15 maja 2016

Mydło "made by me", czyli idę do szkoły w Niemczech cz.1

W Polsce zaczął się "sezon maturalny". W Niemczech trwa on już od początku kwietnia i z tej okazji postanowiłam pochylić się dziś nad systemem edukacji w naszych krajach. Nie opiszę Wam jednak niemieckiej szkoły z punktu widzenia rodzica, tylko osoby z  fakultetem metodycznym i pedagogicznym, która ma możliwość podejrzenia niemieckiej szkoły od kuchni.
Temat jest dla mnie o tyle ciekawy, jako że z całego serca wierzę, iż dobre wykształcenie to przyszłość narodu. Oczywiście będąc sama uczennicą nie miałam jeszcze tak górnolotnego podejścia do pobieranego wykształcenia. Ja i moi koledzy nasłuchaliśmy się wprawdzie dostatecznie sporo, że stanowimy sól tej ziemii, że szkoła to przepustka do "lepszego życia" itp., my jednak kojarzyliśmy ją głównie z jażmem nas uciśnionych. Jak przedstawiciele każdej kolejnej generacji i ja biadoliłam, narzekałam i  byłam za zmianą systemu edukacji (nie znając porządnie proponowanych rozwiązań, ani związanych z nimi konsekwencji, ale byłam za). Dziś, po latach, gdy w toku lat poza polskim podwórkiem skonfrontowana zostałam jeszcze z niemieckim i amerykańskim systemem nauczania, oraz miałam okazję przyjrzenia się z boku brytyjskiemu systemowi edukacyjnemu widzę, że naszym głównym polskim problemem w dyskusjach o kształceniu jest nieumiejętność oddzielenia ziarna od  plew. Powtarza się wprawdzie w kółko, że potrzebujemy więcej praktyki, a mniej wiedzy encyklopedycznej, ale gdzie, w jakiej formie, co warto zostawić ze starego systemu, a co nowego wprowadzić, to mam wrażenie nie zostało oddane sensownym badaniom. Ale po kolei.

Znienawidzonym przeze mnie przedmiotem nr 1 w szkole była biologia. Przed każdą lekcją dostawałam bólów brzucha i nudności. W liceum miałam to szczęście, że w klasie mieliśmy Jasia. Jaś był duży i postawny. Siadałam  zatem na lekcjach biologii za nim i zwijałam się w niewidoczną dla nauczycielki kulkę. Pod ławką wyciągałam ksiażkę i czytałam powieści, żeby się odciąć od obrzydliwych rozmów o jakiś obleśnych robalach i pasożytach, które mi się potem tylko po nocach śniły. Właśnie to czyniło dla mnie biologię tak nieznośną. Zamiast zacząć program od nauki czegoś nam bliskiego i przydatnego w życiu codziennym - np. tak o człowieku, to nie, trzeba było chronologicznie. Rośliny, pantofelki i inne cudaki. To było jeszcze nawet do przeżycia, ale te wszystkie robale!!! A co mnie obchodzi, że pochwa tasiemca ma 5 mm?!!! Tyle mi się uchowało w głowie z tych wszystkich koszmarnych lekcji, że jest mejoza i mitoza, pantofelek jest istotą jednokomórkową, a rośliny odżywiają się dzięki procesowi fotosyntezy. Na siedem lat nauki biologii to wyniki dość marne. Za to aby pokazać, gdzie leży np. taka śledziona, to muszę sprawdzać atlas anatomiczny, bo nie mam pojęcia.
Drugim niezbyt lubianym przeze mnie przedmiotem była chemia. Chemia nie stanowiła dla mnie problemu ze względu na swoją obleśność, była po prostu stosunkowo nudna z tym swoim kuciem reakcji chemicznych. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego eksperymentu przeprowadzonego na lekcji. Fakt, że i szkoła nie była odpowiednio wyposażona. Nie mieliśmy czegoś w rodzaju laboratorium, miejsca, gdzie można by podgrzać poszczególne chemikalia, nie wspominając o samych naczyniach. Rozwiązywaliśmy zatem w kółko reakcje chemiczne w zeszytach. Pocieszałam się, że w przyszłości nie będę ich wprawdzie pamiętać, ale przynajmniej uczę się logicznego myślenia. Teraz, po latach trafiła mi się okazja, aby poznać chemię z innej strony.
Pewnego dnia zgadałam się ze znajomym chemikiem, że on na swoich zajęciach pokazuje uczniom, jak wyprodukować mydło. Westchnęłam z żalem, że ja takiej chemii nie miałam i zaraz wybuchnęłam w euforii, jakie to fascynujące mieć takie zajęcia. "Niestety uczniowie nie potrafią tego docenić." odrzekł tylko, a ja spytałam się, czy mogłabym kiedyś przyjść jako obserwator na jego lekcję. Jego propozycja była jeszcze lepsza. Lekcja VIP tylko dla mnie w któryś weekend. I tak oto po 15 latach od zdania matury wróciłam do ławy szkolnej.

Lekcja chemii
Już zaplecze szkolne mnie poraziło swoim wyposażeniem: po prostu małe, ale dość profesjonalne laboratorium.





Także poszczególne ławki uczniowskie mają sprzęt umożliwiający przeprowadzanie różnych reakcji chemicznych.


Muszę w tym miejscu jednak szczerze zaznaczyć, że liceum, do którego ja trafiłam na swoją lekcję chemii było przed 10 laty najnowocześniejszą szkołą w całej Saksonii Dolnej. Nie każdy przybytek edukacji w Niemczech jest aż tak świetnie wyposażony. Także mój znajomy chemik przyznał, że mimo wielu mankamentów systemu szkolnictwa w Saksonii Dolnej (bo każdy land w Niemczech ma swoja własną politykę edukacyjną), które doprowadzają go do szewskiej pasji, zdecydował się dalej tu pracować właśnie ze względu na możliwości, jakie szkoła przed nim otwiera. Nie trapi go brak sprzętu, czy substancji. Zakup potrzebnych materiałów zgłaszany jest szkole, która dalej troszczy się o ich obecność w pracowni chemicznej.
Zaglądamy w takim razie do szafek i bierzemy potrzebne nam rzeczy do naszej dzisiejszej lekcji chemii:)


Zaczynamy od produkcji mydła. Potrzebne będą wyszczególnione poniżej rzeczy.






Nie myślałam, że produkcja mydła, to tak prosta sprawa! Łączymy obydwie substancje z listy, podgrzewamy



 i vuoala! Oto moje pierwsze mydło "made by me":)



No dobrze, za pięknie to ono nie wygląda, bo już byłam zbyt leniwa, żeby się bawić w jego formowanie. Niemniej strasznie się cieszę, że się nauczyłam je robić, jako że mam niezwykle delikatną skórę, która na te wszystkie niezwykle ładne, ale napakowane kupą chemii mydła nie najlepiej reaguje. Od lat najchętniej używam Białego Jelenia i podczas każdego pobytu w Polsce robię sobie jego duże zapasy. Zawsze z obawą, że zgromadzone produkty zużyję mimo wszystko szybciej przed przewidywanym kolejnym przyjazdem do Polski.  Teraz mogę już spać spokojnie, bo w najgorszym wypadku mydło potrafię sobie zrobić sama:)

Po wyprodukowaniu mydła zajęliśmy się produkcją nici poliestrowej.


Oto wersja chemii, jaką poznałam w polskiej szkole:


A to chemia, jaką w miałam przyjemność doświadczyć w Niemczech:



Na koniec dmuchaliśmy jeszcze szkło:)


Ptaszek - moja produkcja:) Chyba jeszcze muszę trochę poćwiczyć

Co jeszcze robią dzieciaki na lekcji chemii w Niemczech? Piątoklasiści hodują np. kryształy.


Potrzebowałam 15 lat od skończenia szkoły, żeby zmienić opinię o chemii:)


Lekcja biologii

Podobnie jak na zajęciach z chemii, także na biologii jest sporo zajęć praktycznych. Poza tradycyjnym rozcinaniem żaby, uczniowie np. ucząc się o budowie narządu wzrokowego kroją min. oczy woła. Moja awersja do tego przedmiotu jest tak głęboka, że mimo możliwości odbycia także VIP-owskiej lekcji biologii zrezygnowałam z tej atrakcji. Niemniej za niezwykle fajną inicjatywę uważam Ogród Ekologiczny, jaki zaprezentowano mi w szkole wyższej IGS (inna forma szkoły aniżeli liceum) w Peine. Ogród ten to swoistego rodzaju mini Zoo, gdzie uczniowie troszczą się o poszczególne zwierzęta, obserwują ich rozwuj oraz prowadzą badania. Ja byłam pod
niesamowitym wrażeniem, gdy dowiedziałam się, że szkoła ta w ramach projektu nauki o nerwach i ich odbudowie współpracuje z instytutem badań nad medycyną w Braunszweigu. W ogrodzie ekologicznym istnieje bowiem mała farma pająków, od których uczniowie codziennie pobierają produkowane przez nie nici. Te są dalej przekazywane instytutowi, gdzie uczniowie mogą zapoznać się z badaniami nad rekonstrukcją nerwów przy pomocy nici pajęczych. Po takich wow-informacjach przemogłam się i obejrzałam sobie dokładniej ową sławetną farmę pająków.


 Lekcja matematyki

Wydawać by się mogło, że skoro takie przedmioty jak chemia i biologia całkiem fajnie funkcjonują, to podobnie rzecz powinna się mieć z matematyką. Z jednej strony wyposażenie szkół umożliwia przeprowadzenie matematyki w ciekawszej formie. Prezentacje trójwymiarowych wizualizacji, czy ruchomych wykresów to praktycznie standard, a jednak mimo tego  (jeśli wyłączyć takie szkoły jak Liceum Siemensa w Magdeburgu, którego uczniowie mają niesamowite sukcesy w dziedzinie fizyki, matematyki, czy robotyki na arenie międzynarodowej) coś z matematyką zdaje się nie funkcjonować. Poziom tego przedmiotu zdaje się być w ostatecznym rozrachunku stosunkowo niski. Wiele tematów jest wprowadzanych później niż w ramach polskiego systemu nauczania. Nie wiem, jak to obecnie wygląda w Polsce, ale uczniowie na lekcji matematyki w Saksonii Dolnej praktycznie nie rozstają się z kalkulatorem. O efekty nie trzeba się długo prosić. Przez ponad trzy  lata naszej bytności w tym regionie Niemiec połowa otrzymanych przez nas rachunków była sumą czegoś, ale nie rzeczy zamówionych/kupionych przez nas.  Nie przesadzam. Problem dotyczy szczególnie sytuacji, gdy obsługująca osoba musi podliczyć zamówienie na kartce. Ostatnio za kawę i lody przyszło mi zapłacić 10,30 EUR, podczas gdy od mojego przyjaciela za dokladnie taki sam zestaw zażądano 11,70 EUR... A jeszcze dziwniejsze było to, że kelnerka się nie skapnęła, że każdemu z nas wyliczyła inną kwotę... Kiedy w takich sytuacjcach zadaję pytanie: "Czy jest Pani pewna?" obsługująca mnie osoba dochodzi często po kontrolnym obliczeniu do nowego wyniku, wyniku niejednokrotnie nadal nie mającego nic wspólnego z rzeczywistością...
I żeby nie było, że wymyślam, to zaczęliśmy kolekcjonować rachunki:



Lekcja  historii

Poziom nauczania na lekcji historii poraża. Oczywiście da się zauważyć pewne różnice między poszczególnymi landami, ale po latach obserwacji i konfrontacji na uniwersytecie, a teraz i w szkole, a także w życiu codziennym, mam fatalne zdanie o tym, jak nauczany jest ten przedmiot. Uczniowie klasy maturalnej często nie znają podstawowych dat. Wychodzą niejednokrotnie ze szkoły z mierną wiedzą o własnym kraju, nie wspominając już o innych państwach. Poprosiłam raz kilku znajomych nauczycieli z różnych szkół, w różnych landach by zrobili ze swoimi uczniami test z ogólnej wiedzy historycznej XX i XXI w. W sumie test został przeprowadzony na grupie 189 uczniów. Czytając odpowiedzi nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać. 63% uczniów klas 11 i 12 nie wiedziało, kiedy zbudowano mur berliński, 59% nie była świadoma, że Niemcy mieli kolonie, ok. 70% nie była w stanie podać okresu trwania II wojny światowej! O wojnie na Bałkanach pod koniec XX w. mało kto miał pojęcie. Na przykładowe pytanie: "Kto rozpoczął proces destalinizacji?" znalazły się odpowiedzi "Stalin"... W takich chwilach ręce opadają, bo to już nie tylko brak wiedzy wychodzi, ale i nieumiejętność logicznego myślenia. A na koniec wisienka na torcie: na pytanie "Kto po II wojnie światowej przyczynił się do zbliżenia ze Wschodem Europy?" otrzymałam nawet odpowiedź "Hitler". Nie dziwią mnie zatem teraz "kwiatki", jak student III roku historii na uniwersytecie w Magdeburgu, którego miałam okazję spotakć jeszcze w czasie moich studiów na seminarium historycznym dot. reżimu nazistowskiego. Pewnego razu na zajęciach usłyszałam z jego ust, że (cytat) "Polacy cieszyli się, gdy naziści zabierali ludzi do obozów koncentracyjnych, bo wiedzieli, że idą tam przestępcy i źli ludzie." Co ten człowiek robił przez poprzednie lata na studiach? - ciśnie się na usta.
I nie czujmy się teraz lepsi, bo my niestety w Polsce od kilku ładnych lat też zmierzamy w tą stronę, by tak uczyć się historii, żeby ją zapomnieć. 

Język obcy

Podczas, gdy Polacy często się chełpią, jak to znają taki j. angielski, to w praktyce okazuje się potem, że ich umiejętności kończą się niejednokrotnie na stwierdzeniu. "Yes, I speak English. A little." Niemcy często władają stosunkowo dobrze angielskim. Uczą się także francuskiego i hiszpańskiego. Na podstawie moich obserwacji mam wrażenie, że w niemieckiej szkole kładzie się spory nacisk na praktyczne zastosowanie języka. Stąd uczniowie podejmują często wspólnie przedwsięwzięcia, jak wystawienie dla szkoły spektaklu w języku obcym, wycieczek do stosownych krajów, wymian międzynarodowych, czy też po prostu angielskich/francuskich/itd. śniadań.



 Lekcja niemieckiego

Na ostatnią lekcję  w naszym planie zajęć wybrałam lekcję niemieckiego.  I tu znowu bajery, jakie w niektórych z niemieckich szkołach nauczyciele mają do dyspozycji zapierają dech w piersiach. Obok tradycyjnych tablic sale lekcyjne są wyposażone w smartboardy połączone z internetem, tak że w każdej chwili można podczas lekcji przeprowadzić wizualizację, wyświetlić tekst, czy skorzystać z opublikowanych w sieci materiałów. Chcąc umówić błędy stylistyczne, językowe w oddawanych wypracowaniach, czy też analizując jakiś tekst, nauczyciel może skorzystać z kamery do dokumentów. Ale co z tego, jeśli najpierw w podstawówce nie uczy się dzieci porządnie pisać, a potem czytać?





Podstawówka trwa w Niemczech 4 lata. Potem dzieci idą do szkoły wyższej. Znam kilka Polek, matek zachwyconych, jaka to fajna ta niemiecka szkoła - dzieci uczą się poprzez zabawę! Ja z kolei za sprawą moich kolegów nauczycieli mogę obserwować to od drugiej strony - do piątej klasy  przychodzi cała masa "przedszkolaków", które piszą "ze słuchu", niezgodnie z zasadami pisowni, bo tak im pozwolono w podstawówce. I tak pierwszym zadaniem na lekcji niemieckiego w szkole wyższej staje się niejednokrotnie konieczność nauczenia dzieciaki pisać! Niejednokrotnie jest to trudne zadanie, jako że łatwiej nauczyć kogoś czegoś nowego aniżeli wypleniać złe nawyki.
Nauczanie na poziomie przedszkolnym w pierwszych klasach szkoły podstawowej znajduje swoje odbicie na innych płaszczyznach. Podczas, gdy w Polsce piątoklasiści poznają mitologię grecką, to w Saksonii Dolnej dostają niejednokrotnie zadania na poziomie  naszej III klasy podstawowej. Polskie rozwiązanie uważam za bardzo fajne, jako że mity wciągają dzieci jak bajki, a przy okazji dostarczając im bazy do analizy wielu utworów literackich w przyszłości. No cóż, ale po co to niemieckiemu uczniowi, skoro w szkole prawie się nie czyta? A jeśli już jakaś lektura stoi w ramach programowych to tylko z literatury niemieckiej. "No przecież przedmiot nie nazywa się literatura światowa." argumentuje wielu nauczycieli. Niby tak, ale przecież niejednokrotnie dzieła literackie powstawały w ramach konkretnego nurtu artystycznego, czy też jako odpowiedź na wydarzenia historyczne w innych krajach. Żeby lepiej zrozumieć rodzime dzieła trzeba się czasem pochylić nad utworami zagranicznymi. W Niemczech w tej kwestii hoduje się raczej ignorantów. Teraz w końcu rozumiem, dlaczego na studiach poznawałam Niemców studiujących do tego jeszcze germanistykę i nie znających "Cierpień młodego Wertera", czy "Tristana i Izoldy", nie wspominając już o takim Balzacu, czy Dostojewskim!
Przedstawiciele młodego pokolenia, którzy za czytaniem przepadają pewnie właśnie sobie myślą,. że to szkoła ich marzeń. Tylko po co chodzić do takiej szkoły? Liceum ma za zadanie wypuścić w świat ludzi z wiedzą ogólną, żeby mieli pojęcie na różne tematy, żeby w różnych sytuacjach się odnaleźli.
Ja nieznosiłam tej mojej znienawidzonej biologii, ale kiedy przyszło mi robić tłumaczenia w naszej Puszczy Białowieskiej na temat roślinności, różnych żyjątek i ich cyklach rozwoju, przynajmniej wiedziałam o czym mówię i nie dziwowałam się, jakbym zobaczyła cyrk na jednym kółku.
Literatura nie produkuje nowszych modeli komputerów, ani smartfonów, nie robi pomiarów ruchów tektonicznych, ale kształtuje myśl humanistyczną. Gdyby w przeszłości więcej ludzi wczytało się w dzieła niektórych autorów, to może uniknęlibyśmy niektórych wojen.  Chyba dobry powód, by się tym przedmiotem  mocniej zainteresować?
Kolejną rzeczą, która odróżnia lekcję języka ojczystego w Saksonii Dolnej od Polski są dyskusje. Podczas, gdy u nas się krytykuje system oświaty, że jest ich w szkole za mało, to w szkole niemieckiej jest ich stanowczo za dużo. Wytyczne programowe landu "Saksonia Dolna" odnośnie nauczania języka niemieckiego można by kolokwialnie tak opisać: "Nie ważne co uczeń wyniesie z lekcji, ważne żeby się wygadał, a nawet jeśli nagadał głupot ma mieć poczucie, że powiedział coś mądrego."
Jestem jak najbardziej za kreatywnym myśleniem i próbą wyjścia poza schematy, ale nie twórzmy chorych systemów! Jak byłam w pierwszej klasie liceum to nasz nauczyciel polskiego faktycznie nie dopuszczał nas do głosu. Pierwsza klasa była poświęcona wyuczenia w nas umiejętności prowadzenia notatek jak na wykładach na uniwersytecie.  Można się kłócić, czy to było dobre, czy złe, jednak w starszych klasach niejednokrotnie część lekcji była poświęcona krótkiej dyskusji poświęconej temu, co my-uczniowie wyczytaliśmy w danym utworze tudzież jak my widzimy pewną problematykę. Niejednokrotnie poszliśmy w trochę nietypową stronę, ale było to dla nas dozwolone. Na koniec nauczyciel przedstwiał nam tzw. "oficjalnie przyjętą analizę". Uważam taki kompromis za całkiem niezły. Są bowiem utwory, których przesłanie jest niezwykle jednoznaczne, niemniej opublikowany tekst pozostaje otwartym źródłem do czerpania w nim i jeśli ktoś doczyta się w nim czegoś dodatkowego, co umie też stosownie zanalizować i uzasadnić, to czemu nie?
Lekcje niemieckiego w Saksonii Dolnej wołają natomiast o pomstę do nieba. Każdy uczeń glindzi trzy po trzy, a jeśli nauczyciel stara się nałożyć w jakimś stopniu ramy, to jest oskarżany o zbyt dużą ingerencję. Jedną z klasówek, jaką uczniowie mają napisać w klasie ósmej to rozprawka linearna (czyli taka, w której przedstawiają tylko swoje zdanie za, albo przeciw). I tak liceum opuszczją ludzie, którzy nie umieją ani analizować, ani argumentować, a to co mówią/piszą odbywa się często na dość prymitywnym poziomie. Jako przykład  podam pracę, która do dziś mnie rozbawia do bólu brzucha. Analizując dość problematyczny utwór Ernsta Jüngersa "In Stahlgewittern",  przez wielu odczytywany wyłącznie jako wychwalający wojnę, a jednak kryjący w sobie o wiele głębszą interpretację, uczennica klasy 11 z fragmentu walki zrobiła analizę życia psychicznego żab w wysokiej trawie, a to wszystko tylko na podstawie jednej informacji o rechocie żaby zasłyszanym w krótkiej chwili między wybuchami pocisków. Tak, wiem, i w polskiej szkole trafiają się tego typu rodzynki, niestety w wielu szkołach w Saksonii Dolnej to codzienność, a wyjątkami są ci uczniowie, którzy sensownie potrafią coś sklecić.
Wstęp do wywodu nt. "życia psychicznego żab", jak ja to określiłam
Ktoś by rzekł, też wielka tragedia, czy naprawdę każdy musi znać kanon literatury światowej? Ano jest to tragedia. po pierwsza, żeby móc o czymkolwiek dyskutować potrzebna jest pewna baza, czyli po prostu wiedza. Po drugie brak tej wiedzy to już pierwszy krok do ignorancji. A po trzecie takie kształcenie czyni życie społecznym wręcz niemożliwym. W regionie, gdzie mieszkamy ludzie niezwykle łatwo się obrażają, gdy człowiek ma na jakiś temat inne zdanie niż oni. Czują się od razu zaatakowani i urażeni w swojej kompetencji. Na nic zdają się konstruktywne argumenty. Ludzie tutaj nie umieją oddzielić sfery prywatnej od np. zawodowej. Każdy uważa, że wie wszystko najlepiej, a nawet jak popełni błąd, to biada temu, kto go wykryje, bo stanie się wówczas wrogiem numer jeden. Nic więc dziwnego, że sami nauczyciele przedmiotów humanistycznych twierdzą niejednokrotnie, że (cytat) "muszą kształcić debili".
Moje obserwacje są podobne, podczas gdy takimi przedmiotami, jak chemia, fizyka, czy biologia  Niemcy mogli by się poszczycić, to na historii, czy niemieckim hoduje się ciemne masy.
Moi drodzy Rodacy, pamiętajcie zatem proszę, że lekcje języka ojczystego uczą więcej niż tylko odbębniania lektur. Czy my Polacy umiemy lepiej dyskutować niż opisani przeze mnie Niemcy? Niekoniecznie. Przebiega to u nas trochę inaczej i też dość często fatalnie, a jednak jesteśmy bardziej otwarci na opinię innych oraz bardziej zdolni do przyjęcia ewentualnej krytyki. To już sporo. W Saksonii Dolnej to niemalże standard, że rozmówca jest przekonany o swojej nieomylności i wyjątkowości.  W kilku innych landach niestety też. Cóż winić tych ludzi, w końcu tak ich wychowano. Na szczęście są jeszcze landy, gdzie system szkolnictwa trochę lepiej funkcjonuje. Całe lata najlepszą opinię miała Bawaria, która ostatnio spadała w rankingu, za to nieźle z wynikami stoją Saksonia - Dolna i Saksonia. Dziwnym trafem są to landy, w których zachowały się jeszcze resztki socjalistycznego systemu edukacji. Z całą pewnością nie był on idealny i bezdyskusyjnie wymagał reformy, oraz zmiany pewnych metod nauczania, ale miał też kilka pozytywów. 
Przejmując rozwiązania z zachodu przyjrzyjmy się zatem im bliżej i nie bierzmy bezkrytycznie wszystkiego jak leci.
W kolejnym poście dowiecie się więcej o maturze w Niemczech.

8 kwietnia 2016

Fanatyzm i kobiece majtki


Przed Wielkanocą Europa przeżyła nowy szok w wyniku przeprowadzonych ataków terrorystycznych w Brukseli (a potem kolejny, gdy media zaczęły podawać, jak poszczególne organy zlekceważyły ostrzeżenia i informacje o przeszłości sprawców), następnie świat obiegła informacja o zamachach na chrześcijan w Pakistanie. Zaraz po Wielkanocy na polskie ulice wyszli katoliccy fanatycy domagając się ustawy całkowicie zakazującej aborcji, a w Niemczech protestanci pytają się mnie z wyższością, czemu Polacy tak uczepili się tej zacofanej religii, jakim jest katolicyzm.

W związku z obecną sytuacją międzynarodową toczy się sporo dyskusji na temat, czy terroryzm jest związany z islamem, czy też nie. W różnych krajach dyskurs ten przebiega w różnoraki sposób. W niemieckiej debacie panuje raczej tendencja oddzielania tych dwóch rzeczy od siebie. W mediach polskich za to dało się usłyszeć wcale niegłupie podsumowanie, że takich ataków terrorystycznych jak te w Brukseli, czy w Pakistanie nie da się całkowicie oddzielić od islamu, tak jak nie da się oddzielić wypraw krzyżowych w przeszłości od chrześcijaństwa. A potem przyszedł jeszcze Luter... i wojny religijne w Europie XVI wieku.
Jako Europejczycy patrzymy niejako z góry na wyznawców islamu, niejednokrotnie dziwiąc się, jak można być wyznawcą tak (cytuję różne zasłyszane w codziennych rozmowach zarówno w Polsce, jak i w Niemczech osoby) „ograniczającej”, „fanatycznej” i „głupiej” religii, zapominając, że i nasi przodkowie byli gotowi oddać swoje życie w imię wyznawanej wiary. Ale my ten czas mamy już za sobą, my się już ucywilizowaliśmy – oddychamy ze spokojem. Czy aby na pewno?
Po wydarzeniach sylwestrowych w Niemczech, niemiecka prasa poświęciła bardzo sporo uwagi pozycji kobiet w krajach arabskich publikując nowe oraz przypominając wcześniejsze artykuły poświęcone tej tematyce. To właśnie z tekstu Amiry El Ahl w Spieglu dowiedziałam się, że w Egipcjanki jeszcze do połowy lat 80-tych XX w. nosiły mini spódniczki oraz odzież odsłaniającą ramiona. W pierwszej połowie XX w. Egipt wzorował się na Europie. Wówczas to żyjące tam kobiety cieszyły się większą swobodą oraz równouprawnieniem niż dzisiaj. Obecnie w Egipcie panuje dyktat higabu, a opracowane przez 336 ekspertów z 22 krajów arabskich w 2013 roku wyniki badań pokazały, że spośród wszystkich krajów arabskich kobiety w Egipcie cierpią najbardziej. Nawet w objętej konfliktem wojennym Syrii sytuacja kobiet nie była tak tragiczna, jak sytuacja Egipcjanek.
Cóż takiego się tam zatem dzieje? Wyniki badań z 2013 roku wykazały, że 91% dziewczynek została poddana obrzezaniu, 99,3 % kobiet w Egipcie była seksualne napastowana. (dla przykładu tylko podczas czterech dni protestów w 2012 roku na placu Tahrir doszło do 91 przestępstw na tle seksualnym...). Jedną z prób przeciwdziałania męskiemu zachowaniu było podzielenie wagonów metra na te dla mężczyzn i na te tylko dla kobiet. Tylko, że tego typu działania nie rozwiązują przyczyn problemu.
Do zaostrzenia zasad życia w Egipcie znacznie przyczyniły się w ostatnich czasach media, pośród których zaczęło przybywać jak grzybów po deszczu programów religijnych, a jako że 40% społeczeństwa to analfabeci, to poddają się łatwo dyktatowi głoszonemu przez jakiś fanatycznych wyznawców islamu, którzy po swojemu interpretują zasady Koranu. Bo jakby się wczytać w Świętą Księgę muzułmanów, okazuje się, że o pewnych zasadach nie ma tam wcale mowy, o które tak napastliwie walczą pewne grupy.
Ktoś może teraz zada pytanie, po co ja się tutaj rozpisuję o sytuacji Egipcjanek? Co to ma wspólnego z nami? Ano sporo. Patrząc na polskie ulice (i kościoły), gdzie pewne grupy nie widzą w kobietach ludzi, a tylko obiekty do spełniania określonych zadań, w tym przypadku maciory do rozpłodu mające zgodnie z ich żądaniami rodzić nawet martwe dzieci, nawet płody będące wynikiem gwałtu, to nie widzę większej różnicy pomiędzy wyznawcami islamu chcącymi decydować, co się dzieje pomiędzy nogami kobiety, a naszymi katolikami przejawiającymi dokładnie takie same zainteresowania.




Tak, ucywilizowaliśmy się. Nie latamy w imię Boga Wszechmogącego z bombami nafaszerowanymi gwoździami i innymi ułamkami za pasem. Nie wysadzamy się w powietrze, ale bomba w brzuchu kobiety w postaci płodu, którego urodzenie ma ją kosztować życie jest jak najbardziej w porządku. Nie zabijamy innowierców, ale śmierć niewyznawczyni katolicyzmu w wyniku donoszenia niebezpiecznej dla jej życia ciąży jest ok. Nie torturujemy w imię naszej wiary, tylko jak nazwać zmuszanie kobiety do rodzenia nieżywego płodu? Popierającym całkowity zakaz aborcji wyjaśniam, że to horror nie tylko dla kobiet chcących mieć dzieci, ale i dla tych, których ich nie chcą. To tak, jakby ktoś żyletką przejechał po genitaliach kobiety. A jak, jeśli nie torturami, nazwać zmuszanie do porodu, nawet gdy ciąża może kosztować kobietę ślepotę, czy inny poważny uszczerbek na zdrowiu? Albo gdy jest wynikiem gwałtu? Czy wy „obrońcy życia” wiecie, czym jest gwałt dla kobiety? Życie, którego tak bronicie, to nie tylko DNA, kości, skóra, bijące serce i potrzeby fizjologiczne. To też zdrowie psychiczne, którego miejsce obejmuje w polskim kościele katolickim, po raz kolejny fanatyzm.
W czasie tej wrzącej nad Wisłą atmosfery niektórzy wyznawcy protestantyzmu zadają mi pytania, czemu Polacy jeszcze tak pazurami trzymają się katolicyzmu. „Przecież ta religia to ciemnogród.” komentują niektórzy z nich. Przyjrzyjmy się zatem naszym bliżej sąsiadom, a wraz z tym i religii potocznie zwanej „oświeconą”.
Zacznijmy od ogólnego przeglądu sytuacji religijnej w Niemczech. Niemcy reprezentują w tej kwestii niezwykle kolorowy krajobraz. Południe jest katolickie, Zachód protestancki, Wschód ateistyczny (z wyjątkami niewielkich regionów) – tak bardzo ogólnikowo można by podzielić ten kraj. Według opublikowanej na stronie http://de.statista.com statystyki przedstawiającej stan z 2015 roku 23,94% wierzących to katolicy, 23,04% stanowią ewangelicy, 4% społeczeństwa to wyznawcy islamu, 1,53% społeczeństwa należy do kościoła prawosławnego, 0,27% stanowią buddyści, 0,1% hinduiści i 0,1% wyznaje judaizm. Badania z 2012 opublikowane na tym samym portalu wskazują, że w Niemczech Wschodnich mieszka najwyższy w całej Europie odsetek ateistów: 65,3% badanych stwierdziło, że nie wierzy i nigdy nie wierzyło w Boga. Dla porównania liczby te w znajdujących się na kolejnych miejscach tejże statystyki krajach skandynawskich oscylowały w przedziale 30-40% (Szwecja 44,7%; Norwegia 33,1%). W Niemczech Zachodnich odsetek ateistów wynosi 10,8%. I w tychże Niemczech Zachodnich chcę się na chwilę zatrzymać.
Tj. już wspomniałam w większości regionów tej części Niemiec panuje protestantyzm. Powszechnie panuje opinia, że protestantyzm to religia ludzi światłych, niefanatycznych, zdolnych do kompromisu i dyskusji. Niekoniecznie. Wprawdzie  w konkurencji poszanowania opinii innych w życiu publicznym religia ta w porównaniu z islamem i katolicyzmem chyba ostatecznie wygrywa, ale w dniu codziennym tak idealna już nie jest.
Pierwszym listem jaki znaleźliśmy w skrzynce po przeprowadzce do Saksonii Dolnej była misjonizująca gazetka pobliskiej parafii protestanckiej. Mimo naszej wyraźnej reakcji, że nie życzymy sobie jej dostawać, uparcie raz na jakiś czas gazetka czeka na nas w skrzynce. Rok szkolny w szkole, w której uczy mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rozpoczynany jest mszą w obrządku protestanckim, która ma miejsce w szkole(!). Msze takie są tam odprawiane z różnych okazji także nieraz w ciągu roku szkolnego... Już widzę to, jak w polskiej szkole odprawiana jest msza, a następnego dnia we wszystkich mediach o tym trąbią. W Saksonii Dolnej, gdzie mieszkamy takie działania są na porządku dziennym. Mało tego, miały miejsce także wydarzenia, że uczniowie siedzący biorący udział w lekcji religii katolickiej, a nawet etyki zostali zmuszeni do wzięcia udziału w tejże mszy. Bezceremonialnie zabrano ich z klasy i posadzono w auli, w której odprawiano modły. Co więcej, nauczyciele wykładający zasady religii protestanckiej stosowali taki mobbing w stosunku do dziewczyny prowadzącej zajęcia z religii katolickiej, że ta ostatecznie postanowiła się wynieść z tego regionu. Kilka miesięcy temu zakończyła kontrakt ze szkołą.
W tą niedzielę dzieciaki będą miały konfirmację (odpowiednik bierzmowania), z tej racji otrzymują nie tylko wolny poniedziałek w szkole, ale i kartkę gratulacyjną. Gdy mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż spytał się dyrektora szkoły, dlaczego uczniowie wyznania katolickiego tudzież judaistycznego po tego typu obrzędach w swoich kościołach nie są honorowani w ten sposób, uzyskał odpowiedź, że tu panuje protestantyzm. Tyle w temacie faktycznego rozdziału państwa od kościoła w Niemczech. A jako wisienkę na czubek tortu dołożę jeszcze informację, że w każdą sobotę w państwowej telewizji wyświetlane jest „Słowo na niedzielę” protestanckiego lub katolickiego pastora. Przypomnę, że w Niemczech składki na telewizję państwową są pobierane od każdego gospodarstwa domowego, a nie od faktycznie posiadanego aparatu telewizyjnego, czy radioodbiornika. Oznacza to, że ateiści i wyznawcy innych religii są zmuszani, do płacenia niejako za wystąpienie księży religii chrześcijańskich przed kamerami. Nie wiem, czy w kraju uznanym jako sekularny, coś takiego powinno mieć miejsce. Można by było rozwinąć w tym miejscu temat wzajemnego społecznego wsparcia, solidarnego finansowania potrzeb różnych grup, ale to na inny artykuł. Pozostawiam to pytanie zatem otwarte i pozwolę sobie przejść do kwestii aborcji w Niemczech.
Niemcy przeszli długą drogę do uregulowań aborcyjnych w dzisiejszej postaci. Jakby tak się przyjrzeć historii, to nasze kraje niejednokrotnie się mijały. Kiedy u nas uregulowania odnośnie przerywania ciąży były liberalne, to w Niemczech restrykcyjne i na odwrót. Pierwszy wniosek o dopuszczenie aborcji złożył w Republice Weimarskiej poseł SPD w 1920 roku. Wniosek okazał się wybiegać wówczas nazbyt w przyszłość i został odrzucony. Po dojściu do władzy nacjonalsocjalistów, jedną z pierwszych zmian wprowadzonych w prawodawstwie było było ponowne obostrzenie kar za ewentualne przerwanie ciąży. Wyjątkiem były kobiety niearyjskiego pochodzenia. One mogły dokonywać aborcji bez konsekwencji. W 1935 Heinrich Himmler założył związek Lebensborn e.V. Jego zadaniem było wspieranie rozrodczości rasy aryjskiej. Jednocześnie utrudniony został dostęp do środków antykoncepcyjnych. Niemieckim matkom hołdowano, co podkreślały liczne ceremonie. To stąd aż po dzień dzisiejszy w Niemczech większe znaczenie od Dnia Kobiet ma Dzień Matki, który w czasach hitlerowskiego reżimu był świętem narodowym. W tym czasie Polska cieszyła się jednym z najbardziej liberalnych ustawodawstw aborcyjnych w Europie dopuszczającym aborcję z powodu ścisłych wskazań medycznych oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15 [Kodeks karny (Dz. U. z dnia 15 lipca 1932)]. Podczas II wojny światowej naziści dali w jednej sferze okupowanemu narodowi polskiemu totalną swobodę - Polki miały prawo dokonywania aborcji bez jakichkolwiek ograniczeń. Skąd taka wolność, sami się domyślacie. W Polsce Ludowej ustawa ta została na powrót nieco zaostrzona. Decydujące miały być w tej kwestii opinie lekarskie dotyczące zdrowia płodu oraz matki. Ustawa dopuszczała przerwanie ciąży przy podejrzeniu, że ciąża powstala w wyniku czynu zakazanego oraz ze względu na ciężką sytuację życiową matki. (Dz. U z 1956 Nr 12, poz.61). Podobną ustawę z małymi różnicami zaczęto wprowadzać w sowieckich strefach okupacyjnych NRD już w latach 1947/48, ale już we wrześniu 1950 uchwalono nową, jednolitą dla wszystkich landów w NRD ustawę „O ochronie matki i dziecka oraz prawach kobiety” w myśl której przywrócono praktycznie ustawę z czasów weimarskich w celu wspierania rozwoju liczebnego społeczeństwa NRD. U brata sąsiada sytuację kobiet zmieniły protesty społeczne 1968 roku. W 1970 w Niemczech Zachodnich toczyła się wielka debata nt. aborcji. Głośno występowano przeciw bronionemu przez kościoły chrześcijańskie par.218 konstytucji mówiącemu:
  1. Kto przerwie ciążę, zostanie ukarany karą pozbawienia wolności do trzech lat lub karą pieniężną.
  1. W przypadku szczególnie ciężkich przypadków kara pozbawienia wolności może zostać podniesiona z 6 m-cy do pięciu lat. Ze szczególnie ciężkim przypadkiem mamy do czynienia, gdy działania podjęto wbrew woli ciężarnej oraz gdy ciąża zagraża życiu i zdrowiu kobiety.
  2. Jeśli ciężarna dokona wspomnianego czynu, może zostać pozbawiona wolności do roku czasu.
  3. Próba jest karalna. Ciężarna nie zostanie ukarana z powodu próby.

    [tł. K.M.]
Kobiece organizacje żądały wykreślenia przytoczonego paragrafu. Obowiązuje on po dziś dzień... ale... w toku czasu, kiedy to uchwalano i uchylano jeszcze kilka ustaw, dopisano do niego § 218 a. wskazujący sytuacje, kiedy czyn ten przestaje być niezgodny z prawem. I tak ustęp 1 zezwala na dokonanie aborcji na żądanie kobiety, pod warunkiem, że podda się ona najpierw konsultacji psychologicznej. Po rozmowie z psychologiem kobieta dostaje przymusowy czas na zastanowienie. Minimalny czas jego trwania to trzy dni. Ideą tego paragrafu jest przeciwdziałanie nieprzemyślanej aborcji, która w przyszłości mogłaby także rzutować negatywnie na zdrowie psychiczne kobiety. Aborcję w tym przypadku można dokonać wciągu 12 tygodni od zapłodnienia.
Ustęp 2 zezwala na aborcję, gdy ciąża zagraża życiu bądź zdrowiu (także psychicznemu) kobiety. Choć nie ma tu jednoznacznej mowy o przypadkach błędnego rozwoju zarodka, to sformułowanie to obejmuje także tą kwestię. Pod uwagę brana jest także jej obecna oraz przyszła sytuacja życiowa. W tej sytuacji aborcji można dokonać przez cały okres trwania ciąży.
Ustęp 3 dopuszcza aborcję, gdy mamy przypadek ciąży będącej wynikiem aktu przestępczego. Aborcję w tym przypadku można dokonać wciągu 12 tygodni od zapłodnienia.
Koszty przerwania ciąży na podstawie wskazania lekarskiego lub kryminologicznego ponosi kasa chorych oraz na wniosek kobiety znajdującej się w ciężkiej sytuacji materialnej. Jako znajdujące się w ciężkiej sytuacji życiowej postrzegane są kobiety, których dochody na okres od 01.07.2015 do 30.06.2016 nie przekraczają 1075 EUR w miesiącu oraz które nie znajdują się w posiadaniu majątku, który mogłyby w krótkim czasie spieniężyć. Ponad to ustawodawstwo niemieckie stwierdza, że działania zapobiegające zapłodnieniu nie są traktowane jako aborcja. Oznacza to nie tylko wolny dostęp do środków antykoncepcyjnych w aptekach, ale i możliwe jest zgłoszenie się do szpitala po stosunku z prośbą o podanie pigułki „po”. Koszt ok. 100 EUR.

Obecna sytuacja aborcyjna w Niemczech to wynik długiej walki kobiet z politykami i środowiskami kościelnymi, która to zakończyła się w latach 90-tych XX w. To właśnie w jej wyniku kościoły chrześcijańskie w Niemczech utraciły swoją szczególną pozycję i przekształciły się w grupy lobbystyczne, jak to podsumował Thomas Grossbölting w swojej książce „Der verlorene Himmel: Glaube in Deutschland seit 1945.” S. 131„Politisierung und Pluralisierung”.

Tak to się kończy drodzy księża i fanatycy, gdy za mocno uchylicie rąbek kobiecej spódnicy... Religie ustanawiają pewien porządek moralny, ale gdy zamieniają się w reżim, to w którymś momencie uciśnieni mogą dokonać puczu i ustanowić swoją własną hierarchię wartości odwróconą o 180 stopni. Historia nie raz już to pokazała i na nowo udowadnia tę smutną prawdę w dzisiejszym świecie.

25 marca 2016

Tradycyjna niemiecka potrawa - Eintopf

Wielkanoc tuż, tuż. Dla fascynatów kulturą niemiecką mam dziś przepis, którym możecie zaskoczyć swoich gości:)

Tradycyjną niemiecką potrawą jest tzw. „Eintopf”, co w dokładnym tłumaczeniu oznacza „jeden gar”. Po nazwie możemy się już domyśleć, czym właściwie jest ta potrawa. Podsumowując, cokolwiek wpadnie nam w ręce wrzucamy do gara, gotujemy i vuola mamy Eintopf. Ktoś by powiedział, że to taka nasza zupa śmieciówka, ale tak prosta ta historia nie jest. Dobry Eintopf to breja, w której łyżka powinna stać. Legenda mówi, że zupa powstała z przypadku. Mieszkańcy jednej z niemieckich wsi w południowych Niemczech organizowali dorocznie na pobliskim wzgórzu wspólne ognisko. Każdy mieszkaniec przynosił ze sobą co akurat miał do jedzenia, w ten sposób zebrane dary wrzucano do wielkiego kotła ustawionego nad ogniskiem i gotowano. Tak otrzymaną potrawą raczyła się cała wieś. Tyle legenda, a dokładniej powiedziawszy jedna z legend, bo jest ich kilka. Gdy spróbujemy jednak cofnąć się do korzeni tej potrawy to okaże się, że już w Biblii znajdujemy fragment, w którym Esau  sprzedał bratu prawo pierworodnych do Eintopfu z czerwonej soczewicy. Także Grecy i Rzymianie mieli znać tę zupę. Słynny stał się Eintopf z Osti w okolicach Rzymu przygotowywany ze śledzi, który tak długo miał stać, aż zaczynał rozsiewać okropny fetor. Dopiero w tym stadium danie traktowano jako wyśmienity rarytas. Mniej więcej w tym okresie plemiona germańskie przygotowywały mus ze zboża, warzyw oraz mięsa. Do dziś w północnych regionach Niemiec dla Eintopfu stosuje się nazwę „mus”. Potrawa zyskała na smaku po odkryciach nowych lądów, gdyż jedną z ich konsekwencji było pojawienie się w Europie nowych przypraw oraz produktów żywnościowych. Szczególny wkład miał w tej dziedzinie Marco Polo, który ze swojej wyprawy przywiózł ziemniaki. Do rozwoju niemieckiego Eintopfu przyłożyli się także Francuzi, a dokładniej Ludwik XIV, który propagował rozwój upraw szparagów, karczochów oraz skorzoner. Wraz z wykształceniem się burżuazji Eintopf został zepchnięty do roli chłopskiej potrawy względnie jedzenia ludzi biednych, jako nie potrzebujące finezji. Dla chłopów zaś jego atutem było faktycznie łatwe i tanie przygotowanie. Na stoły niezależnie od grupy społecznej Eintopf wypłynął, gdy zaczęto sięgać do swoich kulturowych korzeni. Dziś w niemieckich książkach kucharskich znajdziemy całe rozdziały poświęcony Eintopfom, a w nich przepisy na Eintopf z mięsa mielonego i warzyw; z zielonego groszku i jagnięciny; z ziemniaków, jagnięciny, wieprzowiny i brukwi; czy też z marchwi, pomidorów, zielonego groszku, kapusty i kartofli; nie zapominając o sławetnym Eintopfie z soczewicy. Pozostaje zatem tylko brać do ręki łyżkę i dać upust podniebieniu w odkrywaniu nowych smaków.


Przykładowy przepis
Eintopf „Złoto i srebro”
300g żeberek wieprzowych, 2 cebule, ½ kg marchewki, ½ kg ziemniaków, 250 g białej fasoli, sól, pieprz.

Żeberka wraz z posiekaną cebulą ugotować prawie w pełni w 1l posolonej wody. Mięso oddzielić od kości i pokroić na małe kawałki. Marchew i ziemniaki posiekać na małe kostki, po czym gotować wraz z mięsem w połowie ilości powstałego rosołu. Do pozostałej połowy dodać namiękłą przez noc w wodzie fasolę i pozostawić na ogniu, aż stanie się zupełnie miękka.(Uwaga: nie wolno dopuścić, by się rozlatywała!) Wymieszać ostrożnie z kartoflami i marchwią, przyprawić według smaku.



SMACZNEGO JAJKA!

23 marca 2016

Dla Brukseli


Terrorysta, on patrzy


Bomba wybuchnie w barze trzynasta dwadzieścia.
Teraz mamy dopiero trzynastą szesnaście.
Niektórzy zdążą jeszcze wejść.
Niektórzy wyjść.
Terrorysta już przeszedł na drugą stronę ulicy.
Ta odległość go chroni od wszelkiego złego
no i widok jak w kinie:
Kobieta w żółtej kurtce, ona wchodzi.
Mężczyzna w ciemnych okularach, on wychodzi.
Chłopaki w dżinsach, oni rozmawiają.
Trzynasta siedemnaście i cztery sekundy.
Ten niższy to ma szczęście i wsiada na skuter,
a ten wyższy to wchodzi.
Trzynasta siedemnaście i czterdzieści sekund.
Dziewczyna, ona idzie z zieloną wstążką we włosach.
Tylko że ten autobus nagle ją zasłania.
Trzynasta osiemnaście.
Już nie ma dziewczyny.
Czy była taka głupia i weszła, czy nie,
to sie zobaczy, jak będą wynosić.
Trzynasta dziewiętnaście.
Nikt jakoś nie wchodzi.
Za to jeszcze wychodzi jeden gruby łysy.
Ale tak, jakby szukał czegoś po kieszeniach i
o trzynastej dwadzieścia bez dziesięciu sekund
wraca po te swoje marne rękawiczki.
Jest trzynasta dwadzieścia.
Czas, jak on się wlecze.
Już chyba teraz.
Jeszcze nie teraz.
Tak, teraz.
Bomba, ona wybucha.

Szymborska Wisława

15 marca 2016

Dzień Kobiet w Niemczech - czyli o tym, czy Niemki są faktycznie tak wyemancypowane


Tydzień po Dniu Kobiet w Niemczech postanowiłam opublikować post, w którym przyjrzę się bliżej, jak to jest z tą emancypacją w Niemczech.
W Niemczech podobnie jak w Polsce praktycznie do wszystkiego, co kojarzy się z socjalizmem podchodzi się ze sceptycyzmem, by nie powiedzieć negatywnym nastawieniem. Co roku w okolicach 8-go marca zaczynają się w Polsce dyskusje, czy na pewno potrzebujemy tego święta, że to przeżytek socjalizmu, co ono właściwie wnosi, że taki dzień wspomaga tylko nierówne traktowanie kobiet i ostatecznie, że dyskryminuje mężczyzn. Mimo tego całego zamieszania w Dzień Kobiet na polskich ulicach widać całą armię mężczyzn z kwiatkiem w ręce, którzy pędzą do swoich niewiast, a my cieszymy się i rozkoszujemy tym dniem (lub przynajmniej większość z nas), bo choć zgadzamy się, że rok ma 365 dni i o wiele ważniejsze jest, jak się mężczyźni do nas odnoszą przez cały rok, to miło jest zostać specjalnie uhonorowaną i poczuć się wyjątkowo docenioną:) Zresztą odwdzięczamy się pokazując nasze uwielbienie do mężczyzn w dniu ich święta;)
Na pierwszy rzut oka Niemcy naszych dylematów nie mają, ale po wnikliwszej analizie okazuje się, że problem „świętować, czy nie świętować” jest u naszych sąsiadów o wiele bardziej złożony i nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Wprawdzie 8 marca jest uznawany w Niemczech jako Międzynarodowy Dzień Kobiet, ale poza zapisem w kalendarzu praktycznie się go nie odczuwa. Po pierwsze w czasach reżimu nacjonal-socjalistów rola kobiety została sprowadzona do bycia matką i opiekunką domowego ogniska. Co za tym idzie Dzień Kobiet został w 1932 roku zakazany, na piedestale zaś postawiono Dzień Matki. Po wojnie, w byłych Niemczech Zachodnich święto odkopano z kurzu dopiero pod koniec lat 60-tych. Do byłych Niemiec Wschodnich Dzień Kobiet powrócił wprawdzie wcześniej, ale podobnie jak w Polsce w otoczce socjalistycznej propagandy. Brak sympatii do tego, co wiąże się z ZSRR miał swój spory udział w tym, iż święto w znacznym stopniu wyparto (w znacznym, bo zdarza się mimo wszystko, że pracownice zakładów/korporacji na terenie byłego NRD dostają po dzień dzisiejszy upominki od firmy) po zmianie ustroju politycznego . W dużej mierze przyczyniły się jednak do tego same Niemki.
Już wiele lat temu rozpoczęły one kampanię o bycie traktowanymi na równi z mężczyznami i walkę tę prowadziły na wielu płaszczyznach. Nie tylko w życiu zawodowym i przestrzeni publicznej, ale także w sferze kobiecości. Przedstawicielki płci pięknej niemieckiego pochodzenia stawiają podobnie jak mężczyźni na praktyczność. Po co mieć elegancką kurtkę, skoro można kupić jedną i do jazdy na narty, i do latania po mieście? Buty na obcasie? Wykluczone! Musi być wygodnie, a wygoda kojarzy się przede wszystkim z obuwiem sportowym. Po co tracić czas na układanie włosów, skoro można mieć życie tak proste jak facet – byle przejechać ręką i vuola! Do eleganckiej torebki nie zmieści się tyle, co do plecaka. (wiem, wiem, już w moim ostatnim poście się na to użalałam)

  
Dopiero co jestem po lekturze artykułu w jednym z niemieckich czasopism, w którym Niemki dyskutowały, czy faktycznie tak źle się ubierają, jak się w świecie mówi. Oczywiście doszły do innego wniosku (a jakżeby inaczej;), ale jednocześnie przyznały, że nie przywiązują do stroju wielkiej wagi. 

W Niemczech bowiem drogie panie kobieta seksowna, fajnie ubrana, czyli po prostu zadbana jest klasyfikowana jako „słodka idiotka”. W kulturze niemieckiej wykształciło się przekonanie, że jeśli przedstawicielka płci pięknej dobrze wygląda, to znaczy, że niewiele sobą reprezentuje, toteż by podkreślić swoje kompetencje kobiety postawiły na męski look bądź przynajmniej na wygląd, który nie podkreśla atutów kobiecości. Zachowałam Glamour z marca 2013, gdzie na stronach 66-67 znajduję felieton poświęcony kobiecości, a w nim cytat jednej z przyjaciółek autorki: „Mnie nie interesuje kobiecość. Jestem człowiekiem, a piersi mam przez przypadek.” i dalej „Może i kobiecość jest bronią, ale ja jestem z zasady pacyfistką. Niemniej kiedy strzelam, to porządnie.” Brzmi dość bunczucznie i walecznie, czyż nie? 
Samostanowienie o swojej płci kończy się nie tylko na stroju. Bardzo wiele kobiet porusza się jak mężczyźni. Ostatnio mieliśmy szkolenie odnośnie systemu emerytalnego, które prowadziła prawniczka. Z pewnego rodzaju fascynacją wlepiałam w nią oczy, jak po męsku się poruszała, z jak rozkraczonymi nogami siadał przy biurku. To był jej sposób na podkreślenie swoich kompetencji.


Grupa Niemek, która w bezpiecznych ramach wyłamuje się ze standardów - jedna z pań ma torebkę, a druga nosi kozaki.
Ostry ton Niemek w dążeniu do tego, by być traktowane na równi z mężczyznami doprowadziły do tego, że ci ostatni powiedzieli w którymś momencie: „Skoro chcecie być takie jak my, to proszę. Radźcie sobie same.” Skończyło się przepuszczanie w drzwiach, pocałunek w rękę jest traktowany jak relikt przeszłości (chyba pamiętamy wszyscy jak wielką uwagę wzbudził w Niemczech gest Donalda Tuska, który pocałował w rękę kanclerz Angelę Merkel, o czym donosiły polskie media?) i przy ciężkiej walizce pomocy w Niemczech też się raczej nie uraczy, ewentualnie rzadko. Znajomy Niemiec opowiedział mi o programie, który jakiś czas temu widział niemieckiej telewizji. Tamtejsi dziennikarze mieli przygotować małą prowokację, której celem było sprawdzenie, co z dżentelmenów zachowali w sobie niemieccy mężczyźni Zadaniem podstawionej na dworcu kobiety w średnim wieku było sprawianie wrażenia, że nie radzi sobie z bagażem. W ciągu bodajże godziny nikt nie przyszedł jej z pomocą, a gdy sama zaczęła prosić przechodzących mężczyzn o pomoc, każdy odmawiał i szedł dalej.
Na szczęście tak źle, jak w tym programie nie jest. Żyją jeszcze w Niemczech panowie, którzy potrafią pomóc kobiecie, ale najczęściej są to mężczyźni w średnim wieku i starsi z wpojoną kinderstubą. Także w społecznościach przesiąkniętych stylem życia wywodzącym się z dawnej burżuazji (czyli na obszarze byłych Niemiec Zachodnich, gdyż w byłym NRD socjalizm efektywnie wyłączył tę klasę społeczną) mężczyźni zachowali coś z dżentelmenów, tylko że akurat w tej grupie społecznej ciągle często spotykany jest model: mężczyzna zarabia, kobieta troszczy się o dom... To tyle na temat faktycznej emancypacji. Tak się składa, że w wylądowaliśmy obecnie w regionie, gdzie panuje właśnie taki burżuazyjny model sprzed dziestu lat. Czy wiecie, że w BRD w latach siedemidziesiątych kobiety bez zgody męża nie mogły pracować, nie mogły zrobić prawa jazdy, ani otworzyć własnego konta?!!! Oczywiście w NRD kobiety nie znały takiego uciemiężenia. Co by nie mówić o socjaliźmie, ale dla kobiet jednak był to system niezwykle postępowy. Oczywiście w porównaniu z naszym dzisiejszym wyobrażeniu o równouprawnieniu wypada słabo, bo kobiety pracowały wówczas na dwa etaty - w firmie i w domu, ale w świetle prawodawstwa BRD enerdowskie kobiety  miały niemalże raj na ziemii. Po zmianie ustroju system prawny byłego NRD uległ niejako cofnięciu. Narzucona została struktura prawna Niemiec Zachodnich, w tym min. przepisy, które do późnych lat 90-tych nie dopuszczały pojęcia gwałtu w małżeństwie!
To właśnie przeciw temu tak Niemki się buntowały, tylko czasami mam wrażenie, że głównie, co sobie wiele z nich wywalczyła to właśnie ów męski wygląd. Jeśli właśnie  to chciały osiągnąć i dobrze się z tym czują - to proszę bardzo, ale mam swoje wątpliwości. Gdy w zeszłym tygodniu spytałam się na zajęciach moich studentów zagranicznego pochodzenia, czy ich zdaniem Niemki są wyemancypowanymi kobietami i otrzymałam odpowiedź, która całkiem nieźle podsumowała faktyczny stan rzeczy w wielu regionach Niemiec:
"Niezwykle głośno krzyczą, że są wyemancypowane, tylko dziwnym trafem mieszkamy tutaj już dwa lata i nie poznaliśmy jeszcze żadnej Niemki, która by pracowała.". Oczywiście w dużych metropoliach sytuacja przedstawia się lepiej niż w mniejszych miastach, ale to tradycyjna cecha dużych skupisk urbanistycznych. Decydująca jest jednak ostatecznie nie wielkość miejscowości, tylko pielęgnowany w niej model społeczny - ten burżuazyjny można porównać z modelem rodziny propagowanym przez kościół katolicki.
Wracając do regionu wokół Hannoveru. Większość kobiet tutaj siedzi na własne życzenie w domach. Mi już prawie notorycznie chodzi żyła, bo przez wielu jestem niejako odgórnie klasyfikowana jako kura domowa. Nie ze złośliwości. Po prostu ludzie zakładają to z automatu. Pamiętam, gdy pierwszy raz pojechaliśmy na coroczne rozliczenie podatkowe do doradcy podatkowego. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż powiedział gdzie pracuje i miał przejść do mojej osoby. Nie zdążył, nasz rozmówca odrzekł: "A żona jest gospodynią domową." Myślałam, że rozwalę mu biuro, ale uspokoiłam się, gdy facet omal się nie zachłysnął usłyszawszy że pracuję i to jeszcze w ramach swojej działalności (bo Niemcy są bardzo nieskorzy do pracy na własną rękę - lepiej mieć bezpieczną posadkę w jakiejś firmie, gdzie ktoś inny troszczy się o wszystkie składki itp.). 
Podczas spotkań bardzo często starcza, że mąż zostanie przedstawiony, a o mnie pies z kulawą nogą się nie zatroszczy. Największym osiągnięciem żony jest fakt, że wyszła za mąż. W ciągu trzech lat mieszkania tutaj tylko dwie osoby były zainteresowane, czy czymś się zajmuję! Jedna kobieta i jeden Niemiec z Drezdna.  Przeprowadziłam kiedyś pewien test w byłych Niemczech Wschodnich. Byliśmy akurat kilka dni w Magdeburgu, gdzie Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż został zaproszony na wygłoszenie kilku wykładów. Za każdym razem, gdy ktoś się mnie pytał, kim ja właściwie jestem, odpowiadałm, że żoną tego, a tego. Niejednokrotnie padała na te słowa odpowiedź z pewną nutą irytacji w głosie "Tak, niezwykle fascynujące... Ale co Pani robi?!!". W duchu aż się uśmiechnęłam do siebie - wreszcie ludzie  znowu mnie biorą za osobowość, a nie dodatek do mojego małżonka!!!
Niemki jednak niezależnie od regionu grają uparcie swoją rolę wyemancypowanych kobiet i trzeba przyznać, że przedstawiciele płci brzydkiej niejednokrotnie stoją w relacjach damsko-męskich przed dylematem, jak się zachować. Kilku znajomych skarżyło mi się, że problematyczną kwestię stanowią już same komplementy. Mówić, nie mówić, a jeśli mówić, to co? „Powiem, że ma piękne oczy i włosy, mogę dostać po gębie, że cenię tylko jej wygląd.” - skarżył się jeden z moich kolegów - „Powiem jej, że lubię jej poczucie humoru, niby może być, ale pachnie kumpelskimi relacjami” - ciągnął - „Niemieckiej kobiecie najbezpieczniej powiedzieć, że jest mądra, inteligentna i kompetentna, ale coś takiego powiedzieć bez otoczki o słodkich oczach brzmi, jak pochwała pracodawcy, a nie wyznanie zakochanego mężczyzny.„ - podsumował z nietęgim wyrazem twarzy. Nie ma się zatem czemu dziwić, że skoro komplement sprawia tyle kłopotu, z powodów bezpieczeństwa z kwiatka na Dzień Kobiet po prostu się rezygnuje. Wręczenie takowego może bowiem zostać odebrane jako podkreślenie faktu, że obdarowana jest kobietą i różni się tym samym od mężczyzn. Skoro próba bycia miłym może skończyć wielką bombą, więc najlepiej pozostać przy opcji „cicho-sza”. Oczywiście niektórzy jeszcze kultywują tę tradycję, ale tylko wtedy, gdy mają pewność, iż obiekt oddanej przez nich czci nie potraktuje tego jako obrazę. Także drogie Panie, jeśli akurat potrzebujecie poczuć sie pieknymi, to jedźcie do Włoch, do Hiszpanii, ale nie do Niemiec! Tu nikt Was na ulicy nie zaczepi nie powie, że pięknie wyglądacie. Do Niemiec na poprawę nastroju warto przyjechać tylko wówczas, gdy chcecie sobie poprawić humor, jakoby stosowana dieta zadziałała. Numerówka jest tutaj zaniżona bywa nawet o dwa numery. Poza tym - jedzicie do WŁOCH!
 
Niektóre grupy feministek dzisiejszych czasów bojkotują Dzień Kobiet, odczytując jego świętowanie jako przybicie pieczątki z napisem „Akceptacja” do patriarchalnego układu w społeczeństwie. Faktycznie gdyby tak cofnąć się do epoki antyku, kiedy to w starożytnym Rzymie obchodzono w pierwszym tygodniu marca Matronalia, czyli święto płodności i macierzyństwa, to w wielu z nas zafurczy. Jednak gdy dokładniej przyjrzymy się pochodzeniu współczesnego święta to okaże się, że jest ono mocno związane z ruchami feministycznymi początku XX w. 8-go marca 1908 robotnice fabryki przemysłu tekstylnego w Nowym Jorku rozpoczęły strajk walcząc tym samym o godziwsze warunki pracy. Właściciel zakładu chcąc uniknąć skandalu zamknął je. Skończyło się to tragicznie, ponieważ wybuchł tam pożar i prawie 130 kobiet zginęło w płomieniach. 28 lutego 1909 roku w USA zorganizowano pierwsze obchody ku czci zmarłych w wyniku tych tragicznych wydarzeń kobiet. Rok później Międzynarodówka Socjalistyczna ustanowiła Międzynarodowy Dzień Kobiet, którego zadaniem było podkreślenie faktu, że kobietom należą się takie same prawa, jak mężczyznom. Szkoda, że niektóre organizacje feministyczne zapomniały o źródłach tego święta.
Przy takiej wymowie tego dnia Niemki powinny wręcz z okrzykiem na ustach witać 8 marca, bo jak się okazuje jeszcze dużo jest do zrobienia u naszego sąsiada. Organizowane są wprawdzie akcje zwracające uwagę na ciężką sytuację kobiet oraz na nierówne ich traktowanie w porównaniu z mężczyznami w wielu sferach życia. Akcje te jednak są jakieś ciche, niezauważalne, niekojarzone z Dniem Kobiet. Tak się jakoś rozłażą po kościach. Jakby ktoś chciał, a nie mógł. Świętowania w pojęciu rozumianym przez Europę Wschodnią też nie ma, bo nie wypada, bo po co,  bo to jakies podkreślanie różnić, a w końcu jesteśmy wyemancypowane. W moim osobistym odczuciu przeciętna Niemka jako jednostka wstydzi się, albo po prostu nie chce otwarcie powiedzieć - „Jestem Kobietą, to mój Dzień:)”. A szkoda, bo poza tym, że to przecież to piękny dzień celebrujący naszą kobiecość, to przede wszystkim przypomina o tym, jak musiałyśmy ciężko walczyć i wycierpiałyśmy, by być dziś tu, gdzie jesteśmy. Dziś możemy świętować nie tylko naszą rolę w rodzinie, ale i miejsce, jakie sobie wywalczyłyśmy w społeczeństwie, niezapominając o ciągle stojących przed nami wyzwaniami.
Mam głęboko w nosie, co ludzie o mnie powiedzą. Z przyjemnością zakładam szpilki i spódniczki, maluję oko i zamiast przpastnego plecaka wybieram modną torebkę. 

I bardzo chętnie podkreślam swoje pochodzenie


Właśnie, żeby pokazać, że kobieta może mieć ukończone dwa fakultety, znać kilka języków obcych, mieć na swoim koncie różne sukcesy i ciągle być przy tym kobietą. I cieszę się jak małe dziecko z kwiatów 8 marca. Bo gdyby grzechem byłoby być kobietą, to Bóg uczyniłby nas mężczyznami.
A jeśli ktoś mnie z góry, bez rozmowy ze mną oceni, że jestem "głupią idiotką", to tylko udowadnia, że tak głośno obkrzyczana niemiecka tolerancja kończy się wraz z brakiem kolczyków na twarzy i tysiącem tatuaży na karku, uszach i piętach.

PS. Abym mogła napisać ten artykuł, Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż ugotował dziś obiad i wyprasował mi ubranka, żebym miała w czym pokazać się ludziom w nadchodzących dniach:)

A to bukiet, jaki od niego dostałam na Dzień Kobiet:)

 Wszystkim Paniom przesyłam najlepsze życzenia - miłości, samospełnienia i realizacji wszelkich planów!

10 marca 2016

Czego Polak może nauczyć się w Niemczech

Moje ostatnie wpisy były dość krytyczne w ocenie Niemców, dziś dla odmiany chcę Wam opowiedzieć o fajnych rzeczach, których pobyt tutaj mnie nauczył:)

1. Kierując samochód zawsze spoglądam przez ramię przy wszelkich skrętach i zmianie pasów.

 


W Polsce podczas kursów na prawo jazdy instruktorzy w większości przypadków nie zwracaja na to uwagi. Ba, mało tego, niejednokrotnie osobę, która przejawia chęci spojrzenia przez ramię przy manewrach, gdzie niedostateczna ocena faktycznej sytuacji w martwym punkcie może okazać się wręcz zabójcza, zaczynają strofować słowami typu "Przed siebie się patrz, masz przecież lusterka!" Tylko że jeśli lusterka nie są wyposażone w funkcję informowania o obiektach znajdujących się w martwym punkcie, manewr może się nieciekawie skończyć. W Niemczech egzamin na prawo jazdy jest oblany, gdy kandydatowi na kierowcę zdaży się dwa razy zapomnieć, że przy zmianie toru jazdy po skontrolowaniu sytuacji w lusterkach należy jeszcze się upewnić spojrzeniem przez ramię, czy droga jest na pewno wolna.
Rzut oka przez ramię tak mi wszedł w krew, że teraz wręcz ewidentnie się boję jeździć z polskimi znajomymi, którzy tj.ich kiedyś nauczono ocenę sutuacji kończą na spojrzeniu w lusterka. Brrr! W Niemczech od małego prowadzi się cały szereg kampanii, mających uzmysłowić, jak niebezpieczny jest martwy punkt. Spore wrażenie robi odkrycie, kiedy okazuje się, że cała klasa mieści się w martwym punkcie ciężarówki...
Jako przykład odsyłam do zdjęcia z artykułu poświęconemu kształceniu poprawnych zachowań w ruchu drogowym:

2. Zaczęłam szanować swój czas.

 


Chyba każdemu z nas przydarzyło się, że wpadliśmy za pięć czwarta do urzędu z błaganiem w oczach, by pani za biurkiem nas obsłużyła. I faktycznie niejednokrotnie ta biedna kobiecina poszła nam na rękę. W Niemczech sytuacja nie do pomyślenia. Za pięć minut kończą pracę i w tym czasie na pewno ona nie zdąży załatwić mojej sprawy. Mam wrócić w sensownych godzinach innego dnia.
Prawda jest taka, że my Polacy często nie szanujemy swojego czasu nawzajem.
Pracuję jako freelancer, co oznacza, że jestem niejako zdana na zlecenia klientów. Mieszkając w Polsce akceptowałam nieraz zaciśniętymi zębami sytuacje, gdy telefon potrafił zadzwonić o 18:00 z informacją, że klient na rano potrzebuje np. tłumaczenie. Nie raz zdażyło mi się, że kończyłam w połowie spotkanie ze znajomą (czyli rozwalałam także jej plany), szłam do domu i całą noc siedziałam nad zleceniem.  Oczywiście rozumiem sytuacje kryzysowe, coś nagłego, gdy coś niespodziewanie wyskoczyło, nieoczekiwany problem, ale z czasem zaczęłam widzieć, że część klientów biura tłumaczeń, z którym współpracowałam po prostu nie umiała/ nie trudziła się z sensownym rozplanowaniem stojących przed nimi zadań (bo jak inaczej nazwać np. sytuację, gdy firma daje zlecenie na dzień przed wyjazdem za granicę na przetarg, w którym chce wziąć udział?!) i zgłaszali się w ostatniej chwili ze zleceniami, a szefowa bez uzgodnienia terminu z tłumaczem informowała klienta, że zlecenie będzie gotowe na następny dzień. Ja jako ostatnia w tym łanuchu pokarmowym płaciłam wiecznie za to swoimi planami, czasem z bliskimi, odwołanymi wizytami u lekarza itd. 
Od trzeciego roku studiów wiedziałam, że będę chciała pracować min. jako tłumacz i długi czas to wszystko akceptowałam w myśl zasady, że jak raz, drugi powiesz nie, to trzeci raz się do Ciebie nie zgłoszą. Po kilku latach zaczęłam mieć serdecznie dość wiecznego deptania moich prywatnych planów, zwłaszcza że teoretycznie w nagłych sytuacjach klient powinien płacić stawkę za usługę ekspresową, a niejednokrotnie kończyło się wyżebraniem przez niego normalnych cen "bo przecież to stały klient". Cierpliwość mi pękła, na niedługi czas przed moim wyjazdem do Niemiec. Porozmawiałm z moimi zleceniodawcami, że taki stan rzeczy nie może trwać dalej. Pracuję wprawdzie w nienormowanym systemie godzin, ale nie jestem też maszyną i nie mogę wiecznie zarywać nocy i rozwalać swoich innych terminów. Oj długa to była droga. W międzyczasie wyprowadziłam się do Niemiec i dość szybko zobaczyłam, jak tutaj ludzie szanują swój czas prywatny. Odkryłam też ku mojemu przerażeniu, że ja już nie do końca umiem usiąść spokojnie wieczorem i po prostu poświęcić swoją uwagę w 100% bliskiej mi osobie, bo cały czas w głowie wirowała mi lista rzeczy, które teoretycznie powinnam "na cito" zrobić. I to dodało mi sił. Nie jestem leniem, jeśli to konieczne, potrafię pracować nawet po 70 godz. tygodniowo, ale w którymś momencie trzeba też pomyśleć o sobie, o swoim życiu i bliskich nam osobach. Uczyłam się tego w Niemczech całe długie miesiące, ale dziś potrafię już powiedzieć, że "Nie, przykro mi, jest godzina 17:00 i z całą pewnością nie dam rady na jutro rano przetłumaczyć 12 stron." (dla niewtajemniczonych - 1 strona tłumaczenia to ok. 1 godz. pracy)
I co się okazało? Że klienci niejednokrotnie mogą poczekać. Że, to co miało być tak pilne, wcale takie nie było tudzież po prostu nauczyli się planować wcześniej. I mimo kilku odmów wracają, bo po prostu mają zaufanie do wykonanej przez mnie pracy i żeby ją otrzymać są gotowi przyjąć do wiadomości, że na wykonanie zlecenia potrzebuję tyle, a tyle czasu:)


3. Po latach walki z shopoholizmem wyszłam z uzależnienia!

 

Buty, które w całej swej okazałości zachęcają do kupna...
No może trochę przesadziłam w podtytule z tym shopoholizmem. Aż tak źle nie było, że min. raz w tygodniu musiałam iść na zakupy. Niejednokrotnie bywały okresy, że po prostu nie miałam czasu, ani ochoty na tak trywialne rzeczy, ale faktem jest, że w którymś momencie doszłam do wniosku, że szafa pęka mi w szwach. 
Jak  większość kobiet sprawia mi frajdę wrócić czasem do domu z nowymi nabytkami. Nowe trendy - nowe pokusy... ale nie w Niemczech:)
O modzie panującej u naszego zachodniego sąsiada jak kraj długi i szeroki  mam osobiście jak najgorsze zdanie. Czasami mam poczucie, że bycie tutaj kobietą to grzech. Niejednokrotnie zarówno ja, jak i moi polscy znajomi mieliśmy na ulicy problem w rozpoznaniu płci stojącej przed nami osoby. Dobrze, że w języku niemieckim w formie grzecznościowej nie ma rozróżnienia na formę "Pan" i "Pani", tylko jest ogólne, niezależne od płci "Sie" (a może to właśnie język niemiecki rozpoznał ten probloem i specjalnie tak się rozwinął, by ułatwić komunikację w sytuacjach, gdy nie do końca jasnym jest, z kim rozmawiamy? - tak mi przyszło właśnie na myśl).


Niemki ubierają się praktycznie, po męsku, niekobieco i na poczucie smaku wielu Europejczyków z innych krajów (przynajmniej tych, których ja miałam przyjemność poznać) niegustownie. Takie też są w moim odczuciu w większości rzeczy w niemieckich sklepach. Oczywiście, jak się dobrze poszuka, to można coś fajnego znaleźć, ale nawet asortyment sieciówek takich jak H&M, czy C&A jest zawsze z lekka dostosowany do ogólnego stylu ubierania się w danym kraju, a ten w Niemczech opiera się na:
- plecaku (Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż po tym, jak pojeździł ze mną trochę po Europie śmieje się teraz, że Niemcy  najwidoczniej rodzą się już z plecakiem, który im potem towarzyszy przez całe życie, nawet podczas wizyty w operze - co niejednokrotnie mieliśmy okazję zaobserwować)


 





- butach wędrownych (nawet, gdy Niemcy idą do restauracji na kolację). Tego chyba nigdy nie pojmę, dlaczego ludzie ubierają się na wieczorne wyjście do teatru, czy restauracji tak, jakby planowali całą noc spędzić w górach...
- szalu. Szal to niemalże obowiązkowy dodatek do każdego stroju. Pasuje, czy nie (najczęściej raczej nie), szal musi być. Nawet obecny niemiecki guru mody  Guido Maria Kretchmer załamuje ręce i pyta się, jak do tego doszło, że  Niemcy uparcie do wszystkiego zakładają szal?

W życiu nie zamienię ładnej, ciekawej torebki, na jakiś plecak, a buty wędrowne akceptuję tylko podczas wędrówek (tj. ich nazwa mówi coś o ich przeznaczeniu).  

Inna kwestia to rozmiarówka. Rzadko podobają mi się jakieś buty w Niemczech, ale czasem nawet coś potrafi mnie zaintrygować. Co z tego, skoro w części sklepów rozmiary zaczynają sią od 37, a ja noszę 36... Przy butach zimowych to żaden większy problem, ale przy sandałkach już niestety (lub stety patrząc z perspektywy mojego portfela) stanowi różnicę:(

Szale nawet kiedyś lubiłam zakładać. Ale to było dawno, jak mieszkałam w Polsce. Tutaj czynię to niezwykle rzadko, w przeciwnym razie byłabym umundurkowana. Ostatnio byliśmy na imprezie urodzinowej - 9 kobiet, tylko ja nie byłam omotana po zęby szalem. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zaczął dla zabawy prowadzić szalową statystykę. Najczęściej w pomieszczeniu, w którym się znajdujemy 80%-90% kobiet ma szal i to jeszcze taki, który w najlepszej sytuacji współgra akurat z trawą za oknem. I co by nie było, że tylko ja się wyżywam na niemieckim stylu  ubierania, przytoczę słowa brytyjskiego pisarza Jerome K. Jerome, który już w XIX w. w swojej powieści "Trzech panów na rowerach, tym razem bez psa" był zdania, że poranną toaletę Niemki wykonują najprawdopodobniej z zamkniętymi oczami zakładając na siebie to, co akurat im przez przypadek wpadło w rękę...

I tym oto prostym sposobem oszczędzam tu kupę kasy na ciuchach, których nie kupuję. W końcu faktycznie noszę to, co mam w szafie, a nie znoszę ciągle nowych rzeczy do domu!

Juhu!!!


 4. Odkryłam czar gotowania.

 



Zawsze było mi szkoda czasu na tak przyziemne zajęcie. Czas spędzony w kuchni przeliczałam na ilość nieprzeczytanych w trakcie gotowania stron książki. Jeśli już gotowałam, to lekkie potrawy, ale jak miałam ochotę na schabowego, to po prostu szłam do baru mlecznego. W regionie, gdzie mieszkamy, jak sobie sama nie ugotuję typowo polskich potraw, to nigdzie ich nie zjem. Zmusiło mnie to do nauki, bo choć nie jestem fanem naszej kuchni, to jednak mam kilka dań, za którymi czasem mi tęskno, a i  znajomym Niemcom chciałam zaprezentować polskie smaki.
Poza tym w kupowanych tutaj produktach wyczuwam więcej chemii, zaczęliśmy zatem sporo rzeczy kupować bezpośrednio u rolników, ale jakoś trzeba przygotować przywiezione od nich rzeczy. Dopiero tutaj w Niemczech zrozumiałam, że gotowanie nie musi oznaczać nudnych mielonych z kartoflami. Zaczęłam eksperymentować i to sprawia mi ogromną frajdę. Rozlany uśmiech małżonka po posiłku to cudowna nagroda:) A jeszcze lepszą jest, gdy on w zamian dla mnie gotuje - w ten sposób cały czas raczymy się nawzajem nowymi smakami:)


5. Poznałam czar śniadań w kawiarni.

 

Moje śnaidanko w kawiarni z przyjaciółką

 

Stosunkowo niedawno dotarł do Polski pomysł, że do kawiarni można się wybrać nie tylko na kawę i ciasto, czy na wieczorną herbatkę, ale także na śniadanie. W Niemczech ludzie od lat umawiają się na wspólne śniadania i kiedy jeszcze u nas w kraju tradycja ta była nieznana, tutaj kompletnie oczarował mnie pomysł porannego wyjścia do restauracji. Nad tak miło rozpoczętym dniu unosi się powiew magii!



6. Życie w małym mieście może być czasami bardziej fascynujące od życia w dużej metropolii.



Przerażała mnie przeprowadzka z drugiego w ówczesnym czasie pod względem wielkości miasta w Polsce do mieściny liczącej niecałe 100.000 mieszkańców leżącej gdzieś na niemieckiej prerii. Przywykłam do ruchu, do odgłosów miasta, bogatej oferty kulturalnej i rozrywkowej. W Niemczch mieliśmy zamieszkać w mniejszej miejscowości. Wprawdzie za rogiem mamy Hannover, do Braunschweiga też nie jest aż tak daleko, a mimo wszystko bałam się straszliwie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że obok wkurzających rzeczy związanych z życiem w małej miejscowości, jest też i trochę plusów.
Przede wszystkim żyje się spokojniej - tą różnicę widzę teraz zwłaszcza, gdy przyjeżdżam do Polski i wpadam w mój dawny rytm. Poza tym nie traci się tyle czasu w ruchu ulicznym, a i powietrze jest zdrowsze. 
Jest jednak jeszcze jeden aspekt, którego przed przeprowadzką do Niemiec nie byłam świadoma - Niemcy to naród kierowców. Oni ciągle gdzieś jeżdżą. Jedną z rzeczy, które najbardziej kochają, to ich autostrady. Fakt, że są one często zablokowane, a bo remont, a bo wypadek, a bo coś innego, ale autostrady dają im poczucie wolności. Do jak najbardziej normalnych form spędzania wolnego czasu jest organizowanie sobie wycieczek i wszelakiego rodzaju wypadów. W efekcie, w dniu powszednim nie muszę nie wiadomo jakich wypraw czynić, by załatwić coś w urzędzie, czy odbyć wizytę lekarską, a w wolnym czasie jesteśmy w teatrze w Berlinie, czy Magdeburgu, na koncercie w Braunschweigu, w galerii w Hannoverze, czy Wolfsburgu. Mieszkając w dużym mieście pewnie tak mocno nie zgłębialibyśmy oferty kulturalnej różnych miast:)



7. Na nowo nauczyłam się bawić.

 

Zabawa odtwarzanie obrazów

 

Kiedy rozmawiam z polskimi znajomymi, to wiecznie słyszę, jak to zajęci oni są. Umęczeni, wiecznie gdzieś goniący i co weekend wracający do Castoramy, czy innego centrum handlowego, bo to, czy tamto trzeba załatwić. Sama pamiętam dobrze te czasy, kiedy i ja byłam w wiecznym biegu, a swój czas wolny traktowałam po macoszemu (patrz punkt 2). Każdy goni, każdy jest w niedoczasie. Jesteśmy na wiecznym dorobku. W czasach socjalizmu mówiło się o nas, że byliśmy najweselszym barakiem w obozie. Ludzie żyli w niedostatku, za to potrafili się bawić. Do dziś żyjemy w przekonaniu, że ciągle jesteśmy mistrzami w tej dziedzinie. Niestety moi Państwo, pozbawię Was tych złudzeń. Te czasy już minęły. To Niemcy na nowo nauczyli mnie się bawić. 
Czy pomyśleliście kiedyś, że każdy dzień to pierwszy dzień reszty Waszego życia? A ile nam go zostało, nikt z nas nie wie. Kolejny dzień może przynieść ze sobą kataklizm. Czy naprawdę nie warto zrezygnować z wizyty w Castoramie w niedzielę wieczorem i spędzić ten czas weselej? Uczepiłam się tej Castoramy jak rzep psiego ogona, bo podczas ostatniej wizyty w Polsce widziałam, jak wielu ludzi się do niej wybrało w niedzielę ok. 20:00. W Niemczech to czas święty. Czas dla rodziny, bliskich. Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż musiał zbierać z ulicy swoje oczy, które mu z szoku wyleciały, gdy zobaczył ile wozów skręcało tamtego wieczora do sklepu z artykułami budowlanymi.  
Mówi się, że Niemcy nie umieją się bawić. Oj, potrafią, potrafią. Robią to tylko inaczej niż my. Niemieckie imprezy to niekoniecznie głośna muzyka i tańce (choć i takie raz na ruski rok potrafią się zdarzyć), za to jedną z ulubionych form wspólnego spędzania czasu, to wspólne gotowanie, wspólne wycieczki rowerowe w nieznane (to latem), wieczory gier, wspólne grillowanie, wieczory tematyczne, imprezy z grzańcem (to zimą), czy też zabawy np. w odtwarzenie obrazów na żywo. Każdy weekend jest inny, jak w kalejdoskopie, a ja czuje się o co najmniej 10 lat młodsza:)



I tym pozytywnym akcentem kończę moje dzisiejsze wywody:)