10 czerwca 2016

Luter i puszczanie bąków przy stole


Niedawno rozmawialiśmy ze znajomymi obcokrajowacmi o życiu w Niemczech, Niemcach i rzeczach, które w niemieckiej kulturze są dla nas dziwne. Amerykanki śmiały się podczas rozmowy z tego, że Niemcy jedzą kanapki nożem i widelcem. Pamiętam, jak sama dziwnie się na nich patrzyłam, gdy odkryłam, że do zjedzenia chleba z serem potrzebują całego arsenału sztućców, ale gdy już do tego widoku przywykłam, to stwierdzam, że ma to w sobie nawet coś z elegancji. Sama jednak nie do końca umiem się przemóc. Tzn. siedząc pośród ludzi staram się dostosować i też używam sztućców do zjedzenia kromki chleba, ale w domowym zaciszu chlebek pakuję sobie do mordki łapkami jak małpka:) Jedzenie dla mnie kanapek sztućcami jest podobnie dziwne, jak dla mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża mówienie po posiłku "dziękuję", co ja z kolei namiętnie praktykuję. 
Gdy tak sobie rozmawialiśmy o tych sztućcach, to jedna znajoma Polka dorzuciła jeszcze "no i pierdzą przy stole". I właśnie ta jej wypowiedź zmotywowała mnie do napisania niniejszego postu.
Joachim Schäfer, Ökumenisches Heiligenlexikon
Gdy opowiedziałam o odbytej rozmowie mojemu Najcudowniejszego Pod Słońcem Mężowi, ten zbladł i zaniemówił. Po chwili w końcu z siebie wykrztusił: "Ja wiem, że nas w Europie za świnie mają, ale... ale...to?!!!" Luby miał minę, jakby właśnie ducha zobaczył. "No jeszcze byłabym skłonny sobie wyobrazić, że u Bawarczyków takie rzeczy się dzieją, ale my to przez tego całego Lutra tak cierpimy." wydusił w końcu z siebie wielce obruszony. Nie wiem, czy u Bawarczyków niekulturalne zachowania przy stole to codzienność. Słyszałam wprawdzie nieraz jakieś zatrważające historie, ale sama nie widziałam, nie doświadczyłam, w Bawarii nie żyję, więc się nie wypowiadam. Zresztą ci Bawarczycy, których poznałam manierami przy stole się nie kompromitowali, więc osobiście też nie wiem, co Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż się ich teraz uczepił, mnie mocniej zainteresowała jednak druga część wypowiedzi- ta o Lutrze. Bo w sumie, co ma piernik do wiatraka, tak jak co ma kaznodzieja do pierdzenia? Hę? Ale zanim dojdę do wyjaśnienia zróbmy mały rekonesans obrazu przeciętnego Niemca w polskich oczach.

Gdy tak zebrać panujące u nas stereotypy o sąsiadach zza Odry, to obraz przeciętnego "Szwaba" prezentuje się mniej więcej następująco. Ma nosić latem obowiązkowo białe skarpetki do sandałów. Jest nudziarzem bez poczucia humoru, do tego tępy, bo nie umie „kombinować”, przede wszystkim jednak jawi się wielu Polakom, jako hiena, która czyha tylko na okazję, jak na terenach w przeszłości należących do rajchu kupić domek, w którym mieszkali jego przodkowie. Pewnie z tego powodu też oszczędza jak szalony, bo typowy Niemiec dziesięć razy obróci centa w ręce, zanim wypuści go ze swojej ręki. Poza tym je w naszym przekonaniu tylko pyry, wypija hektolitry piwa oraz beka, nie mówiąc o puszczaniu wspomnianych bąków przy stole i co gorsza - uważa to za normalne!
Po wpakowaniu wszystkich zasłyszanych opinii o Niemcach w przykładowego Helmuta tudzież w Helgę wyłania się nam zatem dość przerażający obraz sąsiada zza Odry. Brakuje tylko kłów i ogona. Gdyby jeszcze taki Niemiec zionął ogniem, to portret byłby pełny, nieprawdaż? Nic dziwnego, że nasza Wanda do Wisły się rzuciła...


A na ile wyobrażenie pewnych Polaków pokrywa się z rzeczywistością? Postanowiłam wziąć na swoje barki ambitne zadanie polegające na próbie odpowiedzenia na powyższe pytanie. Z góry ostrzegam, że będę przy tym bazowała na swoich doświadczeniach oraz doświadczeniach moich znajomych, toteż przeprowadzona poniżej analiza niepoparta żadnymi statystykami ani naukowymi pracami będzie miała charakter dość subiektywny mimo moich najszczerszych intencji bycia możliwie obiektywną. Niemniej skoro mówimy o przeciętnym Müllerze, to powinno wystarczyć wzięcie pod lupę pierwszego lepszego Niemca z brzegu, by potwierdzić nasze podejrzenia o jego upiorności. 
Po pierwsze zaskoczę chyba sporo czytelników, gdy powiem, że z moimi niemieckimi znajomymi niezmiernie dużo się śmieję, a Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż bryluje w tej kwestii. Natomiast satyryczna/humorystyczna oferta prezentowana  w mediach jest najczęściej faktycznie dość katastrofalnej jakości. Nie do końca rozumiem skąd ten rozdźwięk, ale cóż. Nie tracę zatem czasu na oglądanie nudnych i nieśmiesznych programów komediowych, a zbijam boki w niemieckim towarzystwie:)
Po drugie, białe skarptki w męskich sandałach to już przeszłość na niemieckich ulicach. Kiedyś faktycznie były one znakiem rozpoznawczym Niemców, ale kilka lat temu wywiązała się cała dyskusja narodowa na ten temat, w wyniku której Niemcy skarpety ściągnęli z nóg i swoje sandały na rzepy noszą namiętnie na gołe nogi.


I kończąc już temat skarpet, to drodzy Panowie Polacy, a jak prezentują się Wasze nogi latem na polskich ulicach, hę?
Kolejną informacją jest nowinka oparta na statystykach, według których od pewnego czasu coraz więcej Niemców rozwija ową wątpliwą cechę "kombinowania" i muszę przyznać, że przy niektórych zasłyszanych historiach szczęka mi opadła. Sami Niemcy są jednak dość skromni w ocenie swojej kreatywności. Ich zdaniem ich „szukanie luki w systemie” nie jest ciągle tak wyrafinowane jak nasze. Tylko pytanie, czy cecha ta, to faktycznie taki atut. Podczas gdy my myślimy, jak sobie urządzić wygodnie życie, Niemcy (na szczęście) w większości rozważają raczej, co jest lepsze dla państwa jako całości. Przeciętny Helmut nadal myśli w kategoriach, że jeśli państwu będzie się dobrze powodzić, to wówczas także jemu będzie się dobrze żyło. Może to właśnie metoda na bogate państwo moi drodzy krajanie. Narzekamy na każdym kroku, że to złe, tamto niedobre, tu pieniędzy nie starcza, tam w ogóle ich brak, a może gdyby tak spojrzeć z perspektywy, że w końcu to my budujemy nasz dom i to jaki on będzie zależy od naszej społecznej postawy, to w Polsce żyłoby się trochę lepiej? Jasne, że nie jesteśmy tak bogatym krajem jak nasz zachodni sąsiad, ale to w końcu od obywateli zależy, jaką codzienność sobie tworzą. Nie zwalajmy wszystkiego na polityków (których notabene sami wybieramy). Niemniej muszę jednocześnie zaznaczyć, że większość moich znajomych Niemców ceni w nas naszą narodową cechę buntu. Podoba im się, że potrafimy walczyć o nasze prawa i że nie dajemy sobie w kaszę dmuchać. Niektórzy idą dalej i wkurzają się na zbyt pokornych pobratymców, którzy w ich pojęciu żyją w myśl zasady, że spokój to najlepszy gwarant dobrej jakości życia, co ich zdaniem może jednak okazać się zdradzieckie... Ja też lubię tą naszą cechę, ale z umiarem. Bo czyż nie bywa tak, że buntujemy się tak już niejako z przyzwyczajenia, dla zasady? Pomysł może być i dobry, ale Polak nie byłby Polakiem, gdyby nie zaprotestował. No dobrze, marudzę tu, a sama nie jestem lepsza, bo bądźmy szczerzy, jakby się przyjrzeć moim wpisom, to ciągle wtykam palec między drzwi. Taka już jest ta nasza polska krew, że milczeć spokojnie nie potrafię. W każdym razie Niemcom niejednokrotnie niechcący zaimponowałam, gdy tak po polsku buntowałam się przeciw działającym na szkodę ogółu decyzjom. Kiedyś usłyszałam miły komplement od jednego Niemca, "Gdyby w Niemczech żyło w pierwszej połowie XX w. więcej takich osób jak Pani, to może do tej całej tragedii w postaci II wojny światowej by nie doszło." Pan moje możliwości ratowania świata chyba trochę przecenił, ale miło było usłyszeć, że ktoś zobaczył we mnie nie zwykłego krzykacza, a osobę, której leży coś na sercu. No cóż, ciężki to kawałek chleba, bo w tyłek też mi się nie raz oberwało, ale o tym innym razem. 
A wracając do niemieckiego kombinowania, to wcale nie powinniśmy się jakoś za specjalnie cieszyć, że i Niemcy tą działalność odkryli dla siebie, bo trafia ona często w obcokrajowców. Dość historii się nasłuchałam o fatalnie skonstruowanych umowach pracy, na podstawie których zatrudniani są tutaj emigranci gospodarczy. Niby wszystko gra, niby stawki mają nawet wyższe niż obowiązkowa płaca minimalna, ale pełno innych kruczków powoduje, że na koniec ludzie za naprawdę ciężką pracę śmieciowatą zapłatę dostają.
Niemniej skoro już zahaczyliśmy o lata reżimu nazistowskiego, to muszę nadmienić, że to fakt, iż ciągle istnieją w Niemczech organizacje podsycające dawne resentymenty terytorialne, ale patrząac całościowo na naród niemiecki to ludzie należący do nich zaliczają się do mniejszości.  Osobiście też spotkałam kilku Niemców, którzy faktycznie rozważali kupno domu ich przodków w Polsce tudzież w okolicy, gdzie oni mieszkali, ale ostatecznie stwierdzili, że uczyniłoby to ich życie zbyt skomplikowanym i z pomysłu zrezygnowali. Jednemu znajomemu starczyło do całego szczęścia zabranie sobie jednego kamienia z pozostałości po dawnych zabudowaniach należących do jego dziadka wraz z kupką ziemi, które sobie teraz radośnie leżą w jego niemieckim ogródku. Co ciekawe ów znajomy swojego dziadka nigdy na oczy nie widział, więc po dziś dzień nie rozumiem przywiązania do jakiś zachwaszczonych ruin we wschodniej Polsce, ale jeśli jego roszczenia kończą się na kamieniu, to proszę bardzo - kamorów ci u nas pod dostatkiem. Znajomy cieszy się po dziś dzień jak dziecko z głaza przyciągniętego z Polski. Tak mało niektórym potrzeba do szczęścia! Inni znajomi Niemcy zadowolili się obejrzeniem domostwa przodków i przekonaniem się, że Polacy o nie dbają, a słyszałam nawet historie, że rodzinom żyjącym w domach, które powoli zaczynały popadać w ruinę dali pieniądze na ich remont. Dość nietypowe zachowanie na chciwego i skąpego Szwaba. W ogóle nie wrzuciłabym wszystkich Niemców do jednego worka z nalepką „Straszliwi skąpcy”  (no Mój najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż z pewnością się do nich nie zalicza - właściwie to się bardziej dziwi, że ja mam "tak małe potrzeby"). Chcąc udzielić sprawiedliwego sądu co do innych muszę przyznać, że nie raz spotkałam się wśród nich z niesamowitymi dusigroszami, jakich to nigdy nie znalazłam wśród znanych mi Polaków, choć jesteśmy społeczeństwem bądź, co bądź biedniejszym. Jednocześnie nie raz z przyjemnością obserwowałam wielu Niemców, którym prawdziwą radość sprawiało obdarowywanie innych i to wcale nie tylko najbliższych im ludzi. Oni naprawdę lubią dawać prezenty i czynią to często bez okazji:) Podobnie spotkałam się z ogromną gościnnością wśród potomków Konrada I. Propozycji zatrzymania się w domu u znajomych ciężko zliczyć. Najbardziej zaskoczyli mnie jednak obecnie moi bliscy przyjaciele, gdy po dziewięciu dniach znajomości zaproponowali mi zamieszkanie u nich w Berlinie. Musiałam się wówczas zatrzymać w mieście na dwa miesiące i szukałam sobie właśnie jakiegoś lokum, gdy oni spontanicznie podczas ogólnikowej rozmowy o ewentualnym spotkaniu na kawę odrzekli, że mają lepszy pomysł - po prostu, żebym zamieszkała z nimi. Wówczas nie znali nawet mojego nazwiska, a już pierwszego dnia wręczyli mi klucze do swojego mieszkania, bez większych obaw, że po powrocie zastaną swoje cztery ściany wysprzątane do zera. Do czynszu też nie pozwolili mi się dołożyć toteż by zapłacić swoją działkę musiałam wymyśleć trik - wysłałam ich wręcz siłą do teatru i na koncert nie oszczędzając przy tym na biletach. I jeśli mówimy już o gościnności, to za każdym razem po moim dłuższym pobycie w Niemczech, czy to po okresie studiów, czy też po jakimś stażu bądź praktykach poznani przeze mnie Niemcy zaczynali sobie łamać głowę, jak zatrzymać mnie na zawsze u nich:)
A jak jest z tą gościnnością i jedzeniem? Tyle się u nas opowiada, jak to Polak się naje paluszków w gościnie u Niemca. Odpowiadam: bardziej ciasta. Faktycznie sporo wizyt kończy się na małej słodkiej przekąsce. Dla mnie to osobista tragedia, bo nie lubię zbytnio słodyczy i jak już faktycznie dopadnie mnie głód, to nie mam co jeść. Nauczyłam się zatem wozić ze sobą banany. No cóż, co kraj, to obyczaj - trzeba się dostosować. Ale zdarzało się też być ugoszczoną obiadem. Czasami Niemcy chcą tak mocno, żebym poczuła się jak w domu, że gotują znienawidzony przeze mnie bigos... No cóż, sama sobie jestem winna - ciasta nie lubię, bigosu nie znoszę. Ten ostatni sprawia jednak, że ciepło robi się wokół serca, bo to miło poczuć, że ktoś głęboko się zastanowił, jak cię najlepiej ugościć:) Czasami trafiają się jednak może nie tak przemyślane, ale naprawdę pyszne łakocie!!! W każdym razie Po wielu proszonych obiadach w Niemczech zaświadczam solennie, że jeśli zostało się już zaproszonym na obiad, to nie jest w niemieckim obyczaju serwowanie gościowi kopy kartofli. Wręcz przeciwnie. Nieraz zostałam osobiście zaskoczona dość osobliwymi potrawami, w których ziemniaków za żadne skarby bym się nie doszukała. Za to odważę się potwierdzić teorię co do wypijanych hektolitrów piwa. (Ale czy my nie mamy swojej wódki?;) W kręgach, w których się obracam nikt nie beka, a jak mu się już to zdarzy, to incydent uważa za kompromitujący. Osoba, której się to przytrafiło przeprasza i robi się czerwona ze wstydu. A puszczanie gazów w towarzystwie to kompletne "NO GO". To skąd ten stereotyp o furczących przy stole Szwabach? Ano Luter miał ponoć po jakimś posiłku spytać "Warum rülpset und furzet Ihr nicht? Oder hat es euch nicht geschmecket?" [Dlaczego nie bekacie i nie pierdzicie? Czyżby wam nie smakowało? - tłumaczenie własne]. Dziś naukowcy kłócą się o to, czy słowa te faktycznie zostały wypowiedziane przez niego, ale Europę zdążyła już obejść wieść, że w Niemczech puszczanie bąków przy stole należy to dobrego tonu... 

Anonim (Holandia, 1600 - 1625): Cucina opiniorum


23 maja 2016

Matura w prezencie, czyli idę do szkoły w Niemczech cz.II

W ostatnim poście przybliżyłam Wam dzień powszedni w niemieckiej szkole, dziś zgodnie z obietnicą chcę opowiedzieć, jak wygląda egzamin maturalny u naszych sąsiadów za Odrą. Jednak za nim do niego dojdziemy pozwolę sobie zrobić przegląd przez całą drogę edukacujną przeciętnego Niemca, jako że ma on niezwykle ważne znaczenie, z jakim i jakiej jakości papierkiem opuszcza on mury szkoły średniej.
Na wstępie pragnę jeszcze raz zaznaczyć, że w Niemczech każdy land ma swoją własną politykę edukacyjną, która naprawdę może sporo różnić się od polityki landu sąsiedniego. Taki rozstrzał w systemie nauczania czyni życie codzienne w Niemczech dość skomplikowanym. Przeprowadzka do innego landu oznacza niejednokrotnie nieuznanie kwalifikacji zawodowych. Z taką sytuacją został  skonfrontowany chociażby Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż. Zastanawialiśmy się bowiem nad przeniesieniem do Pocztadamu, okazało się jednak, iż mimo jego naukowego tytułu doktora musiałby znowu iść na studia, żeby wykonywać swój zawód... Podobnie ciężko mają dzieci. Przeniesienie z jednego landu do drugiego może skutkować dla nich koniecznością powtarzania jednej, czy nawet dwóch klas, jako że w poprzedniej szkole przerabiały zupełnie inny materiał niż uczniowie w nowej szkole. Zarówno ja, jak i praktycznie wszyscy znani mi Niemcy uważają cały ten system za jedną wielką bzdurę, ale państwo federacyjne rządzi się swoimi prawami.

Moje dotychczasowe obserwacje dotyczą przede wszystkim systemu szkolnictwa w Saksonii Dolnej,  Nadrenii Północnej-Westfalii (landów posiadających system edukacyjny na dośćđ niskim poziomie w całych Niemczech), oraz Saksonii-Anhalt (będącym pod względem jakości przeciwieństwem systemów landów powyżej wspomnianych). Dzięki moim znajomościom z nauczycielami mam jeszcze jako takie pojęcie o edukacji w Bremie, Berlinie, Saksonii oraz Bawarii i nie omieszkam co ciekawszych informacji odnośnie tych landów wpleść w poniższą opowieść, niemniej moją uwagę poświęcę w głównej mierze wymienionym na samym początku dwóm landom.

 Różne drogi prowadzą do Rzymu, czyli przegląd przez typy szkół w niemieckim szkolnictwie


Tradycją praktykowaną w całych Niemczech, niezależnie od landu jest "Einschulung", czyli pierwszy dzień w szkole, o czym mogliście przeczytać w przeszłości w poniższym poście: http://sbundowani.blogspot.de/2015/09/pierwszy-dzien-szkoy.html
Drugą spójną dla całych Niemiec była długi czas konstrukcja systemu szkolnictwa, czyli cała ścieżka edukacyjna, która również za sprawą różnych rządów w poszczególnych landach uległa w ostatnich latach zróżnicowaniu. Mieszkańcy naszego zachodniego sąsiada rozpoczynają naukę w wieku lat sześciu pójściem do szkoły podstawowej. Ta trwa cztery lata. Następny etap to szkoła wyższa i tu mamy do wyboru już kilka opcji, których dostępność różni się w zależności od landu. Niemniej w tradycyjnym schemacie do wyboru pozostają: Gymnasium (odpowiednik naszego liceum), Realschule (szkoła dla słabszych uczniów), Berufsbildendeschule (przysposabia do zawodu), Hauptschule (szkoła, która daje podstawową bazę edukacyjną),  oraz Integrierte Gesamtschule (IGS). Tylko Gymnasium kończy się maturą, pozostałe szkoły mają swoją formę egzaminu końcowego, który jednak nie stanowi przepustki na studia. Uczniowie ze świadectwem z Realschule mogą dopiero po dodatkowym kształceniu podchodzić do matury. Nie jest to jednak możliwe dla uczniów Hauptschule, jedynie Fachhauptschulabschluss (specjalistyczny egzamin końcowy w Hauptschule) może umożliwić dalszą naukę w specjalistycznej szkole wyższej. Osoby z Hauptschulabschluss mogą jednak zrobić z czasem Realschulabschluss, a dalej maturę. Natomiast IGS to połączenie wszystkich form szkół i jako egzamin końcowy uczniowie mogą wybrać zarówno "licealną" maturę, jak i pozostałe formy egzaminów końcowych typowe dla poszczególnych form szkół.

Jedno z liceów w Saksonii Dolnej

Tak szroki podział szkół uważam za całkiem fajne rozwiązanie, bo przecież poszczególne dzieci mają różne umiejętności, predyspozycje, możliwości przyswajania materiału, czy też po prostu stoją na różnym poziomie rozwoju - jedne są bardziej dziecinne, inne wręcz przeciwnie. I u nas mówi się już od kilku lat, że jednym z największych błędów była likwidacja techników i zawodówek. Dodatkowo niemiecki system jest tak skonstruowany, że w każdej chwili można przejść do innego typu szkoły, jeśli np. uczeń wykaże się umiejętnościami, które lepiej rozwijać w szkole o innym charakterze. Co więcej, po ukończeniu nawet szkoły niedającej możliwości zdania egzaminu dojrzałości, system wciąż pozostawia dla takich osób otwartą furtkę na studia wyższe. W najgorszym wypadku, jak już tej matury się nie ma, to istnieje możliwość odbycia specjalnego kształcenia pod kątem studiów, które kończy się egzaminami wstępnymi na uniwersytet. Niegłupie to rozwiązanie, biorąc pod uwagę, że człowiek rozwija się całe życie i jeśli nawet w wieku lat 22 nie jest pewien, co chce robić i pójdzie gdzieś do pracy, to zawsze w późniejszym wieku, gdy odkryje swoje powołanie, może pójść na studia i kształcić się w konkretnym kierunku. Pod tym względem my, Polacy z naszym owczym pędem do liceum, a potem na studia, moglibyśmy coś przejąć od Niemców. W końcu nie każdy musi mieć tytuł magistra w wieku 24 lat.

 

 

Licea, gatunek zagrożony

 

Ten moim zdaniem całkiem sensownie zorganizowany system rujnuje jednak polityka dwóch partii: Zielonych i SPD w każdym landzie, gdzie są one u władzy. Na zakończenie podstawówki nauczyciele wystawiają każdemu uczniowi rekomendację odnośnie dalszej ścieżki edukacyjnej, ale za sprawą uprawianej polityki wspomnianych partii rodzice zaczęli bać się posyłać swoje pociechy do innego typu szkół aniżeli licea. Założeniem programowym tych dwóch frakcji jest bowiem zrównanie wszystkich poziomów szkół w myśl idei "wszyscy są równi". Idea piękna, poprawna politycznie, zapomniano jednak, że wszyscy są równi, ale mają różne umiejętności i to na litość boską nie jest ani przestępstwem, ani nie stanowi ujmy. Odpowiedzmy bowiem sobie na pytanie: "Czy osoba niewidoma może być kierowcą autobusu?". "Nie, nie może być". Za to taka osoba może być rewelacyjnym muzykiem. Założenia edukacyjne w Saksonii Dolnej są jednak takie, że z niewidomych próbuje się robić kierowców zamiast poszukać w nich innych talentów.
Na ostrze noża wzięto licea z zamiarem zrównania ich poziomu względem innych szkół, co spowodowało, że nagle wszyscy rodzice zapragnęli widzieć swoje skarby w ławach tychże szkół. Efekt był taki, że w liceach znalazło się wielu uczniów, którzy po prostu sobie w nich nie radzili. Ministerswo Oświaty obniżyło zatem poziom nauczania (miało to miejsce zarówno w Saksonii Dolnej, jak i w NRW). Na tym jednak nie koniec. Podczas gdy wybitnych uczniów się nie wspiera, to istnieje obowiązek organizowania dla słabych zajęć wyrównawczych. Ale gdyby tylko. Niejednokrotnie mają miejsca zdarzenia, że z powodu jednego niedającego sobie radę ucznia zwoływane są w godzinach lekcyjnych konferencje z udziałem wszystkich nauczycieli wykładających w danej klasie, co oznacza, że sześć, czy siedem klas ma odwołane lekcje z powodu jednego ucznia, który z pedagogicznego punktu widzenia powinien być np.w Realschule.
Standardem staje się także powoli fakt, że ok. połowa uczniów w klasie ma jakieś zaświadczenia odnośnie dysleksji, dygrafii, dyskalkulii, i innych dys, wystawianych namiętnie przez lekarzy (wiem, podobny problem mamy w Polsce, mam jednak nadzieję, że nie osiągnie on nigdy takich rozmiarów jak tutaj w Saksonii Dolnej). W większości przypadków to efekt tragicznego nauczania w szkołach podstawowych (opisałam ten problem w dziale "Lekcja niemieckiego": http://sbundowani.blogspot.de/2016/05/mydo-made-by-me-czyli-ide-do-szkoy-w.html) Niejako modą stało się, żeby dziecko było wyjątkowe, potrzebujące indywidaulnego traktowania, więc zaświadczenia "dys" są mile widziane przez rodziców, zwłaszcza, że lekarze dla osłody wpisują na ich dole formułkę "istnieje możliwość, że są to oznaki ukrytej genialności dziecka". Tym sposobem rodzice mają na piśmie potwierdzenie o wyjatkowości ich potomka, a jednocześnie załatwili, by ich pociecha była oceniana według specjalnych kryteriów czyniącymi wręcz niemożliwymi przeniesienie ucznia do innego typu szkoły. Procedura ta jest obecnie nagmiennie stosowana w Saksonii Dolnej oraz NRW i stanowi kolejną przyczynę, dlaczego poziom nauczania w tych landach leci na łeb, na szyję.

Oceny, waluta, którą nauczyciele kupują sobie swój spokój, a uczniowie przepustkę nawet na studia

 

Sposób wystawiania ocen też różni się w zależności od landu. Podczas gdy w Saksonii-Anhalt, czy w Saksonii obowiązujące zasady są podobne do tych z polskich szkół, to w Saksonii Dolnej panuje w tej kwestii jedna wielka niewiadoma niejednokrotnie do dnia wystawienia ocen końcowych. Nie ma tutaj dzienników klasowych. Każdy nauczyciel zapisuje gdzieś u siebie poszczególne oceny. Na ocenę końcową składają się oceny w 50%  ze sprawdzianów i w 50% z odpowiedzi ustnych ocenianych przez nauczyciela "z pedagogicznego punktu widzenia". Gdy nauczyciel wystawi zbyt surową ocenę musi się z niej niejednokrotnie przed samym dyrektorem tłumaczyć, toteż większość nauczycieli dla swojego świętego spokoju wystawia taką ocenę, by nie mieć samemu kłopotów. Klasówka, która w klasie wypadła zbyt źle musi zostać poprawiona, ewentualnie nauczyciel musi pisać do dyrektora całe pismo wyjaśniające z prośbą o zaakceptowanie wystawionych not. Tej zasadzie przewodziła myśl, aby nauczyciele dawali faktycznie sprawiedliwy format zadań (czyli taki, jaki wcześniej został przećwiczony na zajęciach), w praktyce służy temu, by przepchnąć nawet najsłabszych. Znowu wielu nauczycieli decyduje się na danie tak prostych zadań, żeby potem się nie szarpać z przełożonym. Na koniec semestru nie wolno wystawić oceny niższej o dwa stopnie od oceny z poprzedniego semestru, bo to z pewnością nie wina ucznia, że tak gwałtownie spadł. Wystawienie oceny niedostatecznej związane jest dla nauczyciela z całą masą nieprzyjemności, poczynając od szkalujących komentarzy kolegów, że pedagogicznie zawalił, że z pewnością nie chciało mu się sensownie poprowadzić lekcji, że jak to w ogóle możliwe, żeby uczeń dostał niedostateczną ocenę, po specjalne zebrania i konferencje, na których nauczyciel jest poddawany "przesłuchaniom", dlaczego wystawił tak złą notę. Podsumowując w jednym zdaniu panujące w Saksonii Dolnej wytyczne Ministerstwa Oświaty: to nie uczeń, tylko nauczyciel ma się tłumaczyć, czemu ten pierwszy nie przyswoił materiału. Tak ustalone wytyczne odnośnie oceniania uczniów powodują, że ci, choć nieraz w ogóle na to nie zasługują przechodzą do kolejnej klasy i to na całkiem niezłych ocenach! A te są naprawdę na wagę złota, bowiem to na ich podstawie uczeń jest dopuszczany do matury. Zasada też pseudodziałająca, bo od kolegów nauczycieli wiem, że ich dyrektor szkoły niejednokrotnie interweniował w przypadku uczniów niedpouszczonych do matury... Na czym owa interwencja miała polegać? Np. na wprowadzeniu zasady, że jeśli uczeń tylko złoży protest przeciw niedopuszczeniu do egzaminu dojrzałości, to dyrektor go dopuszcza. To własciwie po co ten cały cyrk z ocenami, skoro i tak każdy potem może podchodzić do matury? A żeby tej nie zdać w Saksonii Dolnej to już trzeba chyba na rzęsach stanąć.

W Saksonii Dolnej dzienników ocen brak, ale za to zaopatrzenie toalet dla nauczycielek jest na jak najwyższym poziomie

Ranking poziomu nauczania w poszczególnych landach 

 

Jeśli jednak, któryś z uczniów zrezygnuje wcześniej z liceum i przejdzie po 10 klasie do Realschule, to ukończy tą szkołę bez zdawania jakiegokolwiek egzaminu końcowego z tzw. "Rozszerzonym świadectwem Realschule". (przynajmniej taka zasada panuje w Saksonii Dolnej).
To przepychanie na siłę dalej uczniów dalej, czy ich umiejętności na to pozwalają, czy nie, powoduje mimo naprawdę fajnych lekcji, sprzętu i możliwości edukacyjnych, jakie szkoły oferują w swoich murach, że w ogólnym rozrachunku uczniowie w niektórych landach w Niemczech kończą swoją edukację z dość niskim poziomem wiedzy. Obecnie Saksonia Dolna pod względem efektywności, jakości oraz przyczynku do rozwoju gospodarki znajduje się w rankingu systemów szkolnictwa poszczególnych bundeslandów na 10 miejscu. Najgorzej od lat wypada Berlin ze swoim ostatnim miejscem na 16 pozycji. Stolica ma od lat problem szkół z dużą ilością uczniów obcego pochodzenia, którzy nie dają sobie rady z programem. Wielce możliwe, że dotknie to za chwilę Bawarię przepełnioną obecnie uchodźcami. Land ten od lat plasował się w pierwszej trójce pod względem poziomu nauczania. Znany w kręgach szkolnych był z niezwykle skrupulatnego i wybrednego doboru nauczycieli. Teraz jednak zalany przybyszami z Bliskiego Wschodu i Afryki zrezygnował z dopuszczania do wykonywania zawodu nauczyciela osób, które przeszły specjalne studia nauczycielskie (tzw. Referendariat, który najczęściej trwa 2 lata), tylko zgodził się przyjąć w swoje szeregi edukacyjne każdego, kto zgodzi się pracować jako nauczyciel z uchodźcami. Sądzę, że na efekty w spadku poziomu nie trzeba będzie długo czekać.  Dość źle rzecz przedstawia się także sytuacja w Bremie, która od lat "gotuje swoją własną zupkę". W Bremie mogą pracować nauczyciele wykształceni tylko w tym landzie stosujący potem dość dziwaczne metody nauczania, których efekty wypadają niezwykle słabo w rankingu. Także Schleswig-Holstein wypada jeszcze słabiej niż Saksonia Dolna. Od pewnego czasu w rankingach poziomu nauczania króluje Saksonia, a zaraz za nią plasuje się Turyngia - landy, które zachowały jeszcze sporo z socjalistycznego sposobu nauczania. Na 6 miejscu plasuje się Saksonia - Dolna, którą jednak ostatnio okrzyknięto landem, w którym najtrudniej zdać maturę. Rocznie tylko 30% wszystkich uczniów szkół średnich tego landu kończy naukę ze zdanym egzaminem dojrzałości. Landami, gdzie maturę dostaje się niejako w prezencie są właśnie Saksonia Dolna i NRW... Ale zanim opowiem, w jaki sposób się to dzieje, to najpierw trochę tradycji.

 

Obyczaje maturalne

 

Przed samą maturą w szkole panuje tzw. "Mottowoche". Przez ostatni tydzień szkoły uczniowie przychodzą każdego dnia przebrani zgodnie z mottem danego dnia.

Mottowoche 2016, czwartek: Prostytutki i alfonsi
Nauczyciele też się przebierają



Ostatniej nocy "Mottowoche" uczniowie śpią w szkole i ją demolują. Kolejny rocznik musi ją sprzątać i w ramach zemsty za swoją ciężką pracę zostawia w kolejnym roku jeszcze większy syf do uprzątnięcia swoim następcom. Nie rozumiem tej tradycji i dziwię się, że dyrektorzy szkół na to przystają, bo były przypadki, że w ramach demolowania szkoły wprowadzono w ich mury traktory, wymalowano spreyem ściany, wyłożono całe korytarze sianem itp. Nie wiem w ilu landach odbywa się to na takich zasadach. W Saksonii Dolnej stanowi to standard i jak się ostatnio dowiedziałam od znajomej Amerykanki w USA, w jej stanie uczniowie żegnają się ze szkołą podobnie. 
W Saksonii Anhalt miałam jednak przyjemność obserwować inną formę świętowania. Uczniowie przygotowują dla nauczycieli i kolegów z młodszych klas program rozrywkowy oraz kręcą videoklipy itp.

Zadania maturalne nie do oblania

 

Gdy ten punkt programu zostanie zaliczony, przychodzi w końcu czas na wielki dzień.
Teoretycznie egzamin dojrzałości ma się opierać na ogólnych wytycznych programowych, tzw. Kerncurricula. Problem polega na tym, że każda szkoła w Saksonii Dolnej tworzy swoje własne Kerncurricula. W toku całej nauki w liceum, czyli od 5 do 12 klasy przerabia się w sumie ok. 10-12 książek. Nie ma odgórnego spisu lektur, toteż w każdej szkole mogą być to zupełnie inne książki. Dlatego zadania maturalne na niemieckim są często skonstruowane w taki sposób, by literatury za mocno nie tykać, a jeśli już, to tekst jest podany. Tu mogę się zgodzić, że pomysł sprawdzenia, jak uczeń radzi sobie z analizą nieznanego mu wcześniej tekstu nie byłaby mimo wszystko głupi, gdyby wcześniej w toku nauki przerabianoby formaty zadań faktycznie kształtujące te umiejętności, ale że tak nie jest opowiedziałam Wam już w moim poprzednim poście w punkcie "Lekcja niemieckiego". Jak bowiem zanalizować jakiś tekst bez ogólnej wiedzy o literaturze, czy też umiejętności napisania zwykłej (nie linearnej) rozprawki? Zadania maturalne na niemieckim zawierają zatem bardzo często punkt, by oprzeć się na własnych doświadczeniach. I tak trzy lata temu jednym z zadań była analiza artykułu z gazety w oparciu o własne zdanie na dany temat. Ciężko nie zdać takiej matury, bo słuszność opinii nie podlega dyskusji, a wytyczne odnośnie oceny pracy mówią jasno, że sposób przeprowadzonej analizy to np. tylko 40% oceny końcowej. Bo moi drodzy, cała tajemnica w sprezentowanej maturze z niemieckiego polega nie na zadaniach, ale wytycznych odnośnie ich oceny. 
I tak w tym roku uczniowie w Saksonii Dolnej mieli do wyboru trzy tematy: Analizę wiersza "Kriegslied" Ericha Mühsama (70% oceny końcowej to sama interpretacja, kolejne 30% to porównanie oceny wojny z jej oceną w powieściach "Na Zachodzie nic nowego" Remarquesa oraz  "In Stahlgewittern" Jüngera"), Interpretację fragmentu powieści Thomasa Manna "Buddenbrokowie" (70% oceny) z odniesieniem się do pragmatycznych wypowiedzi Kanta (30%) oraz tzw. Sporządzenie analizy problemu poruszonego w zbiorze zaprezentowanych tekstów. Postawionym pytaniem dla zadania było "Literatura - po co jest na w ogóle potrzebna?" Aby na nie odpowiedzieć uczniowie dostali wyciąg z artykułu z prasy, komiks, fragment wywiadu, statystykę i jeszcze kilka wyciągów z książek. Zadania zatem same w sobie nie wyglądają tak źle, a ostatnie wydaje się być niezwykle ambitnym, wymagającym już umiejętności, jakie rozwija się na uniwersytecie pisząc prace naukowe. Niestety to tylko pozory. Zaglądam bowiem do wytycznych dla nauczycieli, jak mają oceniać prace i widzę, że jako analizę wiersza traktuje się już jego opowiedzenie własnymi słowami. Aby spełnić kryteria owych 70% należy jeszcze określić rym i umieć określić charakter wiersza. Trzeci, tak niezwykle ambitnie brzmiący temat okazuje się być igraszką w rękach dziecka, gdy wiemy, że otrzymane przez nauczycieli wytyczne odnośnie oceny dopuszczają praktycznie wystawienie dobrej oceny za uprawianie plagiatu. Cały dokument mający nadać ramy oceny tegoż zadania składa się praktycznie z trybu przypuszczjącego. "Uczniowie mogą  ten format potraktować w taki, ale i w inny sposób.", "Dokonując analizy problemu uczniowie nie powinni pisać w pierwszej osobie lp., ale nie stanowi to błędu. "Przypomnę tak na wszelki wypadek, że ogólna zasada analizy tekstu mówi, iż powinna się ona opierać na tym, co tekst mówi, a nie co analizujący o nim sądzi, czy też jak on mu się podoba. Takie uwagi, jeśli jest na to stosowne miejsce, można włączyć dopiero na koniec. Określona w Saksonii Dolnej kryteria oceny pozwala, by uczeń całą pracę oparł na swoich osobistych odczuciach bez zagłębiania się w podane do zanalizowania materiały, zwłaszcza, gdy poczytamy sobie dalej wytyczne Ministerstwa: "Możliwym, ale niekoniecznym aspektem jest...", "Problematyka nie musi zostać poddana zróżnicowanej analizie.", "Kompletność prezentacji aspektów omawianej problematyki nie jest wymagana."(!),  itd. przez prawie dwie strony A4. 
Ocena wypracowań była zawsze najtrudniejsza, bo nie da się ich ocenić jak matematyki, ale jeśli wymogi są określone w taki sposób, że wszystko praktycznie jest dozwolone, to po co właściwie pisać cały ten egzamin? Wybór tego zadania oznaczał maturę w kieszeni, bowiem uczeń musiałby nie napisać nic, żeby nie zdać. I tak w ostatecznym rozrachunku najtrudniejszym zadaniem okazało się zadanie nr 2, choć jak pomyślę sobie o swojej maturze, to ten format zadania z przedłożonymi przed nos potrzebnymi tekstami ciągle jest pryszczem. Nie ważne, według informacji jakie do mnie dochodzą większość uczniów wybrała na maturze z niemieckiego prezent od Ministerstwa - trzeci temat.

Rodzic lew

 

Wydawać by się zatem mogło, że takich dylematów nie powinni mieć nauczyciele matematyki. Przedmiot ścisły, więc i sposób oceny powinien być jasno określony. No cóż, w tym roku rodzice wielu uczniów podchodzących w Saksonii Dolnej do matury uznali, że zadania były o wiele za wiele za trudne oraz zbyt kompleksowe. Ten punkt wszelkich wiadomości uważam osobiście za najbardziej interesujący, że do takiego wniosku doszli rodzice, których wcale na egzaminie nie było. Wraz ze swoimi potomkami złożyli oni skargę do Ministerstwa Edukacji, które w odpowiedzi postanowiło wydać dla nauczycieli oświadczenie, by ci sprawdzając prace dopasowali odpowiednio ocenę. Więcej informacji w liście brak. Ani nie podano nowych kryteriów oceniania, ani żadnych ram dla minimalnych wymagań. Czyli "każdy sobie rzepkę skrobie". Konsekwencją będzie prawdopodobnie fakt, że ocenę z matematyki będzie można w bardzo łatwy sposób zaskarżyć, a tego szkoły boją się najbardziej.  Lęk ten tłumaczy wiele kuriozalnych ustaleń odnośnie opisanego przeze mnie wcześniej oceniania prac uczniów. Posiadanie ubezpieczenia prawnego przez nauczyciela to tutaj mus. Bywały już przypadki, że nauczyciel lądował przed sądem za sprawą zbyt surowej oceny z testu według opinii jakiegoś rodzica. Czyli jak znam życie, maturę z matematyki też będzie w tym roku niezwykle ciężko oblać, bo nikt nie ma ochoty uprzyjemniać sobie życia włóczeniem się po sądach. I chyba coraz bardziej zaczynam rozumieć, dlaczego na wielu uniwersytetach niemieckich na kierunkach technicznych królują jako studenci i asystenci Rosjanie oraz Ukraincy. Dla nich poziom matematyki w niemieckich szkołach jest niejednokrotnie śmiechu wart. Obserwuję to też u dzieci znajomych Rosjan, którzy w wyniku preprowadzki przeszli z rosyjskiego na niemiecki system nauczania i przy takich przedmiotach jak matematyka, czy fizyka po prostu pytają się po co mają chodzić do szkoły, bo ich wiedza wybiega ponad tutejsze ramy programowe. Co ciekawe, podobne obserwacje zbieram odnośnie uczniów pochodzących z Iraku. W przedmiotach, gdzie brak dobrej znajomości niemieckiego nie stanowi dla nich wielkiej przeszkody wykaszają niemieckich uczniów. Znajomy fizyk powiedział mi raz, że to on jako nauczyciel nie jest w stanie ich czegoś nowego nauczyć. Niemcy jednak przekonani o idealności swojego systemu nauczania nie uznają irackiej matury nawet częściowo (w zakresie przedmiotów ścisłych) i tak młodzież z tamtego regionu jest posyłana z powrotem do szkół. A można by zorganizować dla takich osób po prostu nauczanie uzupełniające z przedmiotów, których w Iraku nie mieli.

Gdy matematyka zawiedzie zostają jeszcze chemia i języki obce 

 

Na tym tle w miarę sensownie wypada znowu chemia. W ramach egzaminu maturalnego uczniowie przeprowadzają doświadczenia i opisują zarówno ich przebieg, jak i wyniki oraz wychodzące z nich wnioski. Także kryteria oceny zostały w miarę jasno określone, tak że faktycznie osoby zdające ten przedmiot musiały udowodnić, że posiadają stosowny poziom wiedzy.
Co mi się podoba w maturze z języka obcego, to na egzaminie często nie jest sprawdzane tylko w jakim stopniu uczeń dany język opanował, ale niektóre zadania nawiązują do twórczości literackiej, czy filmowej z danego regionu językowego. Skoro już na niemieckim literatura światowa jest omijana, to chociaż na lekcji języka obcego poświęca się uwagę najważniejszym twórcom z danego kręgu kulturowego (najczęsciej jednemu, ale i tak lepsze to niż nic).

Słówko na ucho, czyli za kulisami matury "niecentralnej"

 

Egzamin z omówionych do tej pory przedmiotów zdawany jest w ramach tzw. centralnej matury - tzn., że zadania są przygotowywane przez Ministerstwo Oświaty danego landu. Są jednak przedmioty, gdzie zadania maturalne przygotowywane są przez nauczycieli. Zalicza się do nich np. sztuka, czy filozofia. Od razu pozwolę sobie zaznaczyć, że osobiście podoba mi się, że w Saksonii Dolnej uczniowie mają w szkole filozofię, we wschodnich lanadach nie ma tego przedmiotu w programie szkolnym (jest za to niejednokrotnie astronomia, której z kolei brak w zachodniej części). Niemniej skontrolowanie poziomu wiedzy z filozofii opuszczających mury szkolne uczniów przebiega w takiej sytuacji niezwykle indywidualnie. Czy egzamin był na wysokim poziomie, czy był niemalże sprezentowany zależy w dużej mierze od nauczyciela. Wprawdzie proces przygotowania zadań egzaminacyjnych jest długi. Nauczyciel musi opracować trzy różne zadania, a następnie odesłać je do Ministerstwa Oświaty. To ono ostatecznie wybiera jeden z nich, który uczniowie danej szkoły otrzymują na maturze. Także i sam nauczyciel dowiaduje się dopiero w dniu egzaminu, które zadanie zostało ostatecznie wybrane. I teraz znowu coś zdradzę. Są nauczyciele, którzy starają się zachować najwyższe standardy i przygotowują też zadania na miarę egzaminu dojrzewania, są jednak i tacy, którzy na tle innych chcą wypaść na niezwykle dobrych nauczycieli (a cóż potwierdzi to lepiej, jak nie dobre oceny maturalne uczniów) i choć jest to zakazane, zdradzają swoim pupilom z jakich tematów powinni się przygotować na egzamin... 
Na koniec jeszcze jedna ciekawostka - w Niemczech w wielu landach można zdawać religię na maturze. To tyle na temat rozdziału państwa i kościoła u sąsiadów za Odrą, jeśli ktoś myślał, że u nich państwo świeckie funkcjonuje perfekcyjnie.
  

Padnięty prawie u mety, czyli sprawdzanie matur jako akt męczeństwa nauczycieli

 

Wszystkie prace maturalne sprawdzane są najpierw przez nauczyciela danego przedmiotu, następnie przez koreferenta, a na koniec przez "kierownika przedmiotu" (osoby koordynującej program nauczania w danej szkole). W Saksonii Dolnej dziwnym trafem w czasie matur obkłada się niejednokrotnie nauczycieli masą dodatkowych zajęć, szkoleń i konferencji trwających do samego wieczora, tak że na kontrolę prac nie pozostaje im dużo czasu. Część z tych obowiązkowych zebrań została narzucona odgórnie przez samo Ministerstwo i kilku nauczycieli zwierzyło mi się, iż podejrzewają w tym specjalne działania, mające na celu niedopuszczenie zbyt  wnikliwej kontroli prac egzaminacyjnych. Dowodów brak, ale obserwując już od kilku lat cały ten system, chyba bym się nie zdziwiła, gdyby faktycznie takie były ukryte zamiary tutejszego Ministerstwa Oświaty.
Na sam koniec pod pracami swój podpis składa dyrektor szkoły. Wielu nie ingeruje w ocenę nauczycieli, są jednak i tacy, którzy tak za wszelką cenę chcą mieć dobre wyniki w rankingach szkół, że uczniom, którzy matury mimo tych wszystkich udogodnień nie zdali, dodają sami od siebie brakujące punkty, by jednak i oni dostali swoje świadectwo dojrzałości. (O tym procederze słyszę od niektórych nauczycieli już od kilku lat...). Teoretycznie powinno się zgłosić takie działania, ale nikt nie chce narażać swojego tyłka, więc proceder kwitnie. 

Poprawka dobra na wszystko

 

I w taki to łatwy sposób można uzyskać maturę w szkole w Saksonii Dolnej oraz kilku innych landach. Ach! O mały włos bym zapomniała: jeśli ktoś już mimo tych wszystkich udogodnień egzaminu dojrzałości nie zda tudzież nie jest zadowolony ze swojej oceny, to w czerwcu może go sobie ustnie poprawić. I tu znowu działa zasada, że część nauczycieli zdradza tematy pytań, choć teoretycznie jest to zakazane... Nie dziwi zatem, że studenci z regionów, gdzie matura przebiegła na takim stosunkowo śmiesznym poziomie, reprezentują na uniwersytetach niezwykle niski poziom wiedzy. Jako, że obracam się też w środowiskach akademickich, wiem jak sytuacja przedstawia się i na tutejszych uniwerystetach. Obecnie jest już tak źle, że wielu studentów nie ogarnia sposobu funcjonowania programu studiów...

Kiedyś może nie było lepiej, ale za to solidniej

 

Po latach obserwacji,  a także i osobistej konfrontacji z różnymi systemami edukacyjnymi dochodzę do wniosku, że choć socjalistyczne podstawy nauczania, na jakich w znacznym stopniu opierał się jeszcze mój program szkolny, były może i nieraz nudne oraz nienajsensowniej opracowane, i bezwzględnie wymagały reformy, to w ostatecznym rozrachunku cieszę się, że jeszcze się na ten stary system załapałam, bo okazuje się, że mimo tych wszystkich mankamentów opuściłam jednak szkołę z solidną bazą w wielu przedmiotach. Oczywiście nadal żałuję, że nie miałam w szkole takiej chemii, jaką zaserwował mi w Niemczech mój kolega chemik, że biologia miała taki przebieg, że do szpiku kości ten przedmiot znienawidziłam, że część rzeczy, które musiałam się kiedyś nauczyć było zwykłym kuciem, po którym mi dziś wiele w głowie nie zostało. System kształcenia, który ja przeszłam nie był z całą pewnością idealny i nie zamierzam uprawiać tutaj nostalgii. Sama byłabym jedną z pierwszych osób, które pewne rzeczy w nim by zmieniły, ale z jakiejś przyczyny landy w Niemczech, w których zachowano jeszcze część struktur dawnego socjalistycznego nauczania wypadają w rankingach najlepiej. Zresztą naprawdę często widać też stosowną różnicę w kontaktach z ludźmi pochodzącymi z różnych stron Niemiec. I chyba nie bez przyczyny przybysze z Rosji, Białorusi i Ukrainy wręcz królują tutaj w niektórych przedmiotach.
A ja od mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża usłyszałam pewnego dnia jeden z najcudowniejszych komplementów: że jego tytuł doktora nijak się ma do mojej polskiej matury. Tyle, że to nie jest komplement dla mnie, lecz dla kraju i pracujących w nim nauczycieli, którzy mnie wykształcili:)

Także moi drodzy Polacy - uczcie się! Nie przejmujcie wszystkiego bezapelacyjnie z zachodniego systemu nauczania i nie wstydźcie się swojej wiedzy. Starajcie się nie iść po najmniejszej linii oporu, tylko być faktycznie ekspertami w swojej dziedzinie. To może być Waszą kartą przetargową w Europie. Kiedy tak przyglądam się tutejszemu pozimowi w szkołach nie dziwią już takie kwiatki jak tutejsza firma grzewcza, która zamiast nam naprawić termę omal nie wysadziła nas w powietrze (historię mogliście poznać tutaj: http://sbundowani.blogspot.de/2016/01/polen-am-bau-historia-pewnej-termy.html), albo tak nam naprawiali samochód, że silnik się stopił (http://sbundowani.blogspot.de/2016/02/polen-am-bau-samochod-w-warsztacie.html),
czy też traumatyczne doświadczenia z tutejszymi niedouczonymi lekarzami (ale o tym w przyszłości).


Ten post dedykuję moim nauczycielom oraz kolegom z klasy, z którymi przed 15-u laty zdawałam razem maturę. 





15 maja 2016

Mydło "made by me", czyli idę do szkoły w Niemczech cz.1

W Polsce zaczął się "sezon maturalny". W Niemczech trwa on już od początku kwietnia i z tej okazji postanowiłam pochylić się dziś nad systemem edukacji w naszych krajach. Nie opiszę Wam jednak niemieckiej szkoły z punktu widzenia rodzica, tylko osoby z  fakultetem metodycznym i pedagogicznym, która ma możliwość podejrzenia niemieckiej szkoły od kuchni.
Temat jest dla mnie o tyle ciekawy, jako że z całego serca wierzę, iż dobre wykształcenie to przyszłość narodu. Oczywiście będąc sama uczennicą nie miałam jeszcze tak górnolotnego podejścia do pobieranego wykształcenia. Ja i moi koledzy nasłuchaliśmy się wprawdzie dostatecznie sporo, że stanowimy sól tej ziemii, że szkoła to przepustka do "lepszego życia" itp., my jednak kojarzyliśmy ją głównie z jażmem nas uciśnionych. Jak przedstawiciele każdej kolejnej generacji i ja biadoliłam, narzekałam i  byłam za zmianą systemu edukacji (nie znając porządnie proponowanych rozwiązań, ani związanych z nimi konsekwencji, ale byłam za). Dziś, po latach, gdy w toku lat poza polskim podwórkiem skonfrontowana zostałam jeszcze z niemieckim i amerykańskim systemem nauczania, oraz miałam okazję przyjrzenia się z boku brytyjskiemu systemowi edukacyjnemu widzę, że naszym głównym polskim problemem w dyskusjach o kształceniu jest nieumiejętność oddzielenia ziarna od  plew. Powtarza się wprawdzie w kółko, że potrzebujemy więcej praktyki, a mniej wiedzy encyklopedycznej, ale gdzie, w jakiej formie, co warto zostawić ze starego systemu, a co nowego wprowadzić, to mam wrażenie nie zostało oddane sensownym badaniom. Ale po kolei.

Znienawidzonym przeze mnie przedmiotem nr 1 w szkole była biologia. Przed każdą lekcją dostawałam bólów brzucha i nudności. W liceum miałam to szczęście, że w klasie mieliśmy Jasia. Jaś był duży i postawny. Siadałam  zatem na lekcjach biologii za nim i zwijałam się w niewidoczną dla nauczycielki kulkę. Pod ławką wyciągałam ksiażkę i czytałam powieści, żeby się odciąć od obrzydliwych rozmów o jakiś obleśnych robalach i pasożytach, które mi się potem tylko po nocach śniły. Właśnie to czyniło dla mnie biologię tak nieznośną. Zamiast zacząć program od nauki czegoś nam bliskiego i przydatnego w życiu codziennym - np. tak o człowieku, to nie, trzeba było chronologicznie. Rośliny, pantofelki i inne cudaki. To było jeszcze nawet do przeżycia, ale te wszystkie robale!!! A co mnie obchodzi, że pochwa tasiemca ma 5 mm?!!! Tyle mi się uchowało w głowie z tych wszystkich koszmarnych lekcji, że jest mejoza i mitoza, pantofelek jest istotą jednokomórkową, a rośliny odżywiają się dzięki procesowi fotosyntezy. Na siedem lat nauki biologii to wyniki dość marne. Za to aby pokazać, gdzie leży np. taka śledziona, to muszę sprawdzać atlas anatomiczny, bo nie mam pojęcia.
Drugim niezbyt lubianym przeze mnie przedmiotem była chemia. Chemia nie stanowiła dla mnie problemu ze względu na swoją obleśność, była po prostu stosunkowo nudna z tym swoim kuciem reakcji chemicznych. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego eksperymentu przeprowadzonego na lekcji. Fakt, że i szkoła nie była odpowiednio wyposażona. Nie mieliśmy czegoś w rodzaju laboratorium, miejsca, gdzie można by podgrzać poszczególne chemikalia, nie wspominając o samych naczyniach. Rozwiązywaliśmy zatem w kółko reakcje chemiczne w zeszytach. Pocieszałam się, że w przyszłości nie będę ich wprawdzie pamiętać, ale przynajmniej uczę się logicznego myślenia. Teraz, po latach trafiła mi się okazja, aby poznać chemię z innej strony.
Pewnego dnia zgadałam się ze znajomym chemikiem, że on na swoich zajęciach pokazuje uczniom, jak wyprodukować mydło. Westchnęłam z żalem, że ja takiej chemii nie miałam i zaraz wybuchnęłam w euforii, jakie to fascynujące mieć takie zajęcia. "Niestety uczniowie nie potrafią tego docenić." odrzekł tylko, a ja spytałam się, czy mogłabym kiedyś przyjść jako obserwator na jego lekcję. Jego propozycja była jeszcze lepsza. Lekcja VIP tylko dla mnie w któryś weekend. I tak oto po 15 latach od zdania matury wróciłam do ławy szkolnej.

Lekcja chemii
Już zaplecze szkolne mnie poraziło swoim wyposażeniem: po prostu małe, ale dość profesjonalne laboratorium.





Także poszczególne ławki uczniowskie mają sprzęt umożliwiający przeprowadzanie różnych reakcji chemicznych.


Muszę w tym miejscu jednak szczerze zaznaczyć, że liceum, do którego ja trafiłam na swoją lekcję chemii było przed 10 laty najnowocześniejszą szkołą w całej Saksonii Dolnej. Nie każdy przybytek edukacji w Niemczech jest aż tak świetnie wyposażony. Także mój znajomy chemik przyznał, że mimo wielu mankamentów systemu szkolnictwa w Saksonii Dolnej (bo każdy land w Niemczech ma swoja własną politykę edukacyjną), które doprowadzają go do szewskiej pasji, zdecydował się dalej tu pracować właśnie ze względu na możliwości, jakie szkoła przed nim otwiera. Nie trapi go brak sprzętu, czy substancji. Zakup potrzebnych materiałów zgłaszany jest szkole, która dalej troszczy się o ich obecność w pracowni chemicznej.
Zaglądamy w takim razie do szafek i bierzemy potrzebne nam rzeczy do naszej dzisiejszej lekcji chemii:)


Zaczynamy od produkcji mydła. Potrzebne będą wyszczególnione poniżej rzeczy.






Nie myślałam, że produkcja mydła, to tak prosta sprawa! Łączymy obydwie substancje z listy, podgrzewamy



 i vuoala! Oto moje pierwsze mydło "made by me":)



No dobrze, za pięknie to ono nie wygląda, bo już byłam zbyt leniwa, żeby się bawić w jego formowanie. Niemniej strasznie się cieszę, że się nauczyłam je robić, jako że mam niezwykle delikatną skórę, która na te wszystkie niezwykle ładne, ale napakowane kupą chemii mydła nie najlepiej reaguje. Od lat najchętniej używam Białego Jelenia i podczas każdego pobytu w Polsce robię sobie jego duże zapasy. Zawsze z obawą, że zgromadzone produkty zużyję mimo wszystko szybciej przed przewidywanym kolejnym przyjazdem do Polski.  Teraz mogę już spać spokojnie, bo w najgorszym wypadku mydło potrafię sobie zrobić sama:)

Po wyprodukowaniu mydła zajęliśmy się produkcją nici poliestrowej.


Oto wersja chemii, jaką poznałam w polskiej szkole:


A to chemia, jaką w miałam przyjemność doświadczyć w Niemczech:



Na koniec dmuchaliśmy jeszcze szkło:)


Ptaszek - moja produkcja:) Chyba jeszcze muszę trochę poćwiczyć

Co jeszcze robią dzieciaki na lekcji chemii w Niemczech? Piątoklasiści hodują np. kryształy.


Potrzebowałam 15 lat od skończenia szkoły, żeby zmienić opinię o chemii:)


Lekcja biologii

Podobnie jak na zajęciach z chemii, także na biologii jest sporo zajęć praktycznych. Poza tradycyjnym rozcinaniem żaby, uczniowie np. ucząc się o budowie narządu wzrokowego kroją min. oczy woła. Moja awersja do tego przedmiotu jest tak głęboka, że mimo możliwości odbycia także VIP-owskiej lekcji biologii zrezygnowałam z tej atrakcji. Niemniej za niezwykle fajną inicjatywę uważam Ogród Ekologiczny, jaki zaprezentowano mi w szkole wyższej IGS (inna forma szkoły aniżeli liceum) w Peine. Ogród ten to swoistego rodzaju mini Zoo, gdzie uczniowie troszczą się o poszczególne zwierzęta, obserwują ich rozwuj oraz prowadzą badania. Ja byłam pod
niesamowitym wrażeniem, gdy dowiedziałam się, że szkoła ta w ramach projektu nauki o nerwach i ich odbudowie współpracuje z instytutem badań nad medycyną w Braunszweigu. W ogrodzie ekologicznym istnieje bowiem mała farma pająków, od których uczniowie codziennie pobierają produkowane przez nie nici. Te są dalej przekazywane instytutowi, gdzie uczniowie mogą zapoznać się z badaniami nad rekonstrukcją nerwów przy pomocy nici pajęczych. Po takich wow-informacjach przemogłam się i obejrzałam sobie dokładniej ową sławetną farmę pająków.


 Lekcja matematyki

Wydawać by się mogło, że skoro takie przedmioty jak chemia i biologia całkiem fajnie funkcjonują, to podobnie rzecz powinna się mieć z matematyką. Z jednej strony wyposażenie szkół umożliwia przeprowadzenie matematyki w ciekawszej formie. Prezentacje trójwymiarowych wizualizacji, czy ruchomych wykresów to praktycznie standard, a jednak mimo tego  (jeśli wyłączyć takie szkoły jak Liceum Siemensa w Magdeburgu, którego uczniowie mają niesamowite sukcesy w dziedzinie fizyki, matematyki, czy robotyki na arenie międzynarodowej) coś z matematyką zdaje się nie funkcjonować. Poziom tego przedmiotu zdaje się być w ostatecznym rozrachunku stosunkowo niski. Wiele tematów jest wprowadzanych później niż w ramach polskiego systemu nauczania. Nie wiem, jak to obecnie wygląda w Polsce, ale uczniowie na lekcji matematyki w Saksonii Dolnej praktycznie nie rozstają się z kalkulatorem. O efekty nie trzeba się długo prosić. Przez ponad trzy  lata naszej bytności w tym regionie Niemiec połowa otrzymanych przez nas rachunków była sumą czegoś, ale nie rzeczy zamówionych/kupionych przez nas.  Nie przesadzam. Problem dotyczy szczególnie sytuacji, gdy obsługująca osoba musi podliczyć zamówienie na kartce. Ostatnio za kawę i lody przyszło mi zapłacić 10,30 EUR, podczas gdy od mojego przyjaciela za dokladnie taki sam zestaw zażądano 11,70 EUR... A jeszcze dziwniejsze było to, że kelnerka się nie skapnęła, że każdemu z nas wyliczyła inną kwotę... Kiedy w takich sytuacjcach zadaję pytanie: "Czy jest Pani pewna?" obsługująca mnie osoba dochodzi często po kontrolnym obliczeniu do nowego wyniku, wyniku niejednokrotnie nadal nie mającego nic wspólnego z rzeczywistością...
I żeby nie było, że wymyślam, to zaczęliśmy kolekcjonować rachunki:



Lekcja  historii

Poziom nauczania na lekcji historii poraża. Oczywiście da się zauważyć pewne różnice między poszczególnymi landami, ale po latach obserwacji i konfrontacji na uniwersytecie, a teraz i w szkole, a także w życiu codziennym, mam fatalne zdanie o tym, jak nauczany jest ten przedmiot. Uczniowie klasy maturalnej często nie znają podstawowych dat. Wychodzą niejednokrotnie ze szkoły z mierną wiedzą o własnym kraju, nie wspominając już o innych państwach. Poprosiłam raz kilku znajomych nauczycieli z różnych szkół, w różnych landach by zrobili ze swoimi uczniami test z ogólnej wiedzy historycznej XX i XXI w. W sumie test został przeprowadzony na grupie 189 uczniów. Czytając odpowiedzi nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać. 63% uczniów klas 11 i 12 nie wiedziało, kiedy zbudowano mur berliński, 59% nie była świadoma, że Niemcy mieli kolonie, ok. 70% nie była w stanie podać okresu trwania II wojny światowej! O wojnie na Bałkanach pod koniec XX w. mało kto miał pojęcie. Na przykładowe pytanie: "Kto rozpoczął proces destalinizacji?" znalazły się odpowiedzi "Stalin"... W takich chwilach ręce opadają, bo to już nie tylko brak wiedzy wychodzi, ale i nieumiejętność logicznego myślenia. A na koniec wisienka na torcie: na pytanie "Kto po II wojnie światowej przyczynił się do zbliżenia ze Wschodem Europy?" otrzymałam nawet odpowiedź "Hitler". Nie dziwią mnie zatem teraz "kwiatki", jak student III roku historii na uniwersytecie w Magdeburgu, którego miałam okazję spotakć jeszcze w czasie moich studiów na seminarium historycznym dot. reżimu nazistowskiego. Pewnego razu na zajęciach usłyszałam z jego ust, że (cytat) "Polacy cieszyli się, gdy naziści zabierali ludzi do obozów koncentracyjnych, bo wiedzieli, że idą tam przestępcy i źli ludzie." Co ten człowiek robił przez poprzednie lata na studiach? - ciśnie się na usta.
I nie czujmy się teraz lepsi, bo my niestety w Polsce od kilku ładnych lat też zmierzamy w tą stronę, by tak uczyć się historii, żeby ją zapomnieć. 

Język obcy

Podczas, gdy Polacy często się chełpią, jak to znają taki j. angielski, to w praktyce okazuje się potem, że ich umiejętności kończą się niejednokrotnie na stwierdzeniu. "Yes, I speak English. A little." Niemcy często władają stosunkowo dobrze angielskim. Uczą się także francuskiego i hiszpańskiego. Na podstawie moich obserwacji mam wrażenie, że w niemieckiej szkole kładzie się spory nacisk na praktyczne zastosowanie języka. Stąd uczniowie podejmują często wspólnie przedwsięwzięcia, jak wystawienie dla szkoły spektaklu w języku obcym, wycieczek do stosownych krajów, wymian międzynarodowych, czy też po prostu angielskich/francuskich/itd. śniadań.



 Lekcja niemieckiego

Na ostatnią lekcję  w naszym planie zajęć wybrałam lekcję niemieckiego.  I tu znowu bajery, jakie w niektórych z niemieckich szkołach nauczyciele mają do dyspozycji zapierają dech w piersiach. Obok tradycyjnych tablic sale lekcyjne są wyposażone w smartboardy połączone z internetem, tak że w każdej chwili można podczas lekcji przeprowadzić wizualizację, wyświetlić tekst, czy skorzystać z opublikowanych w sieci materiałów. Chcąc umówić błędy stylistyczne, językowe w oddawanych wypracowaniach, czy też analizując jakiś tekst, nauczyciel może skorzystać z kamery do dokumentów. Ale co z tego, jeśli najpierw w podstawówce nie uczy się dzieci porządnie pisać, a potem czytać?





Podstawówka trwa w Niemczech 4 lata. Potem dzieci idą do szkoły wyższej. Znam kilka Polek, matek zachwyconych, jaka to fajna ta niemiecka szkoła - dzieci uczą się poprzez zabawę! Ja z kolei za sprawą moich kolegów nauczycieli mogę obserwować to od drugiej strony - do piątej klasy  przychodzi cała masa "przedszkolaków", które piszą "ze słuchu", niezgodnie z zasadami pisowni, bo tak im pozwolono w podstawówce. I tak pierwszym zadaniem na lekcji niemieckiego w szkole wyższej staje się niejednokrotnie konieczność nauczenia dzieciaki pisać! Niejednokrotnie jest to trudne zadanie, jako że łatwiej nauczyć kogoś czegoś nowego aniżeli wypleniać złe nawyki.
Nauczanie na poziomie przedszkolnym w pierwszych klasach szkoły podstawowej znajduje swoje odbicie na innych płaszczyznach. Podczas, gdy w Polsce piątoklasiści poznają mitologię grecką, to w Saksonii Dolnej dostają niejednokrotnie zadania na poziomie  naszej III klasy podstawowej. Polskie rozwiązanie uważam za bardzo fajne, jako że mity wciągają dzieci jak bajki, a przy okazji dostarczając im bazy do analizy wielu utworów literackich w przyszłości. No cóż, ale po co to niemieckiemu uczniowi, skoro w szkole prawie się nie czyta? A jeśli już jakaś lektura stoi w ramach programowych to tylko z literatury niemieckiej. "No przecież przedmiot nie nazywa się literatura światowa." argumentuje wielu nauczycieli. Niby tak, ale przecież niejednokrotnie dzieła literackie powstawały w ramach konkretnego nurtu artystycznego, czy też jako odpowiedź na wydarzenia historyczne w innych krajach. Żeby lepiej zrozumieć rodzime dzieła trzeba się czasem pochylić nad utworami zagranicznymi. W Niemczech w tej kwestii hoduje się raczej ignorantów. Teraz w końcu rozumiem, dlaczego na studiach poznawałam Niemców studiujących do tego jeszcze germanistykę i nie znających "Cierpień młodego Wertera", czy "Tristana i Izoldy", nie wspominając już o takim Balzacu, czy Dostojewskim!
Przedstawiciele młodego pokolenia, którzy za czytaniem przepadają pewnie właśnie sobie myślą,. że to szkoła ich marzeń. Tylko po co chodzić do takiej szkoły? Liceum ma za zadanie wypuścić w świat ludzi z wiedzą ogólną, żeby mieli pojęcie na różne tematy, żeby w różnych sytuacjach się odnaleźli.
Ja nieznosiłam tej mojej znienawidzonej biologii, ale kiedy przyszło mi robić tłumaczenia w naszej Puszczy Białowieskiej na temat roślinności, różnych żyjątek i ich cyklach rozwoju, przynajmniej wiedziałam o czym mówię i nie dziwowałam się, jakbym zobaczyła cyrk na jednym kółku.
Literatura nie produkuje nowszych modeli komputerów, ani smartfonów, nie robi pomiarów ruchów tektonicznych, ale kształtuje myśl humanistyczną. Gdyby w przeszłości więcej ludzi wczytało się w dzieła niektórych autorów, to może uniknęlibyśmy niektórych wojen.  Chyba dobry powód, by się tym przedmiotem  mocniej zainteresować?
Kolejną rzeczą, która odróżnia lekcję języka ojczystego w Saksonii Dolnej od Polski są dyskusje. Podczas, gdy u nas się krytykuje system oświaty, że jest ich w szkole za mało, to w szkole niemieckiej jest ich stanowczo za dużo. Wytyczne programowe landu "Saksonia Dolna" odnośnie nauczania języka niemieckiego można by kolokwialnie tak opisać: "Nie ważne co uczeń wyniesie z lekcji, ważne żeby się wygadał, a nawet jeśli nagadał głupot ma mieć poczucie, że powiedział coś mądrego."
Jestem jak najbardziej za kreatywnym myśleniem i próbą wyjścia poza schematy, ale nie twórzmy chorych systemów! Jak byłam w pierwszej klasie liceum to nasz nauczyciel polskiego faktycznie nie dopuszczał nas do głosu. Pierwsza klasa była poświęcona wyuczenia w nas umiejętności prowadzenia notatek jak na wykładach na uniwersytecie.  Można się kłócić, czy to było dobre, czy złe, jednak w starszych klasach niejednokrotnie część lekcji była poświęcona krótkiej dyskusji poświęconej temu, co my-uczniowie wyczytaliśmy w danym utworze tudzież jak my widzimy pewną problematykę. Niejednokrotnie poszliśmy w trochę nietypową stronę, ale było to dla nas dozwolone. Na koniec nauczyciel przedstwiał nam tzw. "oficjalnie przyjętą analizę". Uważam taki kompromis za całkiem niezły. Są bowiem utwory, których przesłanie jest niezwykle jednoznaczne, niemniej opublikowany tekst pozostaje otwartym źródłem do czerpania w nim i jeśli ktoś doczyta się w nim czegoś dodatkowego, co umie też stosownie zanalizować i uzasadnić, to czemu nie?
Lekcje niemieckiego w Saksonii Dolnej wołają natomiast o pomstę do nieba. Każdy uczeń glindzi trzy po trzy, a jeśli nauczyciel stara się nałożyć w jakimś stopniu ramy, to jest oskarżany o zbyt dużą ingerencję. Jedną z klasówek, jaką uczniowie mają napisać w klasie ósmej to rozprawka linearna (czyli taka, w której przedstawiają tylko swoje zdanie za, albo przeciw). I tak liceum opuszczją ludzie, którzy nie umieją ani analizować, ani argumentować, a to co mówią/piszą odbywa się często na dość prymitywnym poziomie. Jako przykład  podam pracę, która do dziś mnie rozbawia do bólu brzucha. Analizując dość problematyczny utwór Ernsta Jüngersa "In Stahlgewittern",  przez wielu odczytywany wyłącznie jako wychwalający wojnę, a jednak kryjący w sobie o wiele głębszą interpretację, uczennica klasy 11 z fragmentu walki zrobiła analizę życia psychicznego żab w wysokiej trawie, a to wszystko tylko na podstawie jednej informacji o rechocie żaby zasłyszanym w krótkiej chwili między wybuchami pocisków. Tak, wiem, i w polskiej szkole trafiają się tego typu rodzynki, niestety w wielu szkołach w Saksonii Dolnej to codzienność, a wyjątkami są ci uczniowie, którzy sensownie potrafią coś sklecić.
Wstęp do wywodu nt. "życia psychicznego żab", jak ja to określiłam
Ktoś by rzekł, też wielka tragedia, czy naprawdę każdy musi znać kanon literatury światowej? Ano jest to tragedia. po pierwsza, żeby móc o czymkolwiek dyskutować potrzebna jest pewna baza, czyli po prostu wiedza. Po drugie brak tej wiedzy to już pierwszy krok do ignorancji. A po trzecie takie kształcenie czyni życie społecznym wręcz niemożliwym. W regionie, gdzie mieszkamy ludzie niezwykle łatwo się obrażają, gdy człowiek ma na jakiś temat inne zdanie niż oni. Czują się od razu zaatakowani i urażeni w swojej kompetencji. Na nic zdają się konstruktywne argumenty. Ludzie tutaj nie umieją oddzielić sfery prywatnej od np. zawodowej. Każdy uważa, że wie wszystko najlepiej, a nawet jak popełni błąd, to biada temu, kto go wykryje, bo stanie się wówczas wrogiem numer jeden. Nic więc dziwnego, że sami nauczyciele przedmiotów humanistycznych twierdzą niejednokrotnie, że (cytat) "muszą kształcić debili".
Moje obserwacje są podobne, podczas gdy takimi przedmiotami, jak chemia, fizyka, czy biologia  Niemcy mogli by się poszczycić, to na historii, czy niemieckim hoduje się ciemne masy.
Moi drodzy Rodacy, pamiętajcie zatem proszę, że lekcje języka ojczystego uczą więcej niż tylko odbębniania lektur. Czy my Polacy umiemy lepiej dyskutować niż opisani przeze mnie Niemcy? Niekoniecznie. Przebiega to u nas trochę inaczej i też dość często fatalnie, a jednak jesteśmy bardziej otwarci na opinię innych oraz bardziej zdolni do przyjęcia ewentualnej krytyki. To już sporo. W Saksonii Dolnej to niemalże standard, że rozmówca jest przekonany o swojej nieomylności i wyjątkowości.  W kilku innych landach niestety też. Cóż winić tych ludzi, w końcu tak ich wychowano. Na szczęście są jeszcze landy, gdzie system szkolnictwa trochę lepiej funkcjonuje. Całe lata najlepszą opinię miała Bawaria, która ostatnio spadała w rankingu, za to nieźle z wynikami stoją Saksonia - Dolna i Saksonia. Dziwnym trafem są to landy, w których zachowały się jeszcze resztki socjalistycznego systemu edukacji. Z całą pewnością nie był on idealny i bezdyskusyjnie wymagał reformy, oraz zmiany pewnych metod nauczania, ale miał też kilka pozytywów. 
Przejmując rozwiązania z zachodu przyjrzyjmy się zatem im bliżej i nie bierzmy bezkrytycznie wszystkiego jak leci.
W kolejnym poście dowiecie się więcej o maturze w Niemczech.

8 kwietnia 2016

Fanatyzm i kobiece majtki


Przed Wielkanocą Europa przeżyła nowy szok w wyniku przeprowadzonych ataków terrorystycznych w Brukseli (a potem kolejny, gdy media zaczęły podawać, jak poszczególne organy zlekceważyły ostrzeżenia i informacje o przeszłości sprawców), następnie świat obiegła informacja o zamachach na chrześcijan w Pakistanie. Zaraz po Wielkanocy na polskie ulice wyszli katoliccy fanatycy domagając się ustawy całkowicie zakazującej aborcji, a w Niemczech protestanci pytają się mnie z wyższością, czemu Polacy tak uczepili się tej zacofanej religii, jakim jest katolicyzm.

W związku z obecną sytuacją międzynarodową toczy się sporo dyskusji na temat, czy terroryzm jest związany z islamem, czy też nie. W różnych krajach dyskurs ten przebiega w różnoraki sposób. W niemieckiej debacie panuje raczej tendencja oddzielania tych dwóch rzeczy od siebie. W mediach polskich za to dało się usłyszeć wcale niegłupie podsumowanie, że takich ataków terrorystycznych jak te w Brukseli, czy w Pakistanie nie da się całkowicie oddzielić od islamu, tak jak nie da się oddzielić wypraw krzyżowych w przeszłości od chrześcijaństwa. A potem przyszedł jeszcze Luter... i wojny religijne w Europie XVI wieku.
Jako Europejczycy patrzymy niejako z góry na wyznawców islamu, niejednokrotnie dziwiąc się, jak można być wyznawcą tak (cytuję różne zasłyszane w codziennych rozmowach zarówno w Polsce, jak i w Niemczech osoby) „ograniczającej”, „fanatycznej” i „głupiej” religii, zapominając, że i nasi przodkowie byli gotowi oddać swoje życie w imię wyznawanej wiary. Ale my ten czas mamy już za sobą, my się już ucywilizowaliśmy – oddychamy ze spokojem. Czy aby na pewno?
Po wydarzeniach sylwestrowych w Niemczech, niemiecka prasa poświęciła bardzo sporo uwagi pozycji kobiet w krajach arabskich publikując nowe oraz przypominając wcześniejsze artykuły poświęcone tej tematyce. To właśnie z tekstu Amiry El Ahl w Spieglu dowiedziałam się, że w Egipcjanki jeszcze do połowy lat 80-tych XX w. nosiły mini spódniczki oraz odzież odsłaniającą ramiona. W pierwszej połowie XX w. Egipt wzorował się na Europie. Wówczas to żyjące tam kobiety cieszyły się większą swobodą oraz równouprawnieniem niż dzisiaj. Obecnie w Egipcie panuje dyktat higabu, a opracowane przez 336 ekspertów z 22 krajów arabskich w 2013 roku wyniki badań pokazały, że spośród wszystkich krajów arabskich kobiety w Egipcie cierpią najbardziej. Nawet w objętej konfliktem wojennym Syrii sytuacja kobiet nie była tak tragiczna, jak sytuacja Egipcjanek.
Cóż takiego się tam zatem dzieje? Wyniki badań z 2013 roku wykazały, że 91% dziewczynek została poddana obrzezaniu, 99,3 % kobiet w Egipcie była seksualne napastowana. (dla przykładu tylko podczas czterech dni protestów w 2012 roku na placu Tahrir doszło do 91 przestępstw na tle seksualnym...). Jedną z prób przeciwdziałania męskiemu zachowaniu było podzielenie wagonów metra na te dla mężczyzn i na te tylko dla kobiet. Tylko, że tego typu działania nie rozwiązują przyczyn problemu.
Do zaostrzenia zasad życia w Egipcie znacznie przyczyniły się w ostatnich czasach media, pośród których zaczęło przybywać jak grzybów po deszczu programów religijnych, a jako że 40% społeczeństwa to analfabeci, to poddają się łatwo dyktatowi głoszonemu przez jakiś fanatycznych wyznawców islamu, którzy po swojemu interpretują zasady Koranu. Bo jakby się wczytać w Świętą Księgę muzułmanów, okazuje się, że o pewnych zasadach nie ma tam wcale mowy, o które tak napastliwie walczą pewne grupy.
Ktoś może teraz zada pytanie, po co ja się tutaj rozpisuję o sytuacji Egipcjanek? Co to ma wspólnego z nami? Ano sporo. Patrząc na polskie ulice (i kościoły), gdzie pewne grupy nie widzą w kobietach ludzi, a tylko obiekty do spełniania określonych zadań, w tym przypadku maciory do rozpłodu mające zgodnie z ich żądaniami rodzić nawet martwe dzieci, nawet płody będące wynikiem gwałtu, to nie widzę większej różnicy pomiędzy wyznawcami islamu chcącymi decydować, co się dzieje pomiędzy nogami kobiety, a naszymi katolikami przejawiającymi dokładnie takie same zainteresowania.




Tak, ucywilizowaliśmy się. Nie latamy w imię Boga Wszechmogącego z bombami nafaszerowanymi gwoździami i innymi ułamkami za pasem. Nie wysadzamy się w powietrze, ale bomba w brzuchu kobiety w postaci płodu, którego urodzenie ma ją kosztować życie jest jak najbardziej w porządku. Nie zabijamy innowierców, ale śmierć niewyznawczyni katolicyzmu w wyniku donoszenia niebezpiecznej dla jej życia ciąży jest ok. Nie torturujemy w imię naszej wiary, tylko jak nazwać zmuszanie kobiety do rodzenia nieżywego płodu? Popierającym całkowity zakaz aborcji wyjaśniam, że to horror nie tylko dla kobiet chcących mieć dzieci, ale i dla tych, których ich nie chcą. To tak, jakby ktoś żyletką przejechał po genitaliach kobiety. A jak, jeśli nie torturami, nazwać zmuszanie do porodu, nawet gdy ciąża może kosztować kobietę ślepotę, czy inny poważny uszczerbek na zdrowiu? Albo gdy jest wynikiem gwałtu? Czy wy „obrońcy życia” wiecie, czym jest gwałt dla kobiety? Życie, którego tak bronicie, to nie tylko DNA, kości, skóra, bijące serce i potrzeby fizjologiczne. To też zdrowie psychiczne, którego miejsce obejmuje w polskim kościele katolickim, po raz kolejny fanatyzm.
W czasie tej wrzącej nad Wisłą atmosfery niektórzy wyznawcy protestantyzmu zadają mi pytania, czemu Polacy jeszcze tak pazurami trzymają się katolicyzmu. „Przecież ta religia to ciemnogród.” komentują niektórzy z nich. Przyjrzyjmy się zatem naszym bliżej sąsiadom, a wraz z tym i religii potocznie zwanej „oświeconą”.
Zacznijmy od ogólnego przeglądu sytuacji religijnej w Niemczech. Niemcy reprezentują w tej kwestii niezwykle kolorowy krajobraz. Południe jest katolickie, Zachód protestancki, Wschód ateistyczny (z wyjątkami niewielkich regionów) – tak bardzo ogólnikowo można by podzielić ten kraj. Według opublikowanej na stronie http://de.statista.com statystyki przedstawiającej stan z 2015 roku 23,94% wierzących to katolicy, 23,04% stanowią ewangelicy, 4% społeczeństwa to wyznawcy islamu, 1,53% społeczeństwa należy do kościoła prawosławnego, 0,27% stanowią buddyści, 0,1% hinduiści i 0,1% wyznaje judaizm. Badania z 2012 opublikowane na tym samym portalu wskazują, że w Niemczech Wschodnich mieszka najwyższy w całej Europie odsetek ateistów: 65,3% badanych stwierdziło, że nie wierzy i nigdy nie wierzyło w Boga. Dla porównania liczby te w znajdujących się na kolejnych miejscach tejże statystyki krajach skandynawskich oscylowały w przedziale 30-40% (Szwecja 44,7%; Norwegia 33,1%). W Niemczech Zachodnich odsetek ateistów wynosi 10,8%. I w tychże Niemczech Zachodnich chcę się na chwilę zatrzymać.
Tj. już wspomniałam w większości regionów tej części Niemiec panuje protestantyzm. Powszechnie panuje opinia, że protestantyzm to religia ludzi światłych, niefanatycznych, zdolnych do kompromisu i dyskusji. Niekoniecznie. Wprawdzie  w konkurencji poszanowania opinii innych w życiu publicznym religia ta w porównaniu z islamem i katolicyzmem chyba ostatecznie wygrywa, ale w dniu codziennym tak idealna już nie jest.
Pierwszym listem jaki znaleźliśmy w skrzynce po przeprowadzce do Saksonii Dolnej była misjonizująca gazetka pobliskiej parafii protestanckiej. Mimo naszej wyraźnej reakcji, że nie życzymy sobie jej dostawać, uparcie raz na jakiś czas gazetka czeka na nas w skrzynce. Rok szkolny w szkole, w której uczy mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rozpoczynany jest mszą w obrządku protestanckim, która ma miejsce w szkole(!). Msze takie są tam odprawiane z różnych okazji także nieraz w ciągu roku szkolnego... Już widzę to, jak w polskiej szkole odprawiana jest msza, a następnego dnia we wszystkich mediach o tym trąbią. W Saksonii Dolnej, gdzie mieszkamy takie działania są na porządku dziennym. Mało tego, miały miejsce także wydarzenia, że uczniowie siedzący biorący udział w lekcji religii katolickiej, a nawet etyki zostali zmuszeni do wzięcia udziału w tejże mszy. Bezceremonialnie zabrano ich z klasy i posadzono w auli, w której odprawiano modły. Co więcej, nauczyciele wykładający zasady religii protestanckiej stosowali taki mobbing w stosunku do dziewczyny prowadzącej zajęcia z religii katolickiej, że ta ostatecznie postanowiła się wynieść z tego regionu. Kilka miesięcy temu zakończyła kontrakt ze szkołą.
W tą niedzielę dzieciaki będą miały konfirmację (odpowiednik bierzmowania), z tej racji otrzymują nie tylko wolny poniedziałek w szkole, ale i kartkę gratulacyjną. Gdy mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż spytał się dyrektora szkoły, dlaczego uczniowie wyznania katolickiego tudzież judaistycznego po tego typu obrzędach w swoich kościołach nie są honorowani w ten sposób, uzyskał odpowiedź, że tu panuje protestantyzm. Tyle w temacie faktycznego rozdziału państwa od kościoła w Niemczech. A jako wisienkę na czubek tortu dołożę jeszcze informację, że w każdą sobotę w państwowej telewizji wyświetlane jest „Słowo na niedzielę” protestanckiego lub katolickiego pastora. Przypomnę, że w Niemczech składki na telewizję państwową są pobierane od każdego gospodarstwa domowego, a nie od faktycznie posiadanego aparatu telewizyjnego, czy radioodbiornika. Oznacza to, że ateiści i wyznawcy innych religii są zmuszani, do płacenia niejako za wystąpienie księży religii chrześcijańskich przed kamerami. Nie wiem, czy w kraju uznanym jako sekularny, coś takiego powinno mieć miejsce. Można by było rozwinąć w tym miejscu temat wzajemnego społecznego wsparcia, solidarnego finansowania potrzeb różnych grup, ale to na inny artykuł. Pozostawiam to pytanie zatem otwarte i pozwolę sobie przejść do kwestii aborcji w Niemczech.
Niemcy przeszli długą drogę do uregulowań aborcyjnych w dzisiejszej postaci. Jakby tak się przyjrzeć historii, to nasze kraje niejednokrotnie się mijały. Kiedy u nas uregulowania odnośnie przerywania ciąży były liberalne, to w Niemczech restrykcyjne i na odwrót. Pierwszy wniosek o dopuszczenie aborcji złożył w Republice Weimarskiej poseł SPD w 1920 roku. Wniosek okazał się wybiegać wówczas nazbyt w przyszłość i został odrzucony. Po dojściu do władzy nacjonalsocjalistów, jedną z pierwszych zmian wprowadzonych w prawodawstwie było było ponowne obostrzenie kar za ewentualne przerwanie ciąży. Wyjątkiem były kobiety niearyjskiego pochodzenia. One mogły dokonywać aborcji bez konsekwencji. W 1935 Heinrich Himmler założył związek Lebensborn e.V. Jego zadaniem było wspieranie rozrodczości rasy aryjskiej. Jednocześnie utrudniony został dostęp do środków antykoncepcyjnych. Niemieckim matkom hołdowano, co podkreślały liczne ceremonie. To stąd aż po dzień dzisiejszy w Niemczech większe znaczenie od Dnia Kobiet ma Dzień Matki, który w czasach hitlerowskiego reżimu był świętem narodowym. W tym czasie Polska cieszyła się jednym z najbardziej liberalnych ustawodawstw aborcyjnych w Europie dopuszczającym aborcję z powodu ścisłych wskazań medycznych oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15 [Kodeks karny (Dz. U. z dnia 15 lipca 1932)]. Podczas II wojny światowej naziści dali w jednej sferze okupowanemu narodowi polskiemu totalną swobodę - Polki miały prawo dokonywania aborcji bez jakichkolwiek ograniczeń. Skąd taka wolność, sami się domyślacie. W Polsce Ludowej ustawa ta została na powrót nieco zaostrzona. Decydujące miały być w tej kwestii opinie lekarskie dotyczące zdrowia płodu oraz matki. Ustawa dopuszczała przerwanie ciąży przy podejrzeniu, że ciąża powstala w wyniku czynu zakazanego oraz ze względu na ciężką sytuację życiową matki. (Dz. U z 1956 Nr 12, poz.61). Podobną ustawę z małymi różnicami zaczęto wprowadzać w sowieckich strefach okupacyjnych NRD już w latach 1947/48, ale już we wrześniu 1950 uchwalono nową, jednolitą dla wszystkich landów w NRD ustawę „O ochronie matki i dziecka oraz prawach kobiety” w myśl której przywrócono praktycznie ustawę z czasów weimarskich w celu wspierania rozwoju liczebnego społeczeństwa NRD. U brata sąsiada sytuację kobiet zmieniły protesty społeczne 1968 roku. W 1970 w Niemczech Zachodnich toczyła się wielka debata nt. aborcji. Głośno występowano przeciw bronionemu przez kościoły chrześcijańskie par.218 konstytucji mówiącemu:
  1. Kto przerwie ciążę, zostanie ukarany karą pozbawienia wolności do trzech lat lub karą pieniężną.
  1. W przypadku szczególnie ciężkich przypadków kara pozbawienia wolności może zostać podniesiona z 6 m-cy do pięciu lat. Ze szczególnie ciężkim przypadkiem mamy do czynienia, gdy działania podjęto wbrew woli ciężarnej oraz gdy ciąża zagraża życiu i zdrowiu kobiety.
  2. Jeśli ciężarna dokona wspomnianego czynu, może zostać pozbawiona wolności do roku czasu.
  3. Próba jest karalna. Ciężarna nie zostanie ukarana z powodu próby.

    [tł. K.M.]
Kobiece organizacje żądały wykreślenia przytoczonego paragrafu. Obowiązuje on po dziś dzień... ale... w toku czasu, kiedy to uchwalano i uchylano jeszcze kilka ustaw, dopisano do niego § 218 a. wskazujący sytuacje, kiedy czyn ten przestaje być niezgodny z prawem. I tak ustęp 1 zezwala na dokonanie aborcji na żądanie kobiety, pod warunkiem, że podda się ona najpierw konsultacji psychologicznej. Po rozmowie z psychologiem kobieta dostaje przymusowy czas na zastanowienie. Minimalny czas jego trwania to trzy dni. Ideą tego paragrafu jest przeciwdziałanie nieprzemyślanej aborcji, która w przyszłości mogłaby także rzutować negatywnie na zdrowie psychiczne kobiety. Aborcję w tym przypadku można dokonać wciągu 12 tygodni od zapłodnienia.
Ustęp 2 zezwala na aborcję, gdy ciąża zagraża życiu bądź zdrowiu (także psychicznemu) kobiety. Choć nie ma tu jednoznacznej mowy o przypadkach błędnego rozwoju zarodka, to sformułowanie to obejmuje także tą kwestię. Pod uwagę brana jest także jej obecna oraz przyszła sytuacja życiowa. W tej sytuacji aborcji można dokonać przez cały okres trwania ciąży.
Ustęp 3 dopuszcza aborcję, gdy mamy przypadek ciąży będącej wynikiem aktu przestępczego. Aborcję w tym przypadku można dokonać wciągu 12 tygodni od zapłodnienia.
Koszty przerwania ciąży na podstawie wskazania lekarskiego lub kryminologicznego ponosi kasa chorych oraz na wniosek kobiety znajdującej się w ciężkiej sytuacji materialnej. Jako znajdujące się w ciężkiej sytuacji życiowej postrzegane są kobiety, których dochody na okres od 01.07.2015 do 30.06.2016 nie przekraczają 1075 EUR w miesiącu oraz które nie znajdują się w posiadaniu majątku, który mogłyby w krótkim czasie spieniężyć. Ponad to ustawodawstwo niemieckie stwierdza, że działania zapobiegające zapłodnieniu nie są traktowane jako aborcja. Oznacza to nie tylko wolny dostęp do środków antykoncepcyjnych w aptekach, ale i możliwe jest zgłoszenie się do szpitala po stosunku z prośbą o podanie pigułki „po”. Koszt ok. 100 EUR.

Obecna sytuacja aborcyjna w Niemczech to wynik długiej walki kobiet z politykami i środowiskami kościelnymi, która to zakończyła się w latach 90-tych XX w. To właśnie w jej wyniku kościoły chrześcijańskie w Niemczech utraciły swoją szczególną pozycję i przekształciły się w grupy lobbystyczne, jak to podsumował Thomas Grossbölting w swojej książce „Der verlorene Himmel: Glaube in Deutschland seit 1945.” S. 131„Politisierung und Pluralisierung”.

Tak to się kończy drodzy księża i fanatycy, gdy za mocno uchylicie rąbek kobiecej spódnicy... Religie ustanawiają pewien porządek moralny, ale gdy zamieniają się w reżim, to w którymś momencie uciśnieni mogą dokonać puczu i ustanowić swoją własną hierarchię wartości odwróconą o 180 stopni. Historia nie raz już to pokazała i na nowo udowadnia tę smutną prawdę w dzisiejszym świecie.

25 marca 2016

Tradycyjna niemiecka potrawa - Eintopf

Wielkanoc tuż, tuż. Dla fascynatów kulturą niemiecką mam dziś przepis, którym możecie zaskoczyć swoich gości:)

Tradycyjną niemiecką potrawą jest tzw. „Eintopf”, co w dokładnym tłumaczeniu oznacza „jeden gar”. Po nazwie możemy się już domyśleć, czym właściwie jest ta potrawa. Podsumowując, cokolwiek wpadnie nam w ręce wrzucamy do gara, gotujemy i vuola mamy Eintopf. Ktoś by powiedział, że to taka nasza zupa śmieciówka, ale tak prosta ta historia nie jest. Dobry Eintopf to breja, w której łyżka powinna stać. Legenda mówi, że zupa powstała z przypadku. Mieszkańcy jednej z niemieckich wsi w południowych Niemczech organizowali dorocznie na pobliskim wzgórzu wspólne ognisko. Każdy mieszkaniec przynosił ze sobą co akurat miał do jedzenia, w ten sposób zebrane dary wrzucano do wielkiego kotła ustawionego nad ogniskiem i gotowano. Tak otrzymaną potrawą raczyła się cała wieś. Tyle legenda, a dokładniej powiedziawszy jedna z legend, bo jest ich kilka. Gdy spróbujemy jednak cofnąć się do korzeni tej potrawy to okaże się, że już w Biblii znajdujemy fragment, w którym Esau  sprzedał bratu prawo pierworodnych do Eintopfu z czerwonej soczewicy. Także Grecy i Rzymianie mieli znać tę zupę. Słynny stał się Eintopf z Osti w okolicach Rzymu przygotowywany ze śledzi, który tak długo miał stać, aż zaczynał rozsiewać okropny fetor. Dopiero w tym stadium danie traktowano jako wyśmienity rarytas. Mniej więcej w tym okresie plemiona germańskie przygotowywały mus ze zboża, warzyw oraz mięsa. Do dziś w północnych regionach Niemiec dla Eintopfu stosuje się nazwę „mus”. Potrawa zyskała na smaku po odkryciach nowych lądów, gdyż jedną z ich konsekwencji było pojawienie się w Europie nowych przypraw oraz produktów żywnościowych. Szczególny wkład miał w tej dziedzinie Marco Polo, który ze swojej wyprawy przywiózł ziemniaki. Do rozwoju niemieckiego Eintopfu przyłożyli się także Francuzi, a dokładniej Ludwik XIV, który propagował rozwój upraw szparagów, karczochów oraz skorzoner. Wraz z wykształceniem się burżuazji Eintopf został zepchnięty do roli chłopskiej potrawy względnie jedzenia ludzi biednych, jako nie potrzebujące finezji. Dla chłopów zaś jego atutem było faktycznie łatwe i tanie przygotowanie. Na stoły niezależnie od grupy społecznej Eintopf wypłynął, gdy zaczęto sięgać do swoich kulturowych korzeni. Dziś w niemieckich książkach kucharskich znajdziemy całe rozdziały poświęcony Eintopfom, a w nich przepisy na Eintopf z mięsa mielonego i warzyw; z zielonego groszku i jagnięciny; z ziemniaków, jagnięciny, wieprzowiny i brukwi; czy też z marchwi, pomidorów, zielonego groszku, kapusty i kartofli; nie zapominając o sławetnym Eintopfie z soczewicy. Pozostaje zatem tylko brać do ręki łyżkę i dać upust podniebieniu w odkrywaniu nowych smaków.


Przykładowy przepis
Eintopf „Złoto i srebro”
300g żeberek wieprzowych, 2 cebule, ½ kg marchewki, ½ kg ziemniaków, 250 g białej fasoli, sól, pieprz.

Żeberka wraz z posiekaną cebulą ugotować prawie w pełni w 1l posolonej wody. Mięso oddzielić od kości i pokroić na małe kawałki. Marchew i ziemniaki posiekać na małe kostki, po czym gotować wraz z mięsem w połowie ilości powstałego rosołu. Do pozostałej połowy dodać namiękłą przez noc w wodzie fasolę i pozostawić na ogniu, aż stanie się zupełnie miękka.(Uwaga: nie wolno dopuścić, by się rozlatywała!) Wymieszać ostrożnie z kartoflami i marchwią, przyprawić według smaku.



SMACZNEGO JAJKA!