzo astronomię, bo przypomina roszczącemu sobie niewiadomo jaką pozycję człowiekowi, jak mało znaczący jest we wszechświecie i trudno się z nią nie zgodzić. Czasem lubię odejść od czytania wiadomości o kolejnych politycznych kłótniach i popatrzeć w nocne niebo. "Jacy my jesteśmy śmieszni." myślę sobie wtedy. Szkoda, że nie poświęcamy tyle energii na rozsądne życie na planecie, która nas ugościła, co na szarganie się o władzę i pieniądze.


W Niemczech temat środowiska naturalnego to praktycznie już stały punkt wiadomości. Min. z nich dowiedziałam się, że w roku 2018 osiągnęliśmy już w kwietniu (!) dzień długu ekologicznego czyli, dzień, w którym wykorzystalismy cały roczny "limit zasobów ziemskich". Zieloni cały czas domagają się z ekranu telewizoru odnawialnych źródeł energii, ja zaś po wielu reportażach o mikroplastiku łamię sobie głowę, co jeść, bo wygląda, że spożywam go w koszmarnych ilościach wraz z każdą potrawą.
Jak takie wychowanie społeczne ma się do zastosowania w życiu codziennym za Odrą? Na pierwszy rzut oka "wow!". W każdym niemieckim gospodarstwie domowym jest po pięć śmietników, żeby segregować odpady, przywiązuje się ogromną wagę do używania wysokoenergooszczędnych urzędzeń, wiele osób jeździ po mieście rowerem itd. Niemniej gdyby się tak przyjrzeć tej eko-postawie z bliska, okazuje się, że za piękną fasadą wygląda to już gorzej. Na trochę dłuższych trasach prawie każdy wozi swój tyłek autem. Już kiedyś pisałam, że Niemcy wiele zniosą i trudno byłoby ich zmobilzować do jakiegoś powszechnego buntu, ale jedną z rzeczy, która by ich ruszyła byłaby napaść wszelkiej maści na ich samochody. Otaczające realia zresztą nie pomagają zmienić tego punktu ich mentalności. Przejazdy pociągami są stosunkowo drogie. Często nie opłaca się nawet wybrać tego transportu dla jednej osoby, a co dopiero mówić o całej rodzinie. Lepiej rzecz się ma z autobsami dalekobieżnymi, ale te telepią się niemiłosiernie, a Niemcy lubią komfort. Ostatecznie auto pozostaje jako najczęściej wybierany środek transportu, który poza komfortem daje jeszcze poczucie wolności.



Drugą wielką skazą na przyjaznej dla środowiska postawie Niemców jest ich konsumpcjonizm. Co prawda mój przyjaciel Niemiec, mieszkający w Wielkiej Brytanii twierdzi, że w porównaniu do Brytyjczyków Niemcy są niezwykle oszczędni, jednak ja z perspektywy Europy Środkowo-Wschodniej widzę to już inaczej. Oczywiście, że Polacy dużo kupują, o czym donoszą rozemocjonowane media, jak to cudnie nakręcamy gospodarkę. Ciągle jednak sporo naprawiamy. W Niemczech znaleźć jakiś punkt naprawy graniczy nieraz z cudem. A jak już taki się nadarzy, to rzadko się opłaca. Najłatwiej o punkty krawieckie (branża opanowana głównie przez Turków i Kurdów, przez co cenowo nawet to ma sens się do nich zwrócić) i o szewców (interes rzadko kiedy opłacalny, chyba bardziej wybierany przez klientów z sentymentów do zepsutego obuwia - np. podklejenie podeszw to koszt ok. 20-30 EUR...)


Moi niemieccy znajomi patrzą nieraz na mnie trochę jak na dziwaczkę, bo jeżdżąc do Polski mam wyładowaną walizkę głównie dwoma typami rzeczy: kultowym proszkiem do prania, o który wiecznie mnie proszą znajomi i rzeczami do naprawy. I tak ostatnio zawiozłam do Polski 9-o letnie żelazko, które podczas prasowania nagle zdechło. Gdy przy okazji jakiejś rozmowy usłyszeli o tym znajomi Niemcy bardzo się zdziwili, czemu najzwyczajniej w świecie go nie wywaliłam i nie kupiłam nowego. A żelazko wcale nie było w moich oczach jakimś gruchotem. Szkoda mi więc było tak bez próby reanimacji je wyrzucić. Opłacało się taszczyć je do Polski, bo miły pan w zakładzie napraw funkcjonującym w moim mieście jeszcze w czasach PRL-u przywrócił je do życia za  jedyne 50 PLN. Kolejka do niego była też rodem z socjalizmu. I czego to ludzie do niego nie przynosili?! Min. sprzęt też jeszcze z czasów PRL-u. Niemcy popukaliby się w głowę, a ja z uśmiechem przyglądałam się, jak postsocjalistyczna mentalność czyni z nas niechcący przynajmniej w tej sferze niezwykle ekologiczny naród. Różnicę między Wschodem, a Zachodem podsumowałabym tak: my koszmarnie zanieczyszczamy powietrze (tak mocno byłam najwidoczniej już przyzwyczajona do smogu w Polsce, że musiałam aż 3 lata pomieszkać w Niemczech, żeby zacząć wreszcie czuć różnicę między powietrzem u nas, a u zachodnich sąsiadów), ale za to jeszcze korzystamy z wielu punktów naprawy; Zachód ma lepsze powietrze i wysypiska śmieci przepełnione rzeczami, które z powodzeniem możnaby jeszcze używać. Ostatnio pojawiły się nawet w Niemczech i Holandii pomysły stworzenia kafejek naprawy i reedukowania społeczeństwa zachodniego, by nie wyrzucało, tylko naprawiało, co Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż skwitował podsumowaniem "W kapitalizmie odkrywa się na nowo socjalizm". Niemniej, aby pobudzić do myślenia ludzi coraz powszechniej mówi się tutaj o osobistym śladzie ekologicznym. Uczniowie w szkołach dostają min. za zadanie wyliczenia swojego "śladu ekologicznego".  To odcisk, jaki naszym bytowaniem pozostawiamy na planecie. Pojęcie to zostało wprowadzone w 1992 przez naukowca Mathisa Wackernagla oraz profesora Williama E. Rees'a jako metoda miary zużycia środowiska naturalnego przez każdego człowieka.

Zrównoważony ślad ekologiczny to 1,8 ha. Zasoby z takiego obszaru zużyte przez jednego człowieka ziemia jest w stanie odnowić i do takiego wyniku powinniśmy dążyć.





Na szczęście coraz więcej zaczyna się mówić i pisać także w Polsce o dewastacji naszej planety przez człowieka, o wszechobecnym mikroplastiku, o efektach naszej konsumpcyjnej i krótkowzrocznej działalności na stan Ziemi. Dziś chciałam zatem zaprosić każdego z Was do wyliczenia swojego śladu ekologicznego i zastanowienia się, jak mocno ekspoloatuje Ziemię.

Test wylicza, ile z natury w ciągu roku zużywa respondent.

Część A: Twoje osobioste zużycie

Odżywianie

1. Ile produktów mlecznych (jogurt/mleko/kefir) spożywasz lub pijesz dziennie?
a) więcej niż 3/4 litra                                                                                   (10)
b) ok. 1/2 litra                                                                                               (6)
c) nie jadam/piję takich rzeczy                                                                     (0)

2. Jak często jesz sery i masło w tygodniu?
a) każdego dnia                                                                                             (10)
b)  masło codziennie, ser czasem                                                                  (6)
c) nie jadam/piję takich rzeczy                                                                      (0)

3. Jak często jesz mięso i jego pochodne  w tygodniu?
a) codziennie                                                                                                (8)
b) 1-2 razy w tygodniu                                                                                 (4)
c) jestem wegetarianinem                                                                             (0)

4. Jak często jesz dania gotowe, mrożonki, konserwy, fast food?
1) jem praktycznie wyłącznie takie rzeczy                                                   (10)
b) co 2-3 dni                                                                                                  (6)
c) maksymalnie 1 raz w tygodniu                                                                 (2)
d) u nas gotujemy zawsze dania z świeżych produktów                               (0)


Droga do pracy/szkoły

5.Jak dojeżdżasz do pracy/szkoły?
a) samochodem                                                                                            (4)
b) śrdkami publicznego transportu                                                              (2)
c) na rowerze lub na pieszo                                                                         (0)

Urlop i czas wolny

6. Jak często latasz samolotem?
a) kilka razy w roku                                                                                    (20)
b) 1 raz w roku                                                                                            (12)
c) rzadko: co 2-3 lata                                                                                   (4)
d) nigdy                                                                                                        (0)

7. Jak często jeździsz samochodem na urlop?
a) to nasz główny środek transportu                                                          (20)
b) nieraz autem nieraz pociągiem lub autobusem liniowym                      (14)
c) ajczęściej używam środków publicznego transportu                              (8)
d) większość staramy się pokonać na rowerze lub na pieszo                      (4)

 Konsumpcjonizm

8. Jak często w roku kupujesz sobie lub dostajesz coś nowego do ubrania?
a) so sezon wymieniam szafę - chcę być zawsze na czasie                        (10)
b) przeciętnie jedną rzecz raz w miesiącu                                                   (8)
c) 3-6 razy w roku                                                                                        (4)
d) rzadko, poza tym zaopatruję się chętnie w second-handach                   (2)

Część B: Zużycie w gospodarstwie domowym, w którym mieszkasz
Zsumowane punkty z pytań z tej części należy podzielić przez liczbę osób w gospodarstwie domowym.

9. Jak duże jest Twoje mieszkanie/dom i ewntualnie ogród?
a) mamy dom jednorodzinny i ogród, a także daczę/
domek na działce/drugi dom                                                                      (4)
b) mamy dość duży dom jednorodzinny i ogród                                        (3 )
c) mieszkamy w dużym mieszkaniu (ok. 60 m2 < )                                   (2)
d) żyjemy w małym/średnim wielkości mieszkaniu (> 60 m2)                  (1)

Zakupy do domu

10. Ile większych rzeczy jak meble, telewizor, rowery itp. kupuje się u Ciebie w domu rocznie?
a) dość często zmieniamy coś w wystroju                                                 (10)
b) 3-5 rzeczy w ciągu roku                                                                          (6)
c) rzadko, maksymalnie 3 w ciągu roku                                                      (3)
d) rzadko, albo używane                                                                              (2)

Zużycie wody

11. Jak korzystacie z wody?
a) praktycznie każdy z nas bierze codziennie kąpiel                                  (10)
b) każdy domownik bierze  przeciętnie kąpiel 3-4 razy w tygodniu           (6)
c) bierzemy codziennie prysznic                                                                  (3)
d) prysznic co kilka dni i zakręcamy wodę przy wielu czynnościach         (1)     


Zużycie energii

12. Jaka temperetura panuje u Was w domu zimą?
a) ponad 22 C                                                                                              (9)
b) 20 C-22 C                                                                                                (6)
d) 18 C- 20 C                                                                                               (3)     
e) poniżej 18 C                                                                                             (0)
13. Jak korzystasz z urządzeń podłączanych do prądu?
a) mamy sporo nowoczesnych urządzeń (pralka, lodówka, ekspres do kawy, system stereo, głośniki, kilka telewizorów itd.) i korzystamy z nich                                                 (14)
b) lubię, gdy w różnych pomieszczeniach są pozapalane lampki                (10)
c) zdarza nam się zapomnieć coś wyłączyć                                                 (6)
d) mamy tylko najpotrzebniejszy sprzęt i pilnujemy, 
by nie był niepotrzebnie włączony                                                               (4)
Podliczone punkty z części A i B należy pomnożyć przez 715. Wynik przedstawia Twój "ślad ekologiczny w m2" po podzieleniu tej liczby przez 10.000 otrzymamy wynik w ha.

Ja swoim wynikiem trochę się załamałam: 2,5 ha:( Podejrzewałam, że w 1,8 ha się nie zmieszczę, ale liczyłam na wynik 2-2,1 ha. W końcu nie obżeram się niemiłosiernie, naprawiam rzeczy, nie cierpię na shopoholizm. Niemniej daje to do myślenia, jak w takim razie muszą żyć ludzie w tych częściach świata, gdzie przeciętny mieszkaniec nie nadużywa gościnności Ziemi. Ostateczny rachunek jest taki, że żyjemy po części na koszt ludzi z biedniejszych regionów naszego globu i poza aspektem ekologicznym dochodzi jeszcze pytanie o najzwyklejszą sprawiedliwość w sferze międzyludzkiej.

Jak rachunek ten przekłada się na różne kraje? Mimo dość wysokiej świadomości ekologicznej i swojej miłości do natury, Niemcy po Australii, USA, Rosji, Korei Południowej należą do czołówki państw o największym ekologicznym śladzie.  Gdyby wszyscy ludzie tak żyli jak przeciętny Australijczyk potrzebowalibyśmy 5,2 Ziemi. Natomiast, gdyby ludzkość żyła tak, jak czyni to przeciętny Niemiec, musielibyśmy zaopatrzyć się w 3,2 Ziemie... (dane z 2017 opublikowane na portalu Statista Ökologischer Fußabdruck Statista 2017) Wiadomością o pozytywnym zabarwieniu jest natomiast ta, że kraj ten mimo wzrostu gospodarczego od pewnego czasu miał nie powiększyć swojego śladu ekologicznego.

Dziwnym trafem nie byłam w stanie znaleźć potwierdzających się w kilku badaniach statystyk odnośnie Polski. Jeśliby wierzyć temu, co wygrzebałam, to w 2007 odcisk ekologiczny przeciętnego Polaka wynosił 1,9 ha, a dziś wzrósł on na 3,3-4,4 ha... Jeśli to prawda, to jest to wynik przerażający. Prawdopodobnie bruździ nam mocno nasza gospodarka energetyczna, bo powyższy test ma dać ogólnikowe pojęcie o konsekwencjach naszej egzystencji dla środowiska, ale przykładowo w pytanie 12 należałoby się już bardziej zagłębić, bo inną wartość mają 20 C w mieszkaniu, do którego doprowadzono ciepło dzięki węglowi, a inną, gdy są one zasługą odnawialnych źródeł energii.

Dla tych, którzy radykalnie chcą przejść w rzeczywistości krajów, w których żyjemy do stylu życia możliwie mało obciążającego naszą planetę polecam model naszego znajomego. Zamieszkał on w tzw. domu ekologicznym. Tzn. nie ma w nim w ogóle ogrzewania. Cały przekrój został tak zaplanowany, by ogrzewany był ciepłem wytwarzanym przez mieszkających w nim ludzi. Tylko uwaga: projektując taki dom weźcie fachowca, który umie liczyć! W przypadku domu kolegi coś poszło nie tak i teraz zimą jest w nim na tyle chłodno, że cała rodzina musi zakładać nawet po dwa swetry. Ja się zastanawiam, co się dzieje, gdy w przypadku nawet właściwych wyliczeń chociaż jeden domownik wyjedzie na jakiś czas. Kolega niemniej niezrażony nadal walczy o to, by nie pozostawać dłużnym Ziemi. Do pracy jeździ codziennie (nawet zimą) na rowerze - 24 km w obydwie strony, żywi się z upraw we własnym ogródku. Tylko w jednej kwestii zachował się kompletnie nieodpowiedzialnie. Zamiast zrezygnować z bycia ojcem spłodził aż dwójkę dzieci, a rozmnażanie się przy obecnej kondycji naszej planety jest jakokolwiek to brzmi: nieekologiczne.
















10 lipca 2017

Moja walka o polskie granice





- Na wakacje jedziemy do Prus Wschodnich. - pochwalił mi się jakiś czas temu kolega z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.
- Byłych. - wysyczałam w odpowiedzi. Dostaję alergii i trzęsawicy, gdy mi ktoś w kontekście dzisiejszego podziału terytorialnego wyskakuje z Prusami Wschodnimi. Jeśli mowa o historii, to proszę bardzo, użycie tej nazwy jest jak najbardziej wskazane, ale nie gdy tematem jest pobyt w dzisiejszej Polsce.
- Słucham? - spytał zaskoczony.
- Byłych Prus Wschodnich.- uściśliłam i widząc jego błędne spojrzenie dodałam na wszelki wypadek – Dla nas w Polsce to po prostu Warmia i Mazury, dalej masz Obwód Kaliningradzki w Rosji plus Obwód Kłajpedy należący do Litwy.
Znajomy zreflektował się i skorygował swoją wypowiedź:
- Planujemy podróż do…, do…, jak to się w Polsce nazywało?
- WARMIA i MAZURY!!!

Wbrew nieprzychylnemu dla owego znajomego wstępu bardzo go lubię. Mathias to naprawdę bardzo miły chłopak, który w wielu tematach wykazuje się niezwykle dużą inteligencją, konstruktywnym sposobem myślenia i co najważniejsze umiejętnością spojrzenia na problem z różnych perspektyw. Tym bardziej przeraziła mnie jego nonszalancka ignorancja, która tym bardziej staje się szokująca, jeśli pod uwagę weźmie się fakt, że Mathias posiada naukowy tytuł doktora nauk historycznych. Skąd zatem takie faux pas?

W 2008 roku miałam wątpliwej jakości przyjemność opiekować się w Polsce grupą Niemców, którzy teoretycznie przyjechali zwiedzać nasz piękny kraj, w praktyce jednak ich zamiarem było urządzenie sobie wycieczki do przeszłości. Grupa przyjechała autokarem z Niemiec. Ich kierowca posiadał jedynie atlas Polski z… 1939 roku(!!!) z zaznaczonym w nim korytarzem(!). Reszta towarzystwa też była niezgorsza. Posiadane przez nie atlasy datowały się na okres sprzed wojny, względnie na lata 50-te, kiedy BRD nie uznając granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej produkowała mapy, na których Warmia i Mazury, tereny dawnych Prus Zachodnich oraz przynależne do Polski od zakończenia II wojny światowej tereny Śląska oprawione były w linię graniczną z podpisem: „Tereny niemieckie pod protektoratem Polski”(!).
Kiedy zobaczyłam materiały poglądowe tej grupy, myślałam, że mam do czynienia z uciekinierami z zakładu psychiatrycznego. Ich bezceremonialne stosowanie tylko i wyłącznie dawnych niemieckich nazw miejscowości na dzisiaj do Polski należących terenach spowodowało, że włączyłam u siebie tryb „uparty do bólu jak osioł i jego wszyscy krewni”. 

Ustęp z oficjalnej broszury RFN, lipiec 1954. Zdjęcie zapożyczone z https://bumibahagia.com/2017/04/26/deportation-auf-europaeisch/

Bardzo często miałam do czynienia z ludźmi, którzy przyjeżdżali do nas w poszukiwaniu swoich korzeni rodzinnych. Sentymenty zwłaszcza osób, które spędziły swoje dzieciństwo tudzież młodzież w dawnych Prusach Wschodnich mogę nawet zrozumieć. Chyba każdy z nas ma swoje magiczne miejsca z dzieciństwa, taki swój prywatny i jedyny na całym świecie mikrokosmos. Odwiedzający miejsca ze swojej dalekiej przeszłości mieli jednak zazwyczaj na tyle taktu, by nie stawiać w wątpliwość dzisiejszych granic Polski. Niejednokrotnie chcieli zobaczyć, jak zagospodarowaliśmy te tereny i tyle. W takich przypadkach przytaczałam na początku swojej wypowiedzi dawną niemiecką nazwę danych miejsc, po czym zaznaczałam, że dziś nazywają się tak, a tak i dalej stosowałam już polskie nazewnictwo. Przy opisanej powyżej grupie zaopatrzonej tylko w mapy godne archeologa nie zadałam sobie trudu, aby spróbować cokolwiek z siebie wykrzesać. Uparcie operowałam tylko nazwami polskimi. Nikt przez to nie wiedział, gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Kierowca też nie. Każdy się wkurzał i na mnie jazgotał, kierowca ciągle żądał ode mnie stosowania dawnych niemieckich nazw, czym tylko zyskiwał mój coraz większy upór, złośliwość i arogancję. Cały czas trwała między nami przepychanka. Apogeum konfliktu przypadło na Elbląg, kiedy to w odpowiedzi na mój przegląd przez historię miasta, w tym na polskie wątki, jedna Niemka z oburzeniem wrzasnęła na całe gardło, jakoby kłamię, bo „Elbląg ZAWSZE był i nadal JEST(!) niemieckim miastem!”, a potem ul. 1-go Maja zaczęła określać mianem ul. Hitlera, Pl. Słowiański zaś Pl. Goeringa… Wtedy miarka się przelała. Wygłosiłam mowę, w której oznajmiłam, że teraz tu jest Polska i albo będą to respektować, albo won. Ja wycieczek po nazistowskich Niemczech urządzać nie będę i żądam szacunku zarówno do mojej osoby, jak i mojego kraju. Nigdy nie byłam tak nieprzyjemna w obyciu z klientami, jak tamtym razem, ale poskutkowało, bo  od tamtej pory nikt się już nie awanturował, że stosuję tylko polskie nazwy i że w sporą część moich wypowiedzi zajmuje historia Polski. Tylko raz jeszcze dwie kobiety, które jak się okazało w czasie wojny sprawowały nadzór w obozach koncentracyjnych zaczęły mi próbować opowiadać, jak to więźniowie w nich byli dobrze traktowani. Ich wywód skwitowałam tylko zdaniem, że moja rodzina ma zupełnie inne wspomnienia, co spotkało się z ich błędnym spojrzeniem.

Katalog biura podróży Müller Reisen na lato 2017 oferująycy wycieczkę do Prus Wschodnich i Königsbergu (dzisiejszy Kaliningrad)


Spotkanie z tymi ludźmi było dla mnie szokiem, ale jednocześnie doświadczeniem, które wprowadziło mnie w nieznany mi rozdział historii Niemiec, a mianowicie jak odmiennie w NRD i RFN rozprawiono się ze swoją nazistowską przeszłością. A dokładniej, jak Niemcy Zachodnie się z niej porządnie nigdy nie rozliczyły. Na studiach kwestia ta jakoś nie była nigdy dogłębnie poruszana, a ja na podstawie przemówień współczesnych polityków miałam raczej wrażenie, że nasi sąsiedzi wyżłobili sobie wręcz już dziurę w piersi waląc „mea culpa”. Niestety Niemcy to obok różnych fajowych, godnych pozazdroszczenia rozwiązań także w wielu miejscach kraj uporządkowanych ogródków i pięknych fasad. Gorzej, jak się za nie zajrzy. Wtedy niejednokrotnie zaczyna śmierdzieć stęchlizną.  Pierwszą jej woń poczułam właśnie w 2008 roku dzięki opisanej grupie.

Co przeraża moich obecnych znajomych nauczycieli w Niemczech to fakt, że uczniowie tamtejszych liceów niejednokrotnie nawet w 10-ątej klasie nie mają pojęcia o II wojnie światowej. Temat ten jest ponoć stosunkowo późno poruszany w programie szkolnym i przerabiany po łebkach. Tak przynajmniej rzecz się ma w Saksonii Dolnej, Bremie, Hamburgu i Nadrenii Westfalii. A już szczytem marzeń jest wymagać od Niemców, aby wiedzieli, jak w ogóle doszło do powstania w przeszłości Prus Wschodnich. Jacy Krzyżacy zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego do walki z pogańskimi plemionami? Jaka sekularyzacja ich państwa? Jak świat światem Prusy  Wschodnie były niemieckie i tyle – ciężko uwierzyć, ale taką wiedzę posiada 97% poznanych przeze mnie Niemców, z którymi toczyłam rozmowy na tematy historyczne. Na moją wzmiankę o falsyfikacie kruszwickim wybałuszali tylko oczy, niejednokrotnie się irytując, że my Polacy piszemy własną historię. (Chyba, że sama jestem bardzo późnym, bo już rozkwitłym w wolnej Polsce, owocem antyniemieckich strachów Gomułki i to, czego uczono mnie w szkole to po prostu pic na wodę fotomontaż.) Tylko kilku z moich rozmówców pofatygowało się pogrzebać w książkach i sprawdzić, że przekazane im rewelacje nie wyssałam sobie z palca. „Kasia, mam 70 lat, a dopiero teraz się o tym dowiedziałem.” – podsumował jeden ze znajomych, z którymi współpracowałam przy projektach artystycznych. Luki w wiedzy historycznej tłumaczą, dlaczego w pojęciu zachodnich sąsiadów w naszych granicach znajdują się ich historyczne tereny, których wizja obrosła dla nich na przestrzeni ostatnich 70-u lat do rangi raju utraconego. Raj ów byłby wprawdzie dziś kulą u nogi, ale powzdychać tęsknie można. Jeśli na wzdychaniu się kończy i nie wnosi żadnych roszczeń terytorialnych, to w porządku. Gorzej, jak trafią się ludzie, z jakimi mi się przyszło szargać w 2008.

Grupy roszczące sobie prawo terytorialne do byłych terenów niemieckich są w dzisiejszych Niemczech marginalne. Większość Niemców nie kwestionuje polsko-niemieckiego traktatu nt. przebiegu granic między naszymi krajami. Niemniej obecne jest w Niemczech Zachodnich dość irytujące zjawisko stosowania w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy niejednokrotnie tylko starego, niemieckiego nazewnictwa. W katalogach biur podróży znajdują się oferty wyjazdu do „Prus Wschodnich”, plakaty zapraszają na prelekcję z niedawnej podróży do „Prus Wschodnich” i nawet w telewizji państwowej trafiłam na program o tytule „Prusy Wschodnie”, w którym  opowiadano o dzisiejszej Warmii i Mazurach. Świadczy to nawet nie tyle o dążeniu do odzyskania tych terenów, co najzwyczajniej o ignoracji. W 2010 roku „Spiegel” doniósł, że podczas rozmów z Sowietami o ponownym zjednoczeniu Niemiec, Moskwa miała proponować dodatkowo swoją część Prus Wschodnich. Władze niemieckie ofertę odrzuciły, co spora część społeczeństwa dziś pochwala. A jednak wydaje się, że jakaś nieutulona tęsknota po utracie tych terenów pozostała... i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Mathias jest wnukiem wysiedlonych z byłych Prus Wschodnich Niemców. Podobnie Hans, Ulrike i Rolf. Nikt z nich nie wiedział do spotkania ze mną, że Lötzen to dziś Giżycko, a Johannisburg to Pisz. Inaczej niż znani mi enerdowscy potomkowie wysiedlonych z Prus i Śląska rodzin. Ci nawet często w przeciwieństwie do ich zachodnich pobratymców nawet nie przejawiają wielkiej potrzeby przejechania kupy kilometrów, aby popatrzeć sobie na dawną chałupę dalekiego krewnego. Ostatnio wręcz poznałam ludzi z Erzgebirge, potomków dawnych mieszkańców Oppeln (Opola), którzy denerwowali się, że my Polacy zbyt łatwo w rozmowie z Niemcami przechodzimy na dawne niemieckie nazewnictwo terenów włączonych po wojnie w nasze granice. „To już Polska. Niech Niemcy się tego wreszcie nauczą.” strofował mnie hotelowy sąsiad. „Proszę mi wierzyć, trafił Pan na osobę, która im to dosadnie przypomina😊” odrzekłam. „I słusznie, słusznie. Słuchać niektórych nie można. To już nie Wölfelsgrund tylko [Mięcygórce]. I nie Breslau, a Wroclaw.”. Opowiedziałam mu wówczas o grupie z 2008 roku i moim zachowaniu. „Przednie! Zuch dziewczyna.” ucieszył się pan wraz ze swoją żoną, ale to byli jak już wspomniałam Ossis. Sowieci dostatecznie zadbali na terenach byłego NRD o wyplenienie wszelkich sentymentów do ziem utraconych. Na terenach byłych Niemiec Zachodnich sprawa nie przedstawia się już tak prosto.


"Prusy Wschodnie. Podróż od Gdańska przez Mazury i Königsberg aż na Mierzeję Kurońską. Reportaż Rolanda Marske". Plakat reklamujący spotkanie z fotografem i dziennikarzem Rolandem Marske, który, jak można było wyczytać w prasie (min. Hannoversche Allgemeine) "odwiedził po ponad pół wieku od zakończenia II wojny światowej wcześniejszą wschodnią prowincję Niemiec". Pokazwane podczas reklamowanego show zdjęcia miał wykonać podczas tejże wizyty.


Jeśli czytaliście mój poprzedni post, to przypominacie sobie moją wizytę z rozwalonym stawem skokowym w szpitalu pod granicą holenderską. Pomijając już lekarza, który z powodów religijnych nie chciał ze mną rozmawiać, to po ujrzeniu w poczekalni badań RTG na ścianie wielkiej mapy Polski i Niemiec, myślałam, że wyjdę stamtąd bardziej chora niż się zgłosiłam. Mapa była wielką wersją jednej z tych, jaką mieli ze sobą turyści z pamiętnej grupy w 2008 roku. Tereny Warmii i Mazur oraz Śląska były od Polski odgraniczone i opisane jako „tereny Niemiec pod protektoratem Polski“. O północy ciężko było znaleźć kompetentną osobę do poruszenia tej kwestii. Już całą pewnością nie nadawał się do tego niegadający z kobietami lekarz Arab. Napisałam więc list do dyrektora szpitala, w którym wyraziłam swoje oburzenie, aby w XXI w., w zjednoczonej Europie w placówce publicznej kraju, który wywołał II wojnę światową wisiała mapa podsycająca resentymanty terytorialne. Do listu dołączyłam aktualną mapę Polski i Niemiec wraz z żądaniem zaktualizowania mapy wiszącej w tamtejszym szpitalu. Dostałam odpowiedź, że dyrektor zajmie się tą sprawą. Jak się zajął sprawdzę wkrótce, podczas odwiedzin u naszych znajomych w tejże miejscowości i biada im, jeśli mapa z „tereny Niemiec pod protektoratem Polski” jeszcze tam wisi!

Powszechne stosowanie nazwy Prusy Wschodnie w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy wywołuje we mnie napady gorączki jak u chorej na malarię, podobnie jak rozmowy o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czas, żeby polskie instytucje zajęły się i tą kwestią, bo ja sama kijem rzeki niestety nie zawrócę.

23 maja 2016

Matura w prezencie, czyli idę do szkoły w Niemczech cz.II

W ostatnim poście przybliżyłam Wam dzień powszedni w niemieckiej szkole, dziś zgodnie z obietnicą chcę opowiedzieć, jak wygląda egzamin maturalny u naszych sąsiadów za Odrą. Jednak za nim do niego dojdziemy pozwolę sobie zrobić przegląd przez całą drogę edukacujną przeciętnego Niemca, jako że ma on niezwykle ważne znaczenie, z jakim i jakiej jakości papierkiem opuszcza on mury szkoły średniej.
Na wstępie pragnę jeszcze raz zaznaczyć, że w Niemczech każdy land ma swoją własną politykę edukacyjną, która naprawdę może sporo różnić się od polityki landu sąsiedniego. Taki rozstrzał w systemie nauczania czyni życie codzienne w Niemczech dość skomplikowanym. Przeprowadzka do innego landu oznacza niejednokrotnie nieuznanie kwalifikacji zawodowych. Z taką sytuacją został  skonfrontowany chociażby Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż. Zastanawialiśmy się bowiem nad przeniesieniem do Pocztadamu, okazało się jednak, iż mimo jego naukowego tytułu doktora musiałby znowu iść na studia, żeby wykonywać swój zawód... Podobnie ciężko mają dzieci. Przeniesienie z jednego landu do drugiego może skutkować dla nich koniecznością powtarzania jednej, czy nawet dwóch klas, jako że w poprzedniej szkole przerabiały zupełnie inny materiał niż uczniowie w nowej szkole. Zarówno ja, jak i praktycznie wszyscy znani mi Niemcy uważają cały ten system za jedną wielką bzdurę, ale państwo federacyjne rządzi się swoimi prawami.

Moje dotychczasowe obserwacje dotyczą przede wszystkim systemu szkolnictwa w Saksonii Dolnej,  Nadrenii Północnej-Westfalii (landów posiadających system edukacyjny na dośćđ niskim poziomie w całych Niemczech), oraz Saksonii-Anhalt (będącym pod względem jakości przeciwieństwem systemów landów powyżej wspomnianych). Dzięki moim znajomościom z nauczycielami mam jeszcze jako takie pojęcie o edukacji w Bremie, Berlinie, Saksonii oraz Bawarii i nie omieszkam co ciekawszych informacji odnośnie tych landów wpleść w poniższą opowieść, niemniej moją uwagę poświęcę w głównej mierze wymienionym na samym początku dwóm landom.

 Różne drogi prowadzą do Rzymu, czyli przegląd przez typy szkół w niemieckim szkolnictwie


Tradycją praktykowaną w całych Niemczech, niezależnie od landu jest "Einschulung", czyli pierwszy dzień w szkole, o czym mogliście przeczytać w przeszłości w poniższym poście: http://sbundowani.blogspot.de/2015/09/pierwszy-dzien-szkoy.html
Drugą spójną dla całych Niemiec była długi czas konstrukcja systemu szkolnictwa, czyli cała ścieżka edukacyjna, która również za sprawą różnych rządów w poszczególnych landach uległa w ostatnich latach zróżnicowaniu. Mieszkańcy naszego zachodniego sąsiada rozpoczynają naukę w wieku lat sześciu pójściem do szkoły podstawowej. Ta trwa cztery lata. Następny etap to szkoła wyższa i tu mamy do wyboru już kilka opcji, których dostępność różni się w zależności od landu. Niemniej w tradycyjnym schemacie do wyboru pozostają: Gymnasium (odpowiednik naszego liceum), Realschule (szkoła dla słabszych uczniów), Berufsbildendeschule (przysposabia do zawodu), Hauptschule (szkoła, która daje podstawową bazę edukacyjną),  oraz Integrierte Gesamtschule (IGS). Tylko Gymnasium kończy się maturą, pozostałe szkoły mają swoją formę egzaminu końcowego, który jednak nie stanowi przepustki na studia. Uczniowie ze świadectwem z Realschule mogą dopiero po dodatkowym kształceniu podchodzić do matury. Nie jest to jednak możliwe dla uczniów Hauptschule, jedynie Fachhauptschulabschluss (specjalistyczny egzamin końcowy w Hauptschule) może umożliwić dalszą naukę w specjalistycznej szkole wyższej. Osoby z Hauptschulabschluss mogą jednak zrobić z czasem Realschulabschluss, a dalej maturę. Natomiast IGS to połączenie wszystkich form szkół i jako egzamin końcowy uczniowie mogą wybrać zarówno "licealną" maturę, jak i pozostałe formy egzaminów końcowych typowe dla poszczególnych form szkół.

Jedno z liceów w Saksonii Dolnej

Tak szroki podział szkół uważam za całkiem fajne rozwiązanie, bo przecież poszczególne dzieci mają różne umiejętności, predyspozycje, możliwości przyswajania materiału, czy też po prostu stoją na różnym poziomie rozwoju - jedne są bardziej dziecinne, inne wręcz przeciwnie. I u nas mówi się już od kilku lat, że jednym z największych błędów była likwidacja techników i zawodówek. Dodatkowo niemiecki system jest tak skonstruowany, że w każdej chwili można przejść do innego typu szkoły, jeśli np. uczeń wykaże się umiejętnościami, które lepiej rozwijać w szkole o innym charakterze. Co więcej, po ukończeniu nawet szkoły niedającej możliwości zdania egzaminu dojrzałości, system wciąż pozostawia dla takich osób otwartą furtkę na studia wyższe. W najgorszym wypadku, jak już tej matury się nie ma, to istnieje możliwość odbycia specjalnego kształcenia pod kątem studiów, które kończy się egzaminami wstępnymi na uniwersytet. Niegłupie to rozwiązanie, biorąc pod uwagę, że człowiek rozwija się całe życie i jeśli nawet w wieku lat 22 nie jest pewien, co chce robić i pójdzie gdzieś do pracy, to zawsze w późniejszym wieku, gdy odkryje swoje powołanie, może pójść na studia i kształcić się w konkretnym kierunku. Pod tym względem my, Polacy z naszym owczym pędem do liceum, a potem na studia, moglibyśmy coś przejąć od Niemców. W końcu nie każdy musi mieć tytuł magistra w wieku 24 lat.

 

 

Licea, gatunek zagrożony

 

Ten moim zdaniem całkiem sensownie zorganizowany system rujnuje jednak polityka dwóch partii: Zielonych i SPD w każdym landzie, gdzie są one u władzy. Na zakończenie podstawówki nauczyciele wystawiają każdemu uczniowi rekomendację odnośnie dalszej ścieżki edukacyjnej, ale za sprawą uprawianej polityki wspomnianych partii rodzice zaczęli bać się posyłać swoje pociechy do innego typu szkół aniżeli licea. Założeniem programowym tych dwóch frakcji jest bowiem zrównanie wszystkich poziomów szkół w myśl idei "wszyscy są równi". Idea piękna, poprawna politycznie, zapomniano jednak, że wszyscy są równi, ale mają różne umiejętności i to na litość boską nie jest ani przestępstwem, ani nie stanowi ujmy. Odpowiedzmy bowiem sobie na pytanie: "Czy osoba niewidoma może być kierowcą autobusu?". "Nie, nie może być". Za to taka osoba może być rewelacyjnym muzykiem. Założenia edukacyjne w Saksonii Dolnej są jednak takie, że z niewidomych próbuje się robić kierowców zamiast poszukać w nich innych talentów.
Na ostrze noża wzięto licea z zamiarem zrównania ich poziomu względem innych szkół, co spowodowało, że nagle wszyscy rodzice zapragnęli widzieć swoje skarby w ławach tychże szkół. Efekt był taki, że w liceach znalazło się wielu uczniów, którzy po prostu sobie w nich nie radzili. Ministerswo Oświaty obniżyło zatem poziom nauczania (miało to miejsce zarówno w Saksonii Dolnej, jak i w NRW). Na tym jednak nie koniec. Podczas gdy wybitnych uczniów się nie wspiera, to istnieje obowiązek organizowania dla słabych zajęć wyrównawczych. Ale gdyby tylko. Niejednokrotnie mają miejsca zdarzenia, że z powodu jednego niedającego sobie radę ucznia zwoływane są w godzinach lekcyjnych konferencje z udziałem wszystkich nauczycieli wykładających w danej klasie, co oznacza, że sześć, czy siedem klas ma odwołane lekcje z powodu jednego ucznia, który z pedagogicznego punktu widzenia powinien być np.w Realschule.
Standardem staje się także powoli fakt, że ok. połowa uczniów w klasie ma jakieś zaświadczenia odnośnie dysleksji, dygrafii, dyskalkulii, i innych dys, wystawianych namiętnie przez lekarzy (wiem, podobny problem mamy w Polsce, mam jednak nadzieję, że nie osiągnie on nigdy takich rozmiarów jak tutaj w Saksonii Dolnej). W większości przypadków to efekt tragicznego nauczania w szkołach podstawowych (opisałam ten problem w dziale "Lekcja niemieckiego": http://sbundowani.blogspot.de/2016/05/mydo-made-by-me-czyli-ide-do-szkoy-w.html) Niejako modą stało się, żeby dziecko było wyjątkowe, potrzebujące indywidaulnego traktowania, więc zaświadczenia "dys" są mile widziane przez rodziców, zwłaszcza, że lekarze dla osłody wpisują na ich dole formułkę "istnieje możliwość, że są to oznaki ukrytej genialności dziecka". Tym sposobem rodzice mają na piśmie potwierdzenie o wyjatkowości ich potomka, a jednocześnie załatwili, by ich pociecha była oceniana według specjalnych kryteriów czyniącymi wręcz niemożliwymi przeniesienie ucznia do innego typu szkoły. Procedura ta jest obecnie nagmiennie stosowana w Saksonii Dolnej oraz NRW i stanowi kolejną przyczynę, dlaczego poziom nauczania w tych landach leci na łeb, na szyję.

Oceny, waluta, którą nauczyciele kupują sobie swój spokój, a uczniowie przepustkę nawet na studia

 

Sposób wystawiania ocen też różni się w zależności od landu. Podczas gdy w Saksonii-Anhalt, czy w Saksonii obowiązujące zasady są podobne do tych z polskich szkół, to w Saksonii Dolnej panuje w tej kwestii jedna wielka niewiadoma niejednokrotnie do dnia wystawienia ocen końcowych. Nie ma tutaj dzienników klasowych. Każdy nauczyciel zapisuje gdzieś u siebie poszczególne oceny. Na ocenę końcową składają się oceny w 50%  ze sprawdzianów i w 50% z odpowiedzi ustnych ocenianych przez nauczyciela "z pedagogicznego punktu widzenia". Gdy nauczyciel wystawi zbyt surową ocenę musi się z niej niejednokrotnie przed samym dyrektorem tłumaczyć, toteż większość nauczycieli dla swojego świętego spokoju wystawia taką ocenę, by nie mieć samemu kłopotów. Klasówka, która w klasie wypadła zbyt źle musi zostać poprawiona, ewentualnie nauczyciel musi pisać do dyrektora całe pismo wyjaśniające z prośbą o zaakceptowanie wystawionych not. Tej zasadzie przewodziła myśl, aby nauczyciele dawali faktycznie sprawiedliwy format zadań (czyli taki, jaki wcześniej został przećwiczony na zajęciach), w praktyce służy temu, by przepchnąć nawet najsłabszych. Znowu wielu nauczycieli decyduje się na danie tak prostych zadań, żeby potem się nie szarpać z przełożonym. Na koniec semestru nie wolno wystawić oceny niższej o dwa stopnie od oceny z poprzedniego semestru, bo to z pewnością nie wina ucznia, że tak gwałtownie spadł. Wystawienie oceny niedostatecznej związane jest dla nauczyciela z całą masą nieprzyjemności, poczynając od szkalujących komentarzy kolegów, że pedagogicznie zawalił, że z pewnością nie chciało mu się sensownie poprowadzić lekcji, że jak to w ogóle możliwe, żeby uczeń dostał niedostateczną ocenę, po specjalne zebrania i konferencje, na których nauczyciel jest poddawany "przesłuchaniom", dlaczego wystawił tak złą notę. Podsumowując w jednym zdaniu panujące w Saksonii Dolnej wytyczne Ministerstwa Oświaty: to nie uczeń, tylko nauczyciel ma się tłumaczyć, czemu ten pierwszy nie przyswoił materiału. Tak ustalone wytyczne odnośnie oceniania uczniów powodują, że ci, choć nieraz w ogóle na to nie zasługują przechodzą do kolejnej klasy i to na całkiem niezłych ocenach! A te są naprawdę na wagę złota, bowiem to na ich podstawie uczeń jest dopuszczany do matury. Zasada też pseudodziałająca, bo od kolegów nauczycieli wiem, że ich dyrektor szkoły niejednokrotnie interweniował w przypadku uczniów niedpouszczonych do matury... Na czym owa interwencja miała polegać? Np. na wprowadzeniu zasady, że jeśli uczeń tylko złoży protest przeciw niedopuszczeniu do egzaminu dojrzałości, to dyrektor go dopuszcza. To własciwie po co ten cały cyrk z ocenami, skoro i tak każdy potem może podchodzić do matury? A żeby tej nie zdać w Saksonii Dolnej to już trzeba chyba na rzęsach stanąć.

W Saksonii Dolnej dzienników ocen brak, ale za to zaopatrzenie toalet dla nauczycielek jest na jak najwyższym poziomie

Ranking poziomu nauczania w poszczególnych landach 

 

Jeśli jednak, któryś z uczniów zrezygnuje wcześniej z liceum i przejdzie po 10 klasie do Realschule, to ukończy tą szkołę bez zdawania jakiegokolwiek egzaminu końcowego z tzw. "Rozszerzonym świadectwem Realschule". (przynajmniej taka zasada panuje w Saksonii Dolnej).
To przepychanie na siłę dalej uczniów dalej, czy ich umiejętności na to pozwalają, czy nie, powoduje mimo naprawdę fajnych lekcji, sprzętu i możliwości edukacyjnych, jakie szkoły oferują w swoich murach, że w ogólnym rozrachunku uczniowie w niektórych landach w Niemczech kończą swoją edukację z dość niskim poziomem wiedzy. Obecnie Saksonia Dolna pod względem efektywności, jakości oraz przyczynku do rozwoju gospodarki znajduje się w rankingu systemów szkolnictwa poszczególnych bundeslandów na 10 miejscu. Najgorzej od lat wypada Berlin ze swoim ostatnim miejscem na 16 pozycji. Stolica ma od lat problem szkół z dużą ilością uczniów obcego pochodzenia, którzy nie dają sobie rady z programem. Wielce możliwe, że dotknie to za chwilę Bawarię przepełnioną obecnie uchodźcami. Land ten od lat plasował się w pierwszej trójce pod względem poziomu nauczania. Znany w kręgach szkolnych był z niezwykle skrupulatnego i wybrednego doboru nauczycieli. Teraz jednak zalany przybyszami z Bliskiego Wschodu i Afryki zrezygnował z dopuszczania do wykonywania zawodu nauczyciela osób, które przeszły specjalne studia nauczycielskie (tzw. Referendariat, który najczęściej trwa 2 lata), tylko zgodził się przyjąć w swoje szeregi edukacyjne każdego, kto zgodzi się pracować jako nauczyciel z uchodźcami. Sądzę, że na efekty w spadku poziomu nie trzeba będzie długo czekać.  Dość źle rzecz przedstawia się także sytuacja w Bremie, która od lat "gotuje swoją własną zupkę". W Bremie mogą pracować nauczyciele wykształceni tylko w tym landzie stosujący potem dość dziwaczne metody nauczania, których efekty wypadają niezwykle słabo w rankingu. Także Schleswig-Holstein wypada jeszcze słabiej niż Saksonia Dolna. Od pewnego czasu w rankingach poziomu nauczania króluje Saksonia, a zaraz za nią plasuje się Turyngia - landy, które zachowały jeszcze sporo z socjalistycznego sposobu nauczania. Na 6 miejscu plasuje się Saksonia - Dolna, którą jednak ostatnio okrzyknięto landem, w którym najtrudniej zdać maturę. Rocznie tylko 30% wszystkich uczniów szkół średnich tego landu kończy naukę ze zdanym egzaminem dojrzałości. Landami, gdzie maturę dostaje się niejako w prezencie są właśnie Saksonia Dolna i NRW... Ale zanim opowiem, w jaki sposób się to dzieje, to najpierw trochę tradycji.

 

Obyczaje maturalne

 

Przed samą maturą w szkole panuje tzw. "Mottowoche". Przez ostatni tydzień szkoły uczniowie przychodzą każdego dnia przebrani zgodnie z mottem danego dnia.

Mottowoche 2016, czwartek: Prostytutki i alfonsi
Nauczyciele też się przebierają



Ostatniej nocy "Mottowoche" uczniowie śpią w szkole i ją demolują. Kolejny rocznik musi ją sprzątać i w ramach zemsty za swoją ciężką pracę zostawia w kolejnym roku jeszcze większy syf do uprzątnięcia swoim następcom. Nie rozumiem tej tradycji i dziwię się, że dyrektorzy szkół na to przystają, bo były przypadki, że w ramach demolowania szkoły wprowadzono w ich mury traktory, wymalowano spreyem ściany, wyłożono całe korytarze sianem itp. Nie wiem w ilu landach odbywa się to na takich zasadach. W Saksonii Dolnej stanowi to standard i jak się ostatnio dowiedziałam od znajomej Amerykanki w USA, w jej stanie uczniowie żegnają się ze szkołą podobnie. 
W Saksonii Anhalt miałam jednak przyjemność obserwować inną formę świętowania. Uczniowie przygotowują dla nauczycieli i kolegów z młodszych klas program rozrywkowy oraz kręcą videoklipy itp.

Zadania maturalne nie do oblania

 

Gdy ten punkt programu zostanie zaliczony, przychodzi w końcu czas na wielki dzień.
Teoretycznie egzamin dojrzałości ma się opierać na ogólnych wytycznych programowych, tzw. Kerncurricula. Problem polega na tym, że każda szkoła w Saksonii Dolnej tworzy swoje własne Kerncurricula. W toku całej nauki w liceum, czyli od 5 do 12 klasy przerabia się w sumie ok. 10-12 książek. Nie ma odgórnego spisu lektur, toteż w każdej szkole mogą być to zupełnie inne książki. Dlatego zadania maturalne na niemieckim są często skonstruowane w taki sposób, by literatury za mocno nie tykać, a jeśli już, to tekst jest podany. Tu mogę się zgodzić, że pomysł sprawdzenia, jak uczeń radzi sobie z analizą nieznanego mu wcześniej tekstu nie byłaby mimo wszystko głupi, gdyby wcześniej w toku nauki przerabianoby formaty zadań faktycznie kształtujące te umiejętności, ale że tak nie jest opowiedziałam Wam już w moim poprzednim poście w punkcie "Lekcja niemieckiego". Jak bowiem zanalizować jakiś tekst bez ogólnej wiedzy o literaturze, czy też umiejętności napisania zwykłej (nie linearnej) rozprawki? Zadania maturalne na niemieckim zawierają zatem bardzo często punkt, by oprzeć się na własnych doświadczeniach. I tak trzy lata temu jednym z zadań była analiza artykułu z gazety w oparciu o własne zdanie na dany temat. Ciężko nie zdać takiej matury, bo słuszność opinii nie podlega dyskusji, a wytyczne odnośnie oceny pracy mówią jasno, że sposób przeprowadzonej analizy to np. tylko 40% oceny końcowej. Bo moi drodzy, cała tajemnica w sprezentowanej maturze z niemieckiego polega nie na zadaniach, ale wytycznych odnośnie ich oceny. 
I tak w tym roku uczniowie w Saksonii Dolnej mieli do wyboru trzy tematy: Analizę wiersza "Kriegslied" Ericha Mühsama (70% oceny końcowej to sama interpretacja, kolejne 30% to porównanie oceny wojny z jej oceną w powieściach "Na Zachodzie nic nowego" Remarquesa oraz  "In Stahlgewittern" Jüngera"), Interpretację fragmentu powieści Thomasa Manna "Buddenbrokowie" (70% oceny) z odniesieniem się do pragmatycznych wypowiedzi Kanta (30%) oraz tzw. Sporządzenie analizy problemu poruszonego w zbiorze zaprezentowanych tekstów. Postawionym pytaniem dla zadania było "Literatura - po co jest na w ogóle potrzebna?" Aby na nie odpowiedzieć uczniowie dostali wyciąg z artykułu z prasy, komiks, fragment wywiadu, statystykę i jeszcze kilka wyciągów z książek. Zadania zatem same w sobie nie wyglądają tak źle, a ostatnie wydaje się być niezwykle ambitnym, wymagającym już umiejętności, jakie rozwija się na uniwersytecie pisząc prace naukowe. Niestety to tylko pozory. Zaglądam bowiem do wytycznych dla nauczycieli, jak mają oceniać prace i widzę, że jako analizę wiersza traktuje się już jego opowiedzenie własnymi słowami. Aby spełnić kryteria owych 70% należy jeszcze określić rym i umieć określić charakter wiersza. Trzeci, tak niezwykle ambitnie brzmiący temat okazuje się być igraszką w rękach dziecka, gdy wiemy, że otrzymane przez nauczycieli wytyczne odnośnie oceny dopuszczają praktycznie wystawienie dobrej oceny za uprawianie plagiatu. Cały dokument mający nadać ramy oceny tegoż zadania składa się praktycznie z trybu przypuszczjącego. "Uczniowie mogą  ten format potraktować w taki, ale i w inny sposób.", "Dokonując analizy problemu uczniowie nie powinni pisać w pierwszej osobie lp., ale nie stanowi to błędu. "Przypomnę tak na wszelki wypadek, że ogólna zasada analizy tekstu mówi, iż powinna się ona opierać na tym, co tekst mówi, a nie co analizujący o nim sądzi, czy też jak on mu się podoba. Takie uwagi, jeśli jest na to stosowne miejsce, można włączyć dopiero na koniec. Określona w Saksonii Dolnej kryteria oceny pozwala, by uczeń całą pracę oparł na swoich osobistych odczuciach bez zagłębiania się w podane do zanalizowania materiały, zwłaszcza, gdy poczytamy sobie dalej wytyczne Ministerstwa: "Możliwym, ale niekoniecznym aspektem jest...", "Problematyka nie musi zostać poddana zróżnicowanej analizie.", "Kompletność prezentacji aspektów omawianej problematyki nie jest wymagana."(!),  itd. przez prawie dwie strony A4. 
Ocena wypracowań była zawsze najtrudniejsza, bo nie da się ich ocenić jak matematyki, ale jeśli wymogi są określone w taki sposób, że wszystko praktycznie jest dozwolone, to po co właściwie pisać cały ten egzamin? Wybór tego zadania oznaczał maturę w kieszeni, bowiem uczeń musiałby nie napisać nic, żeby nie zdać. I tak w ostatecznym rozrachunku najtrudniejszym zadaniem okazało się zadanie nr 2, choć jak pomyślę sobie o swojej maturze, to ten format zadania z przedłożonymi przed nos potrzebnymi tekstami ciągle jest pryszczem. Nie ważne, według informacji jakie do mnie dochodzą większość uczniów wybrała na maturze z niemieckiego prezent od Ministerstwa - trzeci temat.

Rodzic lew

 

Wydawać by się zatem mogło, że takich dylematów nie powinni mieć nauczyciele matematyki. Przedmiot ścisły, więc i sposób oceny powinien być jasno określony. No cóż, w tym roku rodzice wielu uczniów podchodzących w Saksonii Dolnej do matury uznali, że zadania były o wiele za wiele za trudne oraz zbyt kompleksowe. Ten punkt wszelkich wiadomości uważam osobiście za najbardziej interesujący, że do takiego wniosku doszli rodzice, których wcale na egzaminie nie było. Wraz ze swoimi potomkami złożyli oni skargę do Ministerstwa Edukacji, które w odpowiedzi postanowiło wydać dla nauczycieli oświadczenie, by ci sprawdzając prace dopasowali odpowiednio ocenę. Więcej informacji w liście brak. Ani nie podano nowych kryteriów oceniania, ani żadnych ram dla minimalnych wymagań. Czyli "każdy sobie rzepkę skrobie". Konsekwencją będzie prawdopodobnie fakt, że ocenę z matematyki będzie można w bardzo łatwy sposób zaskarżyć, a tego szkoły boją się najbardziej.  Lęk ten tłumaczy wiele kuriozalnych ustaleń odnośnie opisanego przeze mnie wcześniej oceniania prac uczniów. Posiadanie ubezpieczenia prawnego przez nauczyciela to tutaj mus. Bywały już przypadki, że nauczyciel lądował przed sądem za sprawą zbyt surowej oceny z testu według opinii jakiegoś rodzica. Czyli jak znam życie, maturę z matematyki też będzie w tym roku niezwykle ciężko oblać, bo nikt nie ma ochoty uprzyjemniać sobie życia włóczeniem się po sądach. I chyba coraz bardziej zaczynam rozumieć, dlaczego na wielu uniwersytetach niemieckich na kierunkach technicznych królują jako studenci i asystenci Rosjanie oraz Ukraincy. Dla nich poziom matematyki w niemieckich szkołach jest niejednokrotnie śmiechu wart. Obserwuję to też u dzieci znajomych Rosjan, którzy w wyniku preprowadzki przeszli z rosyjskiego na niemiecki system nauczania i przy takich przedmiotach jak matematyka, czy fizyka po prostu pytają się po co mają chodzić do szkoły, bo ich wiedza wybiega ponad tutejsze ramy programowe. Co ciekawe, podobne obserwacje zbieram odnośnie uczniów pochodzących z Iraku. W przedmiotach, gdzie brak dobrej znajomości niemieckiego nie stanowi dla nich wielkiej przeszkody wykaszają niemieckich uczniów. Znajomy fizyk powiedział mi raz, że to on jako nauczyciel nie jest w stanie ich czegoś nowego nauczyć. Niemcy jednak przekonani o idealności swojego systemu nauczania nie uznają irackiej matury nawet częściowo (w zakresie przedmiotów ścisłych) i tak młodzież z tamtego regionu jest posyłana z powrotem do szkół. A można by zorganizować dla takich osób po prostu nauczanie uzupełniające z przedmiotów, których w Iraku nie mieli.

Gdy matematyka zawiedzie zostają jeszcze chemia i języki obce 

 

Na tym tle w miarę sensownie wypada znowu chemia. W ramach egzaminu maturalnego uczniowie przeprowadzają doświadczenia i opisują zarówno ich przebieg, jak i wyniki oraz wychodzące z nich wnioski. Także kryteria oceny zostały w miarę jasno określone, tak że faktycznie osoby zdające ten przedmiot musiały udowodnić, że posiadają stosowny poziom wiedzy.
Co mi się podoba w maturze z języka obcego, to na egzaminie często nie jest sprawdzane tylko w jakim stopniu uczeń dany język opanował, ale niektóre zadania nawiązują do twórczości literackiej, czy filmowej z danego regionu językowego. Skoro już na niemieckim literatura światowa jest omijana, to chociaż na lekcji języka obcego poświęca się uwagę najważniejszym twórcom z danego kręgu kulturowego (najczęsciej jednemu, ale i tak lepsze to niż nic).

Słówko na ucho, czyli za kulisami matury "niecentralnej"

 

Egzamin z omówionych do tej pory przedmiotów zdawany jest w ramach tzw. centralnej matury - tzn., że zadania są przygotowywane przez Ministerstwo Oświaty danego landu. Są jednak przedmioty, gdzie zadania maturalne przygotowywane są przez nauczycieli. Zalicza się do nich np. sztuka, czy filozofia. Od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że osobiście podoba mi się, że w Saksonii Dolnej uczniowie mają w szkole filozofię, we wschodnich lanadach nie ma tego przedmiotu w programie szkolnym (jest za to niejednokrotnie astronomia, której z kolei brak w zachodniej części). Niemniej skontrolowanie poziomu wiedzy z filozofii opuszczających mury szkolne uczniów przebiega w takiej sytuacji niezwykle indywidualnie. Czy egzamin był na wysokim poziomie, czy był niemalże sprezentowany zależy w dużej mierze od nauczyciela. Wprawdzie proces przygotowania zadań egzaminacyjnych jest długi. Nauczyciel musi opracować trzy różne zadania, a następnie odesłać je do Ministerstwa Oświaty. To ono ostatecznie wybiera jeden z nich, który uczniowie danej szkoły otrzymują na maturze. Także i sam nauczyciel dowiaduje się dopiero w dniu egzaminu, które zadanie zostało ostatecznie wybrane. I teraz znowu coś zdradzę. Są nauczyciele, którzy starają się zachować najwyższe standardy i przygotowują też zadania na miarę egzaminu dojrzewania, są jednak i tacy, którzy na tle innych chcą wypaść na niezwykle dobrych nauczycieli (a cóż potwierdzi to lepiej, jak nie dobre oceny maturalne uczniów) i choć jest to zakazane, zdradzają swoim pupilom z jakich tematów powinni się przygotować na egzamin... 
Na koniec jeszcze jedna ciekawostka - w Niemczech w wielu landach można zdawać religię na maturze. To tyle na temat rozdziału państwa i kościoła u sąsiadów za Odrą, jeśli ktoś myślał, że u nich państwo świeckie funkcjonuje perfekcyjnie.
  

Padnięty prawie u mety, czyli sprawdzanie matur jako akt męczeństwa nauczycieli

 

Wszystkie prace maturalne sprawdzane są najpierw przez nauczyciela danego przedmiotu, następnie przez koreferenta, a na koniec przez "kierownika przedmiotu" (osoby koordynującej program nauczania w danej szkole). W Saksonii Dolnej dziwnym trafem w czasie matur obkłada się niejednokrotnie nauczycieli masą dodatkowych zajęć, szkoleń i konferencji trwających do samego wieczora, tak że na kontrolę prac nie pozostaje im dużo czasu. Część z tych obowiązkowych zebrań została narzucona odgórnie przez samo Ministerstwo i kilku nauczycieli zwierzyło mi się, iż podejrzewają w tym specjalne działania, mające na celu niedopuszczenie zbyt  wnikliwej kontroli prac egzaminacyjnych. Dowodów brak, ale obserwując już od kilku lat cały ten system, chyba bym się nie zdziwiła, gdyby faktycznie takie były ukryte zamiary tutejszego Ministerstwa Oświaty.
Na sam koniec pod pracami swój podpis składa dyrektor szkoły. Wielu nie ingeruje w ocenę nauczycieli, są jednak i tacy, którzy tak za wszelką cenę chcą mieć dobre wyniki w rankingach szkół, że uczniom, którzy matury mimo tych wszystkich udogodnień nie zdali, dodają sami od siebie brakujące punkty, by jednak i oni dostali swoje świadectwo dojrzałości. (O tym procederze słyszę od niektórych nauczycieli już od kilku lat...). Teoretycznie powinno się zgłosić takie działania, ale nikt nie chce narażać swojego tyłka, więc proceder kwitnie. 

Poprawka dobra na wszystko

 

I w taki to łatwy sposób można uzyskać maturę w szkole w Saksonii Dolnej oraz kilku innych landach. Ach! O mały włos bym zapomniała: jeśli ktoś już mimo tych wszystkich udogodnień egzaminu dojrzałości nie zda tudzież nie jest zadowolony ze swojej oceny, to w czerwcu może go sobie ustnie poprawić. I tu znowu działa zasada, że część nauczycieli zdradza tematy pytań, choć teoretycznie jest to zakazane... Nie dziwi zatem, że studenci z regionów, gdzie matura przebiegła na takim stosunkowo śmiesznym poziomie, reprezentują na uniwersytetach niezwykle niski poziom wiedzy. Jako, że obracam się też w środowiskach akademickich, wiem jak sytuacja przedstawia się i na tutejszych uniwerystetach. Obecnie jest już tak źle, że wielu studentów nie ogarnia sposobu funcjonowania programu studiów...

Kiedyś może nie było lepiej, ale za to solidniej

 

Po latach obserwacji,  a także i osobistej konfrontacji z różnymi systemami edukacyjnymi dochodzę do wniosku, że choć socjalistyczne podstawy nauczania, na jakich w znacznym stopniu opierał się jeszcze mój program szkolny, były może i nieraz nudne oraz nienajsensowniej opracowane, i bezwzględnie wymagały reformy, to w ostatecznym rozrachunku cieszę się, że jeszcze się na ten stary system załapałam, bo okazuje się, że mimo tych wszystkich mankamentów opuściłam jednak szkołę z solidną bazą w wielu przedmiotach. Oczywiście nadal żałuję, że nie miałam w szkole takiej chemii, jaką zaserwował mi w Niemczech mój kolega chemik, że biologia miała taki przebieg, że do szpiku kości ten przedmiot znienawidziłam, że część rzeczy, które musiałam się kiedyś nauczyć było zwykłym kuciem, po którym mi dziś wiele w głowie nie zostało. System kształcenia, który ja przeszłam nie był z całą pewnością idealny i nie zamierzam uprawiać tutaj nostalgii. Sama byłabym jedną z pierwszych osób, które pewne rzeczy w nim by zmieniły, ale z jakiejś przyczyny landy w Niemczech, w których zachowano jeszcze część struktur dawnego socjalistycznego nauczania wypadają w rankingach najlepiej. Zresztą naprawdę często widać też stosowną różnicę w kontaktach z ludźmi pochodzącymi z różnych stron Niemiec. I chyba nie bez przyczyny przybysze z Rosji, Białorusi i Ukrainy wręcz królują tutaj w niektórych przedmiotach.
A ja od mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża usłyszałam pewnego dnia jeden z najcudowniejszych komplementów: że jego tytuł doktora nijak się ma do mojej polskiej matury. Tyle, że to nie jest komplement dla mnie, lecz dla kraju i pracujących w nim nauczycieli, którzy mnie wykształcili:)

Także moi drodzy Polacy - uczcie się! Nie przejmujcie wszystkiego bezapelacyjnie z zachodniego systemu nauczania i nie wstydźcie się swojej wiedzy. Starajcie się nie iść po najmniejszej linii oporu, tylko być faktycznie ekspertami w swojej dziedzinie. To może być Waszą kartą przetargową w Europie. Kiedy tak przyglądam się tutejszemu pozimowi w szkołach nie dziwią już takie kwiatki jak tutejsza firma grzewcza, która zamiast nam naprawić termę omal nie wysadziła nas w powietrze (historię mogliście poznać tutaj: http://sbundowani.blogspot.de/2016/01/polen-am-bau-historia-pewnej-termy.html), albo tak nam naprawiali samochód, że silnik się stopił (http://sbundowani.blogspot.de/2016/02/polen-am-bau-samochod-w-warsztacie.html),
czy też traumatyczne doświadczenia z tutejszymi niedouczonymi lekarzami (ale o tym w przyszłości).


Ten post dedykuję moim nauczycielom oraz kolegom z klasy, z którymi przed 15-u laty zdawałam razem maturę.