10 marca 2016

Czego Polak może nauczyć się w Niemczech

Moje ostatnie wpisy były dość krytyczne w ocenie Niemców, dziś dla odmiany chcę Wam opowiedzieć o fajnych rzeczach, których pobyt tutaj mnie nauczył:)

1. Kierując samochód zawsze spoglądam przez ramię przy wszelkich skrętach i zmianie pasów.

 


W Polsce podczas kursów na prawo jazdy instruktorzy w większości przypadków nie zwracaja na to uwagi. Ba, mało tego, niejednokrotnie osobę, która przejawia chęci spojrzenia przez ramię przy manewrach, gdzie niedostateczna ocena faktycznej sytuacji w martwym punkcie może okazać się wręcz zabójcza, zaczynają strofować słowami typu "Przed siebie się patrz, masz przecież lusterka!" Tylko że jeśli lusterka nie są wyposażone w funkcję informowania o obiektach znajdujących się w martwym punkcie, manewr może się nieciekawie skończyć. W Niemczech egzamin na prawo jazdy jest oblany, gdy kandydatowi na kierowcę zdaży się dwa razy zapomnieć, że przy zmianie toru jazdy po skontrolowaniu sytuacji w lusterkach należy jeszcze się upewnić spojrzeniem przez ramię, czy droga jest na pewno wolna.
Rzut oka przez ramię tak mi wszedł w krew, że teraz wręcz ewidentnie się boję jeździć z polskimi znajomymi, którzy tj.ich kiedyś nauczono ocenę sutuacji kończą na spojrzeniu w lusterka. Brrr! W Niemczech od małego prowadzi się cały szereg kampanii, mających uzmysłowić, jak niebezpieczny jest martwy punkt. Spore wrażenie robi odkrycie, kiedy okazuje się, że cała klasa mieści się w martwym punkcie ciężarówki...
Jako przykład odsyłam do zdjęcia z artykułu poświęconemu kształceniu poprawnych zachowań w ruchu drogowym:

2. Zaczęłam szanować swój czas.

 


Chyba każdemu z nas przydarzyło się, że wpadliśmy za pięć czwarta do urzędu z błaganiem w oczach, by pani za biurkiem nas obsłużyła. I faktycznie niejednokrotnie ta biedna kobiecina poszła nam na rękę. W Niemczech sytuacja nie do pomyślenia. Za pięć minut kończą pracę i w tym czasie na pewno ona nie zdąży załatwić mojej sprawy. Mam wrócić w sensownych godzinach innego dnia.
Prawda jest taka, że my Polacy często nie szanujemy swojego czasu nawzajem.
Pracuję jako freelancer, co oznacza, że jestem niejako zdana na zlecenia klientów. Mieszkając w Polsce akceptowałam nieraz zaciśniętymi zębami sytuacje, gdy telefon potrafił zadzwonić o 18:00 z informacją, że klient na rano potrzebuje np. tłumaczenie. Nie raz zdażyło mi się, że kończyłam w połowie spotkanie ze znajomą (czyli rozwalałam także jej plany), szłam do domu i całą noc siedziałam nad zleceniem.  Oczywiście rozumiem sytuacje kryzysowe, coś nagłego, gdy coś niespodziewanie wyskoczyło, nieoczekiwany problem, ale z czasem zaczęłam widzieć, że część klientów biura tłumaczeń, z którym współpracowałam po prostu nie umiała/ nie trudziła się z sensownym rozplanowaniem stojących przed nimi zadań (bo jak inaczej nazwać np. sytuację, gdy firma daje zlecenie na dzień przed wyjazdem za granicę na przetarg, w którym chce wziąć udział?!) i zgłaszali się w ostatniej chwili ze zleceniami, a szefowa bez uzgodnienia terminu z tłumaczem informowała klienta, że zlecenie będzie gotowe na następny dzień. Ja jako ostatnia w tym łanuchu pokarmowym płaciłam wiecznie za to swoimi planami, czasem z bliskimi, odwołanymi wizytami u lekarza itd. 
Od trzeciego roku studiów wiedziałam, że będę chciała pracować min. jako tłumacz i długi czas to wszystko akceptowałam w myśl zasady, że jak raz, drugi powiesz nie, to trzeci raz się do Ciebie nie zgłoszą. Po kilku latach zaczęłam mieć serdecznie dość wiecznego deptania moich prywatnych planów, zwłaszcza że teoretycznie w nagłych sytuacjach klient powinien płacić stawkę za usługę ekspresową, a niejednokrotnie kończyło się wyżebraniem przez niego normalnych cen "bo przecież to stały klient". Cierpliwość mi pękła, na niedługi czas przed moim wyjazdem do Niemiec. Porozmawiałm z moimi zleceniodawcami, że taki stan rzeczy nie może trwać dalej. Pracuję wprawdzie w nienormowanym systemie godzin, ale nie jestem też maszyną i nie mogę wiecznie zarywać nocy i rozwalać swoich innych terminów. Oj długa to była droga. W międzyczasie wyprowadziłam się do Niemiec i dość szybko zobaczyłam, jak tutaj ludzie szanują swój czas prywatny. Odkryłam też ku mojemu przerażeniu, że ja już nie do końca umiem usiąść spokojnie wieczorem i po prostu poświęcić swoją uwagę w 100% bliskiej mi osobie, bo cały czas w głowie wirowała mi lista rzeczy, które teoretycznie powinnam "na cito" zrobić. I to dodało mi sił. Nie jestem leniem, jeśli to konieczne, potrafię pracować nawet po 70 godz. tygodniowo, ale w którymś momencie trzeba też pomyśleć o sobie, o swoim życiu i bliskich nam osobach. Uczyłam się tego w Niemczech całe długie miesiące, ale dziś potrafię już powiedzieć, że "Nie, przykro mi, jest godzina 17:00 i z całą pewnością nie dam rady na jutro rano przetłumaczyć 12 stron." (dla niewtajemniczonych - 1 strona tłumaczenia to ok. 1 godz. pracy)
I co się okazało? Że klienci niejednokrotnie mogą poczekać. Że, to co miało być tak pilne, wcale takie nie było tudzież po prostu nauczyli się planować wcześniej. I mimo kilku odmów wracają, bo po prostu mają zaufanie do wykonanej przez mnie pracy i żeby ją otrzymać są gotowi przyjąć do wiadomości, że na wykonanie zlecenia potrzebuję tyle, a tyle czasu:)


3. Po latach walki z shopoholizmem wyszłam z uzależnienia!

 

Buty, które w całej swej okazałości zachęcają do kupna...
No może trochę przesadziłam w podtytule z tym shopoholizmem. Aż tak źle nie było, że min. raz w tygodniu musiałam iść na zakupy. Niejednokrotnie bywały okresy, że po prostu nie miałam czasu, ani ochoty na tak trywialne rzeczy, ale faktem jest, że w którymś momencie doszłam do wniosku, że szafa pęka mi w szwach. 
Jak  większość kobiet sprawia mi frajdę wrócić czasem do domu z nowymi nabytkami. Nowe trendy - nowe pokusy... ale nie w Niemczech:)
O modzie panującej u naszego zachodniego sąsiada jak kraj długi i szeroki  mam osobiście jak najgorsze zdanie. Czasami mam poczucie, że bycie tutaj kobietą to grzech. Niejednokrotnie zarówno ja, jak i moi polscy znajomi mieliśmy na ulicy problem w rozpoznaniu płci stojącej przed nami osoby. Dobrze, że w języku niemieckim w formie grzecznościowej nie ma rozróżnienia na formę "Pan" i "Pani", tylko jest ogólne, niezależne od płci "Sie" (a może to właśnie język niemiecki rozpoznał ten probloem i specjalnie tak się rozwinął, by ułatwić komunikację w sytuacjach, gdy nie do końca jasnym jest, z kim rozmawiamy? - tak mi przyszło właśnie na myśl).


Niemki ubierają się praktycznie, po męsku, niekobieco i na poczucie smaku wielu Europejczyków z innych krajów (przynajmniej tych, których ja miałam przyjemność poznać) niegustownie. Takie też są w moim odczuciu w większości rzeczy w niemieckich sklepach. Oczywiście, jak się dobrze poszuka, to można coś fajnego znaleźć, ale nawet asortyment sieciówek takich jak H&M, czy C&A jest zawsze z lekka dostosowany do ogólnego stylu ubierania się w danym kraju, a ten w Niemczech opiera się na:
- plecaku (Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż po tym, jak pojeździł ze mną trochę po Europie śmieje się teraz, że Niemcy  najwidoczniej rodzą się już z plecakiem, który im potem towarzyszy przez całe życie, nawet podczas wizyty w operze - co niejednokrotnie mieliśmy okazję zaobserwować)


 





- butach wędrownych (nawet, gdy Niemcy idą do restauracji na kolację). Tego chyba nigdy nie pojmę, dlaczego ludzie ubierają się na wieczorne wyjście do teatru, czy restauracji tak, jakby planowali całą noc spędzić w górach...
- szalu. Szal to niemalże obowiązkowy dodatek do każdego stroju. Pasuje, czy nie (najczęściej raczej nie), szal musi być. Nawet obecny niemiecki guru mody  Guido Maria Kretchmer załamuje ręce i pyta się, jak do tego doszło, że  Niemcy uparcie do wszystkiego zakładają szal?

W życiu nie zamienię ładnej, ciekawej torebki, na jakiś plecak, a buty wędrowne akceptuję tylko podczas wędrówek (tj. ich nazwa mówi coś o ich przeznaczeniu).  

Inna kwestia to rozmiarówka. Rzadko podobają mi się jakieś buty w Niemczech, ale czasem nawet coś potrafi mnie zaintrygować. Co z tego, skoro w części sklepów rozmiary zaczynają sią od 37, a ja noszę 36... Przy butach zimowych to żaden większy problem, ale przy sandałkach już niestety (lub stety patrząc z perspektywy mojego portfela) stanowi różnicę:(

Szale nawet kiedyś lubiłam zakładać. Ale to było dawno, jak mieszkałam w Polsce. Tutaj czynię to niezwykle rzadko, w przeciwnym razie byłabym umundurkowana. Ostatnio byliśmy na imprezie urodzinowej - 9 kobiet, tylko ja nie byłam omotana po zęby szalem. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zaczął dla zabawy prowadzić szalową statystykę. Najczęściej w pomieszczeniu, w którym się znajdujemy 80%-90% kobiet ma szal i to jeszcze taki, który w najlepszej sytuacji współgra akurat z trawą za oknem. I co by nie było, że tylko ja się wyżywam na niemieckim stylu  ubierania, przytoczę słowa brytyjskiego pisarza Jerome K. Jerome, który już w XIX w. w swojej powieści "Trzech panów na rowerach, tym razem bez psa" był zdania, że poranną toaletę Niemki wykonują najprawdopodobniej z zamkniętymi oczami zakładając na siebie to, co akurat im przez przypadek wpadło w rękę...

I tym oto prostym sposobem oszczędzam tu kupę kasy na ciuchach, których nie kupuję. W końcu faktycznie noszę to, co mam w szafie, a nie znoszę ciągle nowych rzeczy do domu!

Juhu!!!


 4. Odkryłam czar gotowania.

 



Zawsze było mi szkoda czasu na tak przyziemne zajęcie. Czas spędzony w kuchni przeliczałam na ilość nieprzeczytanych w trakcie gotowania stron książki. Jeśli już gotowałam, to lekkie potrawy, ale jak miałam ochotę na schabowego, to po prostu szłam do baru mlecznego. W regionie, gdzie mieszkamy, jak sobie sama nie ugotuję typowo polskich potraw, to nigdzie ich nie zjem. Zmusiło mnie to do nauki, bo choć nie jestem fanem naszej kuchni, to jednak mam kilka dań, za którymi czasem mi tęskno, a i  znajomym Niemcom chciałam zaprezentować polskie smaki.
Poza tym w kupowanych tutaj produktach wyczuwam więcej chemii, zaczęliśmy zatem sporo rzeczy kupować bezpośrednio u rolników, ale jakoś trzeba przygotować przywiezione od nich rzeczy. Dopiero tutaj w Niemczech zrozumiałam, że gotowanie nie musi oznaczać nudnych mielonych z kartoflami. Zaczęłam eksperymentować i to sprawia mi ogromną frajdę. Rozlany uśmiech małżonka po posiłku to cudowna nagroda:) A jeszcze lepszą jest, gdy on w zamian dla mnie gotuje - w ten sposób cały czas raczymy się nawzajem nowymi smakami:)


5. Poznałam czar śniadań w kawiarni.

 

Moje śnaidanko w kawiarni z przyjaciółką

 

Stosunkowo niedawno dotarł do Polski pomysł, że do kawiarni można się wybrać nie tylko na kawę i ciasto, czy na wieczorną herbatkę, ale także na śniadanie. W Niemczech ludzie od lat umawiają się na wspólne śniadania i kiedy jeszcze u nas w kraju tradycja ta była nieznana, tutaj kompletnie oczarował mnie pomysł porannego wyjścia do restauracji. Nad tak miło rozpoczętym dniu unosi się powiew magii!



6. Życie w małym mieście może być czasami bardziej fascynujące od życia w dużej metropolii.



Przerażała mnie przeprowadzka z drugiego w ówczesnym czasie pod względem wielkości miasta w Polsce do mieściny liczącej niecałe 100.000 mieszkańców leżącej gdzieś na niemieckiej prerii. Przywykłam do ruchu, do odgłosów miasta, bogatej oferty kulturalnej i rozrywkowej. W Niemczch mieliśmy zamieszkać w mniejszej miejscowości. Wprawdzie za rogiem mamy Hannover, do Braunschweiga też nie jest aż tak daleko, a mimo wszystko bałam się straszliwie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że obok wkurzających rzeczy związanych z życiem w małej miejscowości, jest też i trochę plusów.
Przede wszystkim żyje się spokojniej - tą różnicę widzę teraz zwłaszcza, gdy przyjeżdżam do Polski i wpadam w mój dawny rytm. Poza tym nie traci się tyle czasu w ruchu ulicznym, a i powietrze jest zdrowsze. 
Jest jednak jeszcze jeden aspekt, którego przed przeprowadzką do Niemiec nie byłam świadoma - Niemcy to naród kierowców. Oni ciągle gdzieś jeżdżą. Jedną z rzeczy, które najbardziej kochają, to ich autostrady. Fakt, że są one często zablokowane, a bo remont, a bo wypadek, a bo coś innego, ale autostrady dają im poczucie wolności. Do jak najbardziej normalnych form spędzania wolnego czasu jest organizowanie sobie wycieczek i wszelakiego rodzaju wypadów. W efekcie, w dniu powszednim nie muszę nie wiadomo jakich wypraw czynić, by załatwić coś w urzędzie, czy odbyć wizytę lekarską, a w wolnym czasie jesteśmy w teatrze w Berlinie, czy Magdeburgu, na koncercie w Braunschweigu, w galerii w Hannoverze, czy Wolfsburgu. Mieszkając w dużym mieście pewnie tak mocno nie zgłębialibyśmy oferty kulturalnej różnych miast:)



7. Na nowo nauczyłam się bawić.

 

Zabawa odtwarzanie obrazów

 

Kiedy rozmawiam z polskimi znajomymi, to wiecznie słyszę, jak to zajęci oni są. Umęczeni, wiecznie gdzieś goniący i co weekend wracający do Castoramy, czy innego centrum handlowego, bo to, czy tamto trzeba załatwić. Sama pamiętam dobrze te czasy, kiedy i ja byłam w wiecznym biegu, a swój czas wolny traktowałam po macoszemu (patrz punkt 2). Każdy goni, każdy jest w niedoczasie. Jesteśmy na wiecznym dorobku. W czasach socjalizmu mówiło się o nas, że byliśmy najweselszym barakiem w obozie. Ludzie żyli w niedostatku, za to potrafili się bawić. Do dziś żyjemy w przekonaniu, że ciągle jesteśmy mistrzami w tej dziedzinie. Niestety moi Państwo, pozbawię Was tych złudzeń. Te czasy już minęły. To Niemcy na nowo nauczyli mnie się bawić. 
Czy pomyśleliście kiedyś, że każdy dzień to pierwszy dzień reszty Waszego życia? A ile nam go zostało, nikt z nas nie wie. Kolejny dzień może przynieść ze sobą kataklizm. Czy naprawdę nie warto zrezygnować z wizyty w Castoramie w niedzielę wieczorem i spędzić ten czas weselej? Uczepiłam się tej Castoramy jak rzep psiego ogona, bo podczas ostatniej wizyty w Polsce widziałam, jak wielu ludzi się do niej wybrało w niedzielę ok. 20:00. W Niemczech to czas święty. Czas dla rodziny, bliskich. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż musiał zbierać z ulicy swoje oczy, które mu z szoku wyleciały, gdy zobaczył ile wozów skręcało tamtego wieczora do sklepu z artykułami budowlanymi.  
Mówi się, że Niemcy nie umieją się bawić. Oj, potrafią, potrafią. Robią to tylko inaczej niż my. Niemieckie imprezy to niekoniecznie głośna muzyka i tańce (choć i takie raz na ruski rok potrafią się zdarzyć), za to jedną z ulubionych form wspólnego spędzania czasu, to wspólne gotowanie, wspólne wycieczki rowerowe w nieznane (to latem), wieczory gier, wspólne grillowanie, wieczory tematyczne, imprezy z grzańcem (to zimą), czy też zabawy np. w odtwarzenie obrazów na żywo. Każdy weekend jest inny, jak w kalejdoskopie, a ja czuje się o co najmniej 10 lat młodsza:)



I tym pozytywnym akcentem kończę moje dzisiejsze wywody:)





27 lutego 2016

Polen am Bau - samochód w warsztacie


Witajcie,
dzisiaj kolejny odcinek z serii „Polen am Bau”. O przebojach z termą mogliście przeczytać tutaj:
a dziś opowiem Wam już od dawna obiecaną historię naprawy naszego samochodu.
To było moje pierwsze zetknięcie z tutejszą rzeczywistością rzemieślniczą. Prawie że na początku mojego obecnego życia w Niemczech samochód mojego Lubego zaczął nam meldować, że coś niedobrego się z nim dzieje. Okazało się, że olej miesza się z płynem chłodniczym – usterka dość poważna. Po rozpytaniu się o dobry warsztat samochodowy zjawiliśmy się w poleconym zakładzie, gdzie dość szybko nas poinformowano, że trzeba wymienić głowicę cylindra. Koszt: 900 EUR. Nie znam się na samochodach, ale jako że to były moje początki życia tutaj, to i myślałam jeszcze polskimi kategoriami, czytaj: przeliczałam kasę na złotówki. „3600 PLN za jakąś głowicę?!!!” zachwycona nie byłam, ale mój Luby był zdany na samochód, żeby w ogóle dostać się do pracy, więc w akcie desperacji zdecydował się na tę kosztowną naprawę swojego grata. Nowa głowica została wykonana specjalnie pod wymiar w jakimś specjalistycznym zakładzie w innym mieście. Po jej wymianie przejechaliśmy ok. 300 km, gdy samochód znowu zaczął meldować tą samą awarię... Powrót do warsztatu, podrapanie się po głowie „fachowca” i kolejna propozycja: „To w takim razie zainstalujemy inną, używaną głowicę.” „?!!!” pomyślałam sobie. „Skoro nowa głowica, wykonana pod wymiar nie pomogła, to jakim cudem ma zadziałać, jakaś stara, używana?” spytałam się. „Czasem tak bywa.” brzmiała odpowiedź. Ogólnie uznałam to za bzdurę, ale „fachowiec” z bożej łaski innego pomysłu na naprawę nie miał, a jak mi wytłumaczył Luby, jeśli ktoś nie wywiązał się ze zlecenia, to trzeba dać mu szansę na poprawienie swoich świadczeń. Bez tego usługodawca nie odda pieniędzy, a pójście do innego wiąże się z poniesieniem kosztów od zera. Samochód został zatem znowu w warsztacie. Po jego oddaniu nie tylko stosunkowo szybko znowu kontrolki zaczęły meldować stary problem, ale dodatkowo silnik przy każdym zwolnieniu, czy zatrzymaniu się na światłach zaczął gasnąć... Znowu warsztat. Ja chciałam żądać zwrotu pieniędzy i poszukać innego warsztatu, okazało się, że to za szybko i że pierwszemu zakładowi ciągle przysługuje prawo poprawki (czy w Polsce też panuje tak poronione prawodawstwo, umożliwiające partaczom podjęcie stu kolejnych prób naprawy?!).
Warsztat uczepił się głowicy cylindra jak rzep psiego ogona, bo jeszcze dwa razy ją wymieniano, a po każdej wymianie samochód rzęził coraz straszniej. Już patrzeć na niego nie mogłam, a że i miał swoje lata (wówczas 16), zaczęłam na głos rozważać opcję wzięcia kredytu i poszukania czegoś nowszego. Mój Luby nie przykłada jednak wielkiej roli do czterech kółek (cecha, którą ogólnie bardzo cenię) i uparł się, że starego grata można by jeszcze trochę poeksploatować. „Pod warunkiem, że w ogóle da się nim jeździć.” skomentowałam sarkastycznie. Już 9-ty miesiąc ciągnęła się historia naprawy wozu, który stał się numerem jeden wielu rozmów. Po kolejnym powrocie gruchota z warsztatu, na chwilę zapanował spokój, aż do kolejnej dłuższej trasy, gdy to na autostradzie samochód zaczął meldować problem z silnikiem. Luty, wieczór, śnieżyca i akurat żadnego punktu, żeby się zatrzymać. Luby zaczął jechać już ostrożniej i niesamowite szczęście mieliśmy, że w chwili, gdy wyczuł, że za chwilę grat padnie pojawił się zjazd. Tyle co nam się udało opuścić pełną ruchu autostradę. Na zjeździe auto padło i nie chciało posunąć się ani o metr. W  śnieżycy czekaliśmy ponad godzinę na odholowanie. Okazało się, że przy ostatniej wymianie głowicy w warsztacie źle zamontowano różne części, w tym pas rozrządu, który przeskakiwał o kilka ząbków. Wszystko razem wzięte spowodowało, że stopiły nam się części silnika... Samochód został odprowadzony przez firmę odholowującą do znienawidzonego już przeze mnie warsztatu. Tam pracownikom udało się auto na tyle postawić na nogi, że udało nam się nim dojechać do Polski. Zarządziłam bowiem, że skoro Luby tak się upiera przy naprawie tej kupy złomu, to zrobimy to w moim kraju, gdzie ludzie chętnie skupują stare, niemieckie graty, a potem jeżdżą na nich jeszcze przez kolejne 20 lat.
Gdy polscy mechanicy usłyszeli historię naszego biednego wozu, to aż się za głowę złapali. Podobno głowicę cylindra wymienia się po mechanicznym uszkodzeniu. Oni w ciągu 15 lat egzystencji ich warsztatu mieli przyjemność uczynić to jeden jedyny raz. Jeśli w takim przypadku, jak nasz, wymiana uszczelki przy głowicy nie pomoże, to oznacza to, że albo w obudowie silnika, albo w którymś z kołpaków jest rysa – trzeba wymienić obudowę silnika. Naprawa trwała 3 dni. Wystarczyła używana obudowa bez rysy. Wszystkie inne części zostały przełożone. Przy okazji okazało się, że niemiecki warsztat najprawdopodobniej podczas „naprawy” po stopieniu się części silnika źle zainstalował pompę wody, która się połamała i jeszcze jakiś element był de facto śmieciem, a który przy tych wszystkich naprawach powinien zostać dojrzany przez oko eksperckie. Przy tak dużej naprawie wymieniliśmy przy okazji sprzęgło. Całość naprawy to mniej więcej koszt wymiany tej jednej głupiej głowicy w Niemczech.
Po powrocie do Niemiec zadzwoniliśmy do warsztatu, który przez ponad 9 miesięcy nie był w stanie naprawić nam auta i oznajmiliśmy, że zasięgnęliśmy porady eksperckiej gdzie indziej, z której wynika, że ich sposób działania był błędny i domagamy się zwrotu pieniędzy za źle wykonaną usługę. Warsztat niezwykle się obruszył, ale w końcu obrażonym tonem pracownik odrzekł, że co najwyżej połowę całej sumy mogą nam zwrócić. „Skoro tak szybko są gotowi oddać połowę, tzn., że są świadomi swojego błędu” pomyślałam i uparcie domagałam się całości. I w końcu udało nam się odzyskać większość zapłaconej im kwoty.
Od tej historii minęły ponad dwa lata. Grat, co by nie przechwalić nie skarży się i jeździmy sobie nadal staruszkiem. Luby miał rację, żeby nie kupować innego samochodu. W międzyczasie przywaliłam w nim słupek, który z dnia na dzień pojawił się w miejscu, w którym zawsze wykręcałam wóz... Przynajmniej się nie denerwuję tą rychą. Zresztą mechanicy w Polsce ładnie ją zatuszowali:)

PS. Gdy piszę ten post to za oknem już trzeci dzień z rzędu tutejsi robotnicy przycinają gałęzie jednego(!) drzewa... Jakby tym ludziom przyszło odbudować Warszawę, to by po dziś dzień byli jeszcze przy odgruzowaniu.

A a'propos termy, najemca się do nas ostatnio odezwał, że w ramach odszkodowania za wysokie zużycie gazu wynikłe z błędnej usługi firmy grzewczej, owa firma oferuje bezpłatnie swoją następną usługę serwisową... Odpowiedziałam, że póki tu mieszkamy, to firma ta progu mojego domu nie przekroczy.

I czy ja kiedyś nie pisałam coś o rzekomej wysokiej jakości wykonywanej pracy w Niemczech? Najwidoczniej podobnie jak wielu ludzi żyłam jakimiś stereotypami.

11 lutego 2016

Zawód "cieśla"


Wiem, wiem – miało być o samochodzie, a tu tytuł zapowiada historię o cieśli. Nie wynika to jednak z faktu, że w Niemczech cieśli zatrudnia się w warsztatach samochodowych. Co to, to nie. Po prostu ostatnio wybraliśmy się z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem na śniadanie do kawiarni, gdy tu nagle nieopodal naszego stolika wyrosło dwóch cieśli będących w trakcie swojej trzyletniej tułaczki. Odziani w tradycyjne ciesielskie ubranie wygłosili równie tradycyjną przemowę, w której poprosili gości owego przybytku gastronomicznego o skromne datki. Spotkanie na żywo przedstawicieli tejże profesji będących w trakcie sławetnej tułaczki przeżyłam tak silnie, że całą noc mi się potem śnili. Postanowiłam zatem wbrew mojej wcześniejszej obietnicy opowiedzieć Wam dziś o niemieckich cieślach.

Kilka lat temu dostałam bodajże na imieniny od mojego przyjaciela Johannesa (kochany, wiem że czekasz na tego posta z niecierpliwością, ściskam Cię zatem gorąco!) enerdowski film „Der Spur der Steine” nakręcony przez Franka Beyera na podstawie powieści Ericha Neutscha. Jednak XI Plenum Centralnego Komitetu Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, słynne z wprowadzonego zwrotu w polityce kulturalnej NRD doczepiło się wówczas także i tego filmu wstawiając go na listę filmów wyklętych. Powodów było kilka. Po młodzieżowych wystąpieniach jesienią 1965 partia stała się bardziej strachliwa. Ponadto towarzyszom nie podobała się duża otwartość (jak na tamte czasy), z jaką twórcy przedstawili swobodne obyczaje seksualne bohaterów. Obok owych posiłkowych przyczyn istniała jednak jeszcze jedna: zaprezentowany obraz, jak partia sprawuje rządy i jakie rozgrywki prowadzi. Po półrocznych debatach wyrok zapadł. Film został zakazany. Publiczność miała zobaczyć go dopiero po 35 latach od tamtych wydarzeń, a ja dzięki wspomnianemu już Johannesowi miałam tą przyjemność ok. 5 lat temu. Było to moje pierwsze zetknięcie z cieślą w wydaniu niemieckim. Akcja filmu toczy się bowiem na wielkiej budowie, gdzie brygadą cieśli dowodzi Hannes Balla. Balla i jego ekipa mają gdzieś odgórne przepisy, nie przeszkadza im to jednak w uzyskiwaniu rewelacyjnych rezultatów w pracy. Aby wywiązać się z powierzonych zadań nie raz balansują na granicy prawa. Góra toleruje ich nie zawsze cnotliwe metody ze względu na produktywność i pracowitość całej brygady. Konstelacja zmienia się, gdy na budowie zjawia się sekretarz partii: Werner Horrath. Obydwaj mężczyźni zakochują się w pani inżynier Katii Klee (grana przez polską aktorkę – Krystynę Stypułkowską). Więcej nie zdradzę, zapraszam do obejrzenia filmu, mogę tylko jeszcze nadmienić, że w efekcie miłosnych perturbacji sprawa zostanie postawiona pod osąd zgromadzenia partyjnego.
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/36/Bundesarchiv_Bild_183-1989-1123-035%2C_Berlin%2C_Wiederauff%C3%BChrung_%22Spur_der_Steine%22%2C_Manfred_Krug%22.jpg
Manfred Krug - odtwórca głównej roli w filmie "Der Spur der Steine"Źródło: Udostępnione Wikimedia przez Das Bundesarchiv , zdjęcie udostępnione do dalszego wykorzystania na podstawie licencji CC-BY SA 3.0 DE
 
Poza artystycznymi i kulturalnymi walorami filmu można dzięki niemu zaznajomić się bliżej z niektórymi tradycjami zawodu cieśli. Przede wszystkim widz może zobaczyć, jak wygląda tradycyjny strój cieśli w Niemczech. Składa się on z:
  • czarnego kapelusza o szerokim rondzie
  • białej koszuli ze stójką
  • spodni dzwonów z kieszeniami bocznymi
  • kamizelki z ośmioma guzikami z masy perłowej (symbolizującymi ośmiogodzinny rytm pracy)
  • marynarki z sześcioma guzikami, także z masy perłowej (symbolizującymi sześć dni roboczych w tygodniu) oraz z trzema guzikami na każdym z rękawów jako znak trzech lat nauki i trzech lat wędrówki
  • czarnych lub w innym ciemnym kolorze butów tudzież kozaków
  • coś a'la krawat – na podstawie jego koloru można rozpoznać przynależność do cechu
  • kolczyka (wbitego przy pomocy gwoździa i młotka...) lub znaku cechu
  • kijek „Jasia Wędrowniczka” (wyciosany ze specjalnego drewna, które cieśla przed wędrówką musi sobie sam znaleźć)
  • tobołka zaczepionego na kijku

    Datei:Gesellen1.jpg
    Autor: A Stemmer, zdjęcie dopuszczone do kopiowania przy zachowaniu warunków licencji
    CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/).
    Ja niestety wzięłam ze sobą na śniadanie tylko chusteczki higieniczne i szminkę...

Zanim jednak cieśla zostanie cieślą w pełni tego słowa znaczeniu musi po zakończeniu nauki wybrać się na tułaczkę, która trwa trzy lata i jeden dzień. Dlatego też tak ważnymi elementami jego stroju jest kijek z tobołkiem. To w nim transportuje potrzebne mu do pracy narzędzia i ewentualnie jakieś rzeczy osobiste. Opuszczając rodzinną miejscowość nie powinien mieć przy sobie więcej niż 5 EUR. W ciągu owych trzech lat wędrówki nie wolno mu zbliżyć się do miejsca swojego pochodzenia na odległość 50 km. Złamanie tej zasady jest równoznaczne z przerwaniem tułaczki, co z kolei oznacza utratę honoru. Wędrówkę można odbywać samemu lub we dwójkę. Podróżować można tylko na piechotę lub autostopem. Wyjątek stanowi zezwolenie na skorzystanie z samolotu, gdy cieśla chce się dostać na inny kontynent. Wędrówkę mogą odbyć tylko osoby, które wcześniej zdały egzamin na czeladnika, są wolnego stanu, bezdzietne i nie mają żadnych finansowych zobowiązań. Wcześniej do zawodu czeladnika, a co za tym idzie do zaszczytu odbycia tułaczki dopuszczano tylko mężczyzn. Obecnie cechy otworzyły swoje podwoje także dla kobiet. I tym sposobem znajomy natknął się ostatnio na kobietę – cieślę podczas wędrówki.
Pewnie to czytacie i wykrzywiacie buzie, po kiego czorta ten cały cyrk. Ano, co by taki cieśla zdobył doświadczenie zawodowe. Podczas wędrówki puka on bowiem do drzwi różnych firm, które mają obowiązek zatrudnić go za wikt i opierunek. Z każdego miejsca, do którego zawitał zbiera odpowiedni stempel w swojej wędrownej książeczce. Stanowią one dowód odbytej przez niego trasy i zdobytego doświadczenia. Bywają jednak okresy, kiedy taki cieśla nie ma pracy, jako że przemieszcza się z jednego miejsca do innego (wędrówka odbywa się bowiem w specjalnym rytmie podzielonym na czas pracy i tułaczki) i wtedy musi liczyć na dobre serce prywatnych osób. Właśnie takich dwóch cieśli spotkaliśmy podczas naszego śniadania i mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Małżonek nawet hojnie ich wsparł czując się jak ich pobratymiec ze względu na fakt, że sam jako młody chłopak odbywał praktyki w firmie budowlanej. A ja z kolei szalenie cenię tych ludzi za to, że zdecydowali się na pielęgnowanie tej niełatwej i niezwykle już starej tradycji (ma ona bowiem na karku już kilka ładnych wieków). I to w XXI w. (!), kiedy dzień powszedni w jednym z najlepiej sytuowanych państw świata mógłby być dla nich tak łatwy.
Nie mam dostępu do statystyk cechów, ilu cieśli w ostatnim czasie zdecydowało się na ten krok, muszę się więc posiłkować Wikipedią, co czynię niechętnie, bo lubię opierać się na bardziej sprawdzonych źródłach. W 2010 wzdłuż i wszerz Niemiec miało tułać się niewiele powyżej 450 cieśli. Na całym świecie liczba ich miała wynosić ok. 10.000. Ta typowo niemiecka tradycja została bowiem adaptowana przez niektóre kraje, w tym Danię, przy czym wielu duńskich cieśli przynależy do niemieckich cechów, Szwecję, Norwegię, Francję, a nawet Australię.

Z opisaną przeze mnie tradycją kojarzony jest głównie zawód cieśli, ale także i inne cechy mają podobną zasadę. Czas wędrówki może się w ich przypadku różnić. Nieraz wynosi on tylko dwa lata. Stroje różnią się w zależności od cechu. Kolor czarny jest związany z zawodami związanymi z drewnem, jasne barwy zarezerwowane są dla kamieniarzy, niebieski dla osób pracujących z metalem.


Jeśli zatem właśnie zastanawiacie się nad swoją ścieżką zawodową, to może właśnie podrzuciłam Wam pomysł:)


PS. A w ramach serii „Polen am Bau” o gehennie, jaką przeszliśmy z naprawą samochodu obiecuję napisać następnym razem.













20 stycznia 2016

Polen am Bau - historia pewnej termy


W sieci króluje już od lat pewien niemiecki skecz „Polen am Bau”, który w zabawny sposób porównuje pracę polskich i niemieckich majstrów. Humor niemiecki jest często dość płaski, ale ten skecz im się naprawdę udał. A może podoba mi się on dlatego, bo wprawdzie w wesoły sposób, ale ostatecznie w pozytywnym świetle pokazuje Polaków? Muszę przyznać, że nie wiem, ale zanim jeszcze zamieszkałam w Niemczech patrzyłam na ten skecz z wielkim przymrużeniem oka. Nie wierzyłam po prostu, że praca niemieckiego robotnika ogranicza się do przyjścia, pomarudzenia nt. trudności postawionego przed nim zadania, zjedzenia bułki, a następnie pójścia sobie i pozostawienia na dowód swojej bytności rachunku opiewającego na horrendalną sumę. Rzeczywistość przeszła jednak wszelkie moje oczekiwania, z tą różnicą do skeczu, że raczej nie doprowadza nas do spazmów śmiechu, tylko płaczu.
O niemieckich fachowcach mogłabym już napisać kilkutomowe książki. Część naszych znajomych zdecydowała się pobudować sobie domy. Historie błędnie wyliczonego dachu, niewłaściwych okien, jakie zainstalowano itp. ciągną się w nieskończoność. Obecnie w pracy mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża króluje historia jednego z jego kolegów, który od dwóch już lat nie może się doczekać przyjścia robotnika z firmy telekomunikacyjnej w celu doprowadzenia internetu i telefonu... Niemcy, XXI w., a człowiek ma czasami wrażenie, jakby wylądował znowu w socjalizmie...
I my mamy całą niestety już listę przykrych spotkań z tutejszymi „fachowcami”. Do napisania tego postu skłoniła mnie historia naszej termy.
Podczas, gdy w Polsce w ramach unijnych wymogów, dyrektyw i innych cudaków w ostatnich latach podłączono do sieci miejskiej całe ulice mieszkań, które wcześniej w ciepłą wodę i ogrzewanie zaopatrywane były przy pomocy term, w Niemczech niezwykle duża liczba mieszkań wyposażona jest właśnie w te okropne urządzenia. Piszę „okropne”, bo wizja bojlera w mieszkaniu nigdy mi się nie podobała, a mieszkanie z tym urządzeniem w Niemczech potwierdziło tylko, że miałam wszelkie podstawy do mojej awersji.
Pierwsza terma w naszym mieszkaniu miała już swoje lata i wyła w dzień i w nocy, jak jakiś wilka na pustkowiu, którego skalpują. Odgłos był tak przeraźliwy, że ewidentnie się bałam wchodzić do łazienki i w ogóle mieszkać z tym cholerstwem pod jednym dachem. Fachowcy z firmy grzewczej W. byli jednak zdania, termę można naprawić i tak ją naprawiali, że w końcu dzięki Bogu zdechła kompletnie. Przyszedł zatem czas na nową termę. „Nareszcie” odetchnęłam. (Niestety nasze mieszkanie wynajmujemy i jesteśmy w takich kwestiach zdani na decyzje najemcy.) Przyszedł zatem wielki dzień instalacji termy. Teoretycznie instalacja powinna trwać ok. 2-3 h, u nas proces instalacji termy trwał całe 8 h. Robotnicy byli wprawdzie punktualnie o 7:30 (to już wielki sukces, bo często przychodzą niezwykle spóźnieni, albo w ogóle), ale już po 30 min. oznajmili, że nie mają potrzebnych części i muszą iść je kupić. Gdy wrócili po ponad godzinie oznajmili, że teraz idą jeść śniadanie. W tym celu udali się do samochodu, gdzie z rozbawieniem obserwowałam ich z okna. Czas spożycia posiłku: 10 min. Przez pozostałe 35 min. czytali gazetę. Po powrocie zabrali się z werwą do roboty. Długo to jednak nie potrwało, jako że stwierdzili, że rano kupili złe części i muszą jechać je wymienić. Znowu zniknęli na długi czas. I tak to się ciągnęło do ok. 18:00, kiedy w końcu zawisła nowa, niewyjąca już terma. Niestety to był dopiero początek. Następnego ranka przywitała nas powódź w łazience. Okazało się, że terma została źle zainstalowana i cała woda z niej wyleciała. Znowu wizyta na pół dnia cudownych „fachowców”. No, udało się. Wkrótce jednak terma zaczęła się dziwnie zachowywać. Ja już prawie nerwicy dostałam, bo jak jeszcze wycie starej termy można jakoś tam było wytłumaczyć jej wiekiem, to burczenie nowej nie miało racji bytu. Przyjechał w końcu ktoś od producenta i stwierdził, że „fachowcy-instalatorzy” dokonali złych ustawień termy. Mieli ją nastawić na mieszkanie o ponad 100m2 większe niż nasze, przez co prawie kocioł się zhajcował. Po jego wizycie pożyliśmy trochę w spokoju, aż do corocznej kontroli urządzenia. Przyszli znowu nasi „ulubieńcy” z firmy W. Następnego dnia terma nie działała... Musieli przyjść zatem znowu... Na trzy miesiące mieliśmy trochę oddechu, aż do grudnia, gdy przed samymi świętami terma się zbuntowała i zaczęła dostarczać tylko zimną wodę. Z drżeniem ręki wybrałam numer najemcy wiedząc, że przyśle on znowu „eksperta” z firmy W. Tak też się stało. „Fachowiec” przyszedł, stwierdził, że terma się przegrzała i wcisnął przycisk Reset. Do wnętrza termy nawet nie spojrzał, sprawdził ustawienia i oznajmił nam, że źle ją użytkujemy. „Super, po dwóch latach od montażu nagle się okazuje, że to my ją źle obsługujemy.” pomyślałam sobie. „Fachowiec” dokonał zmian w ustawieniach, dał nam nowe wskazówki i sobie poszedł. Na święta pojechaliśmy do Polski. Wróciliśmy do mieszkania, w którym panowały tropiki. Nawet ja, zmarźlak, nie mogłam w nim oddychać. Moje kremy miały konsystencję płynną! I to mimo ustawienia żądanej temperatury pomieszczeń na czas nieobecności na 14 °C! Zaczęliśmy obniżać temperaturę na 12°C i 11°C. Nic nie pomagało. W mieszkaniu panował nieznośny upał. Znowu telefon do najemcy, wizyta firmy W. (już po raz 17 w ciągu ostatnich 3 lat, zazwyczaj widzi się pracowników firm ciepłowniczych raz do roku – na kontrolę urządzeń grzewczych...). Do tego czasu terma zaczęła informować o usterce i się wyłączyła. Symbol usterki stwierdzał przerwanie płomienia. 


Diagnoza „fachowca”: mamy wciskać „Reset”, „mróz za oknem” (-3°C... „Jedź do Polski” pomyślałam, gdzie temperatura podczas naszej wizyty spadła w moim mieście do -14°C) „i ciśnienie gazu w rurach spadło, bo każdy grzeje”. Nie ufając (jak mądrze z mojej strony) jego wyjaśnieniom, zażądałam wezwania kogoś od producenta. I co się okazało? Przeróżne części termy wewnątrz jej obudowy były albo spalone, albo nadpalone, w tym rura doprowadzająca gaz! Podążając za wskazówkami robotników firmy W., aby wciskać ciągle „Reset” mogliśmy doprowadzić nawet do eksplozji gazu! Człowiek przysłany przez producenta stwierdził po oględzinach termy, że przed świętami najprawdopodobniej pękła szyba na kotle chroniąca inne części urządzenia przed wysokimi temperaturami kotła. Należało wymienić popsutą część i tyle, ale robotnik firmy W. nawet się nie pofatygował poszukać dogłębniej problemu, tylko dokonał ustawień jeszcze bardziej obciążających pracę termy i skończyło się spaleniem jej różnych elementów... 

Nadpalona rura doprowadzająca gaz...

Nadpalona uszczelka ze spalonymi elektrodami. Obok kawałki  szyby w stanie stopienia, jakiego pracownik firmy produkującej ten typ termy nigdy wcześniej nie widział

Nadpalona i miejscami zdeformowana przez zbyt wysoką temperaturę dysza
I to tyle nt. gdzie kończy się zabawa ze wspomnianego skeczu. Mam alergię na termy oraz na niemieckich fachowców. Nasze noworoczne życzenie: wynieść się stąd! Na wschód, gdzie podobno jeszcze ostało się trochę robotników, którzy nie wystawiają życia ludzkiego na próbę. W następnym poście opowiem Wam, jak w efekcie naprawy naszego samochodu przez niemiecki warsztat stopiły nam się części silnika...
Ludzie, szanujecie polskich fachowców, bo sama nie wiedziałam jakie to złoto!

14 stycznia 2016

Lepsze już disco polo od Sylwestra w Kolonii




I stało się: „Wilkommenskultur” [kultura gościnności] w Niemczech pękła. Święta spędziliśmy w Polsce i tam też przywitaliśmy Nowy Rok. Mojemu wkurzeniu na beznadziejną muzyke disco polo, którą nas katowano całą noc sylwestrową (czy my Polacy już naprawdę nie umiemny się bawić przy niczym innym?! Na wsi disco polo, w mieście disco polo, w Niemczech na imprezach dla Polaków disco polo...) położyła kres niespodziewana radość, że nie wpadliśmy na pomysł świętowania Sylwestra w takiej Kolonii, albo Hamburgu... 
W grudniu wyjeżdżaliśmy z kraju chełpiącego się swoją otwartością dla uchodźców, a w styczniu wróciliśmy do państwa, którego wielu obywateli zieje nienawiścią do nich tudzież po prostu otwarcie pokazuje strach przed nowymi przybyszami. Tabu narzucone na rozmowy o problemach, jakie niesie ze sobą niemiecka polityka ws. uchodźców zostało złamane. Wreszcie. Szkoda tylko, że odbyło się to kosztem setek kobiet.

REŻIM POPRAWNOŚCI POLITYCZNEJ W NIEMCZECH
Któregoś listopadowego wieczoru oglądaliśmy wspólnie z Najcudowniejszym Pod Słońcem Małżonkiem program polityczny poświęcony niemieckiej polityce w sprawie uchodźców. Prowadzona tam „dyskusja” wywoływała u nas skoki ciśnienia, bo rozmowa między politykami różnych frakcji nie miała z dyskusją nic wspólnego. Przedstawiciele lewicowego skrzydła kąpali się we wspaniałości swojej otwartości, zaś osobom szukającym rozmowy o zagrożeniach związanych z obranym przez Niemcy kursem w polityce ws. uchodźców przyczepiali z automatu etykietkę ksenofoba, rasisty i neonazisty. Taki los spotkał wówczas min. polityka CDU, który niezwykle konstruktywnie, bez uwłaczania komukolwiek próbował podnieść kwestie ewentualnego zagrożenia dla społecznych norm w Niemczech wskazując na fakt, że przybysze napływający do Europy pochodzą z krajów, gdzie kobieta jest niejednokrotnie traktowana jak przedmiot, a nie jak podmiot i obawia się, że w zderzeniu z naszą kulturą może dojść do tarć. W odpowiedzi usłyszał wówczas coś o swoim ograniczonym myśleniu i został wepchnięty do kąta populistów z Pegidy.
I tak też mniej więcej wyglądał w niemieckim dniu powszednim cały społeczny pseudo-dyskurs nt. polityki migracyjnej. Aż do sylwestrowych wydarzeń w Kolonii, Hamburgu, Stuttgarcie i Frankfurcie. Ok. 1,5 m-ca po wspomnianym powyżej programie telewizyjnym obawy polityka CDU ziściły się, a o rozmiarach instrumentów sterowania odgórnie narzuconego w Niemczech zdania świadczy fakt, jak niemieckie media publiczne zachowały się w pierwszych dniach po atakach sylwestrowych na kobiety: wydarzenia te praktycznie przemilczano. To podobno fakt wysokiej liczby ofiar spowodował, że temat wypłynął i jak FAZ w swoim artykule z 06.01.2016 („Wissen sie nicht, was sie berichten sollen?” [Czy nie wiedzą, co mają podać w wiadomościach?” - tł. K.M.] podsumowuje, że programy telewizji publicznej zaserwowały widzom niczego sobie show. Donosząc, że na przed dworcem w Kolonii zebrało się sporo mężczyzn o wyglądzie sugerującym ich pochodzenie z krajów arabskich oraz z Afryki postawili w stan ogólnego oskarżenia każdego migranta z tych regionów, który przybył do Niemiec w ciągu ostatnich 60 lat. Ale to dopiero początek rozrywki, bowiem już na ARD, w programie „Anatomia wydarzeń sylwestrowych” wyrażono wątpliwości odnośnie pochodzenia sprawców mimo że brak było jakichkolwiek sygnałów, iż relacje ofiar nie miały pokrycia w rzeczywistości. Dziś wiemy, że wielu z podejrzanych posiada papiery uchodźców lub ubiega się o status azylanta, ale także że niektóre napastowane kobiety zostały oswobodzone od napastujących ich mężczyzn przez innych uchodźców. Czy to naprawdę tak trudne mówić o pewnych kwestiach wielopłaszczyznowo, a nie dzielić na siłę świata na „biały” i „czarny”? Niestety powstały z dobrych pobudek w końcu lat 60-tych program poprawności politycznej przeobraził się w międzyczasie w Niemczech w reżim językowy, który niezwykle łatwo stawia przeciętnych ludzi w stan oskarżenia za użycie sformułowania nieakceptowanego nazwijmy to „odgórnie”. Do dnia dzisiejszego nie wiem, kto podejmuje decyzje, które słowa i wyrażenia, mające jeszcze kilka lat temu charakter neutralny, dziś są uznawane jako obraźliwe, ale obserwuję, jak blokuje to w wielu kwestiach zdrowy dyskurs, sprowadzając rozmowy na manowce sztucznego konsensusu.

KOSZTEM OFIAR
Coraz głośniej mówi się o tym, iż to strach przed załamaniem niemieckiej „Wilkommenskultur” oraz większą aktywnością organizacji neonazistowskich miał być odpowiedzialny za ukrywaniem przed społeczeństwem różnych informacji tudzież ich relatywizowanie do takiego stopnia, byle tylko nie wywołać kontekstu politycznego powiązanego z uchodźcami. (o czym pisze min. także FAZ w swoim artykule z 06.01.2016). Cena zamiecenia pod dywan traumy ofiar wydarzeń sylwestrowych nie była najwidoczniej zbyt wysoka w porównaniu z interesami poszczególnych organów, by świętokradczo nie naruszyć obrazu części przyjętych uchodźców. Rozmiar wydarzeń okazuje się jednak tak duży, że trzeba jednak wyjść z jakimiś słowami do społeczeństwa i tak burmistrz Kolonii Henriette Reker w swoim programie prewencji zaleca kobietom i dziewczętom trzymanie się od innych na odległość ramienia. Jakby się tak zastanowić, to w chwili napaści seksualnych sporo kobiet pewnie i pozostawała od części sprawców właśnie w takiej odległości, kiedy oni swoimi wyciągniętymi łapskami je obmacywali... 
W ramach odpowiedzi na tą niezwykle światłą radę pojawiło się już w Niemczech wiele satyrycznych odpowiedzi. Poniżej mój osobisty komentarz:

W celach artystycznych wykorzystano historyczne zdjęcie z gazety NEW YORK TIMES opublikowane na stronie boston.com

Ale teraz tak na poważnie: dlaczego to ofiara, a nie sprawca ma zmieniać swoje zachowania?! Może jeszcze powinnyśmy zakładać chusty i burki, bo do tego część sprawców przywykła i może nie będzie na nich działać jak płachta na byka?

TOLEROWANIE NIETOLERANCJI
Tak jak niemieckie media z mojego punktu widzenia stosunkowo dobrze przygotowały mentalnie społeczeństwo na przyjęcie uchodźców, o czym pisałam tutaj: (http://sbundowani.blogspot.de/2015/09/euromajdan-eu-imigranci-i-media.html), to późniejsze ich działania były jedną wielką katastrofą. Uprawiana polityka poprawności politycznej nie dopuszczała dyskusji o ewentualnych problemach, zagrożeniach i lękach. Reportaże były utrzymane w płaczliwo-współczującym tonie o ciężkim losie poszczególnych uchodźców oraz wysławiających pod niebiosa Niemców-wolontariuszy, którzy z takim zaangażowaniem chcą pomóc. „Tak, jesteśmy tacy cudowni.” można było się poklepać po ramieniu. Druga strona medalu całej tej historii pokazywana była niezwykle rzadko i od razu z wytłumaczeniem: „Bo przecież oni stracili wszystko i nie wiadomo, co jeszcze przeżyli podczas ucieczki.” W ogóle hasło: „Nie wiadomo, co ci ludzie przeżyli podczas ucieczki.” stało się standardowym wytłumaczeniem dla wszelkich zachowań odrzucających przez przybyszy norm kultury niemieckiej. Obserwowałam z niezwykłym zainteresowaniem, jak stwierdzenie to wpisało się z czasem w politykę liceum, w której pracuje mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Małżonek. Z dnia na dzień pojawiły się u nich dzieci uchodźców i od razu zaczęło się od awantur rodziców, że ich córki „na wf ćwiczyć nie będą, bo chusty spadną im z głów”. Inne dzieci zaprotestowały przed wejściem do sali lekcyjnej, bo „było w niej za dużo Chrześcijan” tudzież bo „było w niej za dużo Arabów” (te słowa padły z ust dziecka kurdyjskiego pochodzenia). Wszystkie tego typu zachowania władze szkoły tolerowały powtarzając jak mantra „Nie wiadomo, co oni przeżyli podczas ucieczki.”. Nauczycieli działających według zasady: „wszystkich obowiązują takie sama prawa” dyrektor szkoły zestrofował podczas konferencji zarzucając im „facebookowy poziom”. Ale czy to nie powinno być tak, że to gość dostosowuje się do zasad panujących w domu gospodarza, a nie narzuca mu swoje? Wygląda jednak, że nie wszyscy imigranci to rozumieją, a spójnego programu integracyjnego jak nie było, tak nie ma. 11.01.2016 FAZ opublikowało artykuł Samuela Schirmbecka zaczynający się słowami: „To co się stało w noc sylwestrową w Kolonii, dzieje się teraz, w tym momencie i to w najbardziej oczywisty sposób, w biały dzień w Afryce Północnej oraz w świecie arabskim: kobiety są atakowane na tle seksualnym, poniżane, a jeśli odważą się zaprotestować przeciw takim zachowaniom, wyzywane są od 'dziwek' i 'kurw'.” [tł. K.M.] Jeśli wierzyć tym słowom, to wygląda, że goście zza morza mają poczucie, iż mogą tutaj robić, co im się rzewnie podoba, ale czemu się dziwić, jeśli już część uchodźców w wieku szkolnym potrafi odpowiedzieć na polecenie nauczyciela słowami „Tutaj są Niemcy, tutaj można robić, co się chce.” (taką odpowiedź miał przyjemność usłyszeć Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Małżonek...). „Z jaką wizją Niemiec i Europy ci ludzie przybywają do nas?!”, ja się pytam i skoro już dzieciaki mają takie wyobrażenie o kraju, do którego przybyły, to łatwo można się domyśleć, co myślą ich rodzice, kuzyni... Jeśli tego typu zachowanie się toleruje bez jakichkolwiek protestów (co w szczególności miało miejsce w landach kierowanych przez lewicowe frakcje) , to nic dziwnego, że któregoś dnia przybyli z krajów muzułmańskich mężczyźni wychodzą z założenia, że i oni mogą dać upust swoim seksualnym potrzebom w sposób, w jaki czynią to w swoich krajach...

SĄ JUŻ TACY, CO ZACZĘLI SIĘ BRONIĆ PRZED OBCYMI WYCIĄGNIETYM RAMIENIEM
Forsowana na siłę „polityka gościnności” niepoparta otwartą rozmową ze społeczeństwem o jego obawach, lękach oraz wątpliwościach odnośnie polityki ws. uchodźców oraz kwestia zrzucenia w dużym stopniu na barki obywateli szeregu problemów związanych z przyjęciem imigrantów w szeregi społeczeństwa niemieckiego spowodowała, że spora grupa ludzi zasiliła w ostatnim czasie zastępy prawicowych radykałów. To było oczywiste, że część obywateli mających poczucie bycia ignorowanymi zwróci się w stronę, gdzie będą mieli poczucie bycia wysłuchanymi. Kolejna grupa to ludzie wepchnięci przez lewicowych radykałów w szeregi nacjonalistycznej prawicy – w myśl zasady „jestem tym, kogo ze mnie zrobiliście”. I faktycznie w relacjach z różnych demo partii NPD lub AfD pokazywani są często ludzie, którzy przyznają, że wcześniej niekoniecznie identyfikowali się z tymi ruchami, ale mają potrzebę wyrażenia otwarcie swojej opinii i te środowiska im na to pozwalają. Nacjonaliści natomiast utwierdzają się w wierze o słuszności ich przekonań. Szczególnie niebezpieczne są żądne rozrób i zemsty bandy neonazistów, które tj. w ostatnich dniach w Lipsku organizują akcje odwetowe. Niszczenie przez nich sklepów obcokrajowców obudziło niemiłe skojarzenia z Nocą Kryształową... Brawo politycy! Jeśli to był Wasz cel, to Wam się udało.

W POLSKIM LUSTRZE
Wesoło zaczął się nam rok w Niemczech, ale może niech ten tekst będzie i małym pocieszeniem dla Was moi Rodacy. Patrząc, jak funkcjonuje telewizja w Niemczech, (a żeby było weselej tutaj składki pobierane są od mieszkania, a nie od posiadanego odbiornika, także czy się ma telewizor, czy nie, swój haracz na rzecz telewizji państwowej operującej „niezwykle bezstronniczo” trzeba uiścić i choć przeróżne analizy prawne i naukowe ustawę o opłacie telewizyjnej w tej postaci uznały za niezgodną z konstytucją, to Niemiecki Trybunał Konstytucyjny wszelkie skargi uznał za bezzasadne) oraz obserwując, jak telewizja publiczna wcale nie ustępuje telewizji państwowej w prezentowaniu niejednokrotnie półprawdy (dzięki Bogu znam kilka języków i informuję się z mediów kilku krajów, stąd też wydaje mi się, że mogę to jako tako ocenić) – to sobie myślę, że może z kondycją naszej demokracji jeszcze nie jest aż tak źle.

I tym „optymistycznym” akcentem kończę moje wywody życząc Wam, aby Rok 2016 przyniósł nam jednak więcej pozytywnych aniżeli negatywnych zwrotów politycznych i społecznych, a co by zapewnić moim życzeniom większą szansę ich realizacji zamieszczam zdjęcie polskiego i niemieckiego gwaranta powodzenia:) W Niemczech ludzie obdarowywują się na Nowy Rok świnkami, co by przyniosły im szczęście, a ja oczywiście jako zabobonna Polka zadbałam o polskie towarzystwo dla naszego Chrumka. Do siego zatem!

Chrumek i Trąbka


24 grudnia 2015

Wesołych świąt!

Kochani, 

życzę Wam magicznych świąt Bożego Narodzenia,

rozkoszujcie się czasem z bliskimi,

zatrzymajcie te piękne chwile,

tak by każdy dzień w Nowym Roku niósł ze sobą atmosferę 

ciepła, liskości i miłości!

 

 

13 grudnia 2015

Z jakiej okazji Niemcy dają sobie w prezencie buble?


W Niemczech w okresie bożonarodzeniowym praktykowana jest dość dziwaczna tradycja obdarowywania się śmieciami. Rzecz polega na tym, by pozbyć się z domu badziewi – popsutego, zardzewiałego chłamu tudzież rupieci, które nie są nam już potrzebne, lub nie podobają się nam i nie wyjść z imprezy z bublem, w którego posiadanie nikt, ale to już nikt nie chce wejść. Zwyczaj cieszy się tak dużą popularnością, że powstały sklepy internetowe reklamujące buble. Można w nich kupić min: ”Symfonię pralki”, nauszniki w kształcie piersi, czy też torebkę dla zakrycia brzydkiej twarzy. 
Zabawa jest organizowana w gronie przyjaciół, kolegów szkolnych, czy współpracowników. Ja przykładowo zorganizowałam w tym roku Schrottwichteln także w grupach obcokrajowców, którym przybliżam język i kulturę naszych zachodnich sąsiadów, wczoraj zaś byliśmy na tradycyjnej imprezie śmieciowej w gronie naszych znajomych. Impreza była połączeniem:
- imprezy poprzeprowadzkowej naszego kolegi (w Niemczech jest dość oczywistym, że gdy ktoś ze znajomych ma przeprowadzkę, to grono kolegów stawia swoje muskuły na ten dzień do dyspozycji, a w nagrodę potem przeprowadzający się organizuje imprezę na ich cześć. Właśnie wczoraj honorami była otoczona nasza ciężka praca z końca września, kiedy to pomogliśmy Guido przenieść jego kram do nowego mieszkania. Poniżej dowody na to, jak mocno zasłużyliśmy na nagrodę:)



- wspólnego ubierania drzewka bożonarodzeniowego (Guido nie miał do tej pory miejsca na choinkę, dopiero w nowym mieszkaniu mógł sobie na nia pozwolić i wczoraj ją wszyscy wspólnymi siłami przystroiliśmy. Każdy musiał ze sobą przynieść jakieś ozdoby. My zrobiliśmy łańcuch z kolorowymi kokardkami, którego nauczyła mnie go robić mama, jak byłam małą dziewczynką:)

Tak się prezentowało drzewko, gdy każdy zawiesił swoją ozdobę. Dorzucił się nawet kot Kathrin, który musiał oddać swoja szmacianą mysz na ten cel.

- oraz Schrottwichteln(!)

Przebieg całej procedury wygląda następująco. Na imprezę przychodzimy z bublem zapakowanym w gazetę lub worek na śmieci. Gdy wszystkie podarki są już złożone w jednym miejscu zaczyna się walka o zdobycie prawa do wybrania sobie jednego z prezentów. 



Furtkę Sezamu otwiera wyrzucenie szóstki. Jeśli wyrzuciło się inną liczbę, to swojego szczęścia próbujemy w kolejnej turze. Gdy już wszyscy mają w rękach gazetowe zawiniątko dochodzi do uroczystego aktu rozpakowania podarku, w którego posiadaniu się znaleźliśmy.

Przyrząd kuchenny, który losowo wybrałam z góry pakunków po wyrzuceniu szóstki


A tą oto cudowną książeczkę odkrył mój cudowny małżonek, gdy rozpakował swój podarek: "Ubierz Angie" - książka z papierową lalką kanclerz i wycinankami różnych strojów dla niej...



Dopiero teraz zaczyna się cała zabawa. Po wzajemnych oględzinach swoich bubli wybierany jest król balu w postaci najgorszego barachła spośród całej rupieciarni – cel dalszej gry: tylko nie zostać na koniec gry właśnie z tym cholerstwem, bo moi drodzy podarek, który wybraliśmy z kupy śmieci to nie jest rzecz, z którą zostaniemy na koniec. 
Wczorajszymi dwoma najgorszymi prezentami były gruchoty, które my ze sobą przywlekliśmy:))) stary, niedziałający laptop oraz...
prastary komputer... w popsutej walizce...

To się kolega ucieszył, jak otworzył swoją paczkę...
Na widok zawartości walizki cały pokój gruchnął jednogłośnie "O, du Scheiße!". Poza wielkością naszego pakunku do jego badziewiatości dorzucił się jeszcze fakt, że w Niemczech za oddanie sprzętu elektronicznego do zutylizowania się płaci...  Obdarowany ma więc naprawdę powód do radochy... No cóż komputer za mikser. Też nie chciałam zostać z moją zdobyczą na koniec zabawy, ale najbardziej baliśmy się ponownego wejścia w posiadanie przyciągnietego przez nas chłamu.

Wracajmy zatem do zabawy. Teraz wszyscy siadają w kręgu i na początku określają zasady wymieniania sie prezentami. Są one dość luźne. Można po prostu ciągnąć losy, kto kogo ma obdarować, ale większą popularnością cieszą się bardziej wyrafinowane sposoby wlepienia innym swojej szmiry. Moi znajomi pozostają dalej przy kostce. Dla każdej wyrzuconej liczby zasady przekazywania sobie prezentów. Np. gdy wypadnie jedno oczko każdy przekazuje swoją paczuszkę sąsiadowi z lewej strony. Gdy wypadnie czwórka osoba rzucająca kostką wybiera sobie ofiarę, z którą wymienia się swoimi „skarbami”. Gdy kostka pokaże sześć oczek wszyscy oddają swoje zawiniątka  naprzeciw siedzącej osobie, itd. 



Przekazywanie sobie nawzajem bubli kończy się wraz z upływem z góry ustalonego czasu. Wygrywa ten, w czyich rękach znajdzie się najmniej bolesny chłam. 

Uff, udało się nam:) Obydwoje zostaliśmy z książkami - ja z kucharską starocią


A moje Słońce, jak na filozofa przystało z dziełem Schopenhauera. Właściwie jego zdobycz jest bardzo dobrą pozycją, ale to co dla jednego jest  Schrottem, dla drugiego cennością...
Wczorajszego wieczora "wygrać" można było jeszcze min. przeterminowane kondomy, stojak na CD w postaci kości, badziewne wazoniki, poniższą gęś...(kto produkuje coś takiego i kto to potem kupił???!!!)


Oraz śpiewające i tańczące drzewko bożonarodzeniowe, o którego zdobycie toczyły się zażarte boje, tak nas wszystkich urzekło:)