19 lutego 2017

Sprzęt komputerowy marki Terra

Wyobraźcie sobie, że siadł Wam laptop/komputer/tablet i musicie szybko kupić nowy. Dokąd lecicie? Część z Was zacznie rozglądać się za nowym sprzętem w internecie, część poleci do Media Marktu, albo do Saturna, chyba do mniejszości będą należeli ci, którzy udaliby się do specjalistycznego sklepu komputerowego. A jakie marki przychodzą Wam do głowy? Podejrzewam, że podobne, jakie i mi przychodzą na myśl, gdy sobie myślę o polskim rynku i jeśli się nie mylę, to mało kto z Was pomyślał o marce Terra. 

Nie jestem technofilem ani gadżeciarą. Nie śledzę wszystkich nowinek jakie pojawiają się na rynku komputerowym, ale za sprawą znajomych w Niemczech, dla których komputery to spora część ich życia dowiedziałam się o marce Terra. Jest ona słabo znana w Polsce i chyba szkoda, bo obserwując na przykładzie wspomnianych znajomych, jakie usługi marka ta swoim użytkownikom oferuje, byłam naprawdę pod wrażeniem. 
Bajka zaczyna się już w chwili zamówienia. Nie trzeba tracić czasu na łażenie po sklepach, wybieranie odpowiedniego modelu. Wystarczy telefon do producenta, albo do współpracującego z nim przedstawiciela, gdzie poza podstawową opcją zamówienia wybranego modelu potencjalny nabywca może wybrać opcję dopasowania sprzętu pod jego potrzeby. W takim wypadku opowiada on o swoich "zwyczajach komputerowych", tzn. w jakim celu dany sprzęt potrzebuje, jak go planuje używać, jakie procesy najczęściej przeprowadza i na podstawie uzyskanych infomacji pracownicy przygotowują najpierw kosztorys, a po jego akceptacji składają urządzenie odpowiadające potrzebom klienta, po czym dostarczają je do domu zamawiającego. Sprzęt jest oczywiście objęty na początku swojego działania gwarancją i jeśli w okresie jej trwania dojdzie do jakiegokolwiek problemu, to firma albo wysyła fachowca, który u klienta sprawdzi zareklamowany sprzęt, albo wysyła kuriera, który odbierze urządzenie z usterką i po jego sprawdzeniu/naprawie/wymianie u producenta ponownie dostarczy klientowi. Istnieje jednak jeszcze możliwość podjęcia innych kroków w razie problemów z zakupionym urządzeniem. Zarówno producent jak i jego przedstawiciel ma możliwość połączenia się z komputerem klienta i sprawdzenia z odległości, jakiego typu usterka wystąpiła (jeśli już do tego doszło, bo inny znajomy informatyk twierzi, że sprzęt tej marki jest mało awaryjny). Właśnie świadkiem takiej akcji byłam, gdy podczas odwiedzin u znajomego jego laptop wydał z siebie skrzekliwy dźwięk i się wyłączył. Po jego ponownym uruchomieniu znajomy zadzwonił do swojego punktu obsługi, gdzie przy pomocy specjalnego programu zezwolił jego pracownikowi na połączenie się ze swoim sprzętem. Wszystko trwało zaledwie 5 min. W tym czasie ustalono, że awaria wystąpiła w efekcie problemu z zasilaniem. Jeśli coś takiego się jeszcze raz powtórzy producent wymieni całą płytę główną. 



Może nie opowiadam Wam tu żadnych cudów i się pod nosem podśmiewacie, że mi szczęka opadła będąc świadkiem tego zdarzenia, ale osobiście nie miałam przyjemności doświadczyć serwisu na takim poziomie od żadnej firmy w Polsce sprzedającej sprzęt komputerowy. Nawet jak miałam do czegoś prawo w ramach gwarancji, to musiałam się wlec z moim laptopem do odpowiedniego punktu i zostawić go tam na jeden, dwa dni do sprawdzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że komputer potrzebuję do pracy takie rozwiązanie stanowiło dla mnie sporą niewygodę. 
Wszystko ma swoją cenę powiecie. Sprzęt z takim serwisem też. I chyba tu Was zaskoczę, bowiem znajomy zamówił spersonalizowanego laptopa, czyli został on dopasowany do jego indywidualnych potrzeb, w ramach których miał jakieś specjalne życzenie odnośnie karty graficznej i zapłacił w ostatecznym rozrachunku za niego razem z podstawowym pakietem Windows oraz programem antywirusowym 450 EUR. Gdy to wszystko usłyszałam, stwierdziłam, że muszę się z Wami podzielić tymi informacjami. Jeśli kiedyś będziecie potrzebowali kupić sprzęt komputerowy, to może warto wziąć pod uwagę markę Terra firmy Wortmann AG, obecnie największego niezależnego producenta komputerów w Europie. Firma poza Niemcami posiada swoje oddziały również w Austrii, Francji, Holandii, Szwajcarii, Turcji oraz Wielkiej Brytanii, a od zeszłego roku także i w Polsce.


Pragnę zaznaczyć, że za napisanie dzisiejszego postu nikt mi nie zapłacił. Chciałam się z własnej dobrowolnej woli podzielić się z Wami informacją, która może okazać się przydatna.

1 lutego 2017

Najcudowniejszy prezent

Stęskniliście się? Trochę mnie nie było, ale ostatni czas obfitował w masę wydarzeń. Ciężko uwierzyć, że przed miesiącem świętowaliśmy nadejście Nowego Roku. Osobiście mam wrażenie, że od tego czasu co najmniej trzy miesiące upłynęły. Ale nie, dopiero co szukaliśmy upominków pod choinkę, a już głowimy się, co podarować naszym drugim połówkom na Walentynki. I właśnie tematowi prezentów chcę poświęcić mój dzisiejszy post, jako że na Gwiazdkę dostaliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem dwa najcudowniejsze podarunki, jakie tylko można sobie wymarzyć. Prezenty, na temat których można by było nakręcić kiczowatą amerykańską szmirę świąteczną:) Ale po kolei. 

W czasach socjalizmu moja ciocia pracowała przez krótki czas w Berlinie i do dziś wspomina, że to właśnie sąsiedzi zza Odry nauczyli ją dawać. Nie to, że by była wcześniej skąpa. Co to, to nie! Ale Niemcy mieli jej pokazać, jak wczuć się w drugą osobę, jak sprawić jej podarunkiem maksimum frajdy i czasem nie urazić hojnością oraz jak cieszyć się, jakby samemu było się obdarowanym. I muszę przyznać, coś w tym jest. Niemcy zazwyczaj potrafią dawać. Napisałam "zazwyczaj", bo w za Odrą dostałam zarówno najgorszy jak i najcudowniejszy prezent w moim dotychczasowym życiu.

Najgorszy prezent zafundowali nam koledzy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Był to ich "prezent ślubny". Dla ilu osób Waszym zdaniem taki prezent powinien być przeznaczony? Albo inaczej: dla kogo powinien być? Każdy normalnie myślący człowiek odpowie, że dla Młodej Pary. Koledzy męża okazali się być inaczej rozumującymi. Kupili prezent tylko dla jednej osoby: dla Pana Młodego. Jeden z nich miał ochotę na zabawę w paintballa w ramach wycieczki integracyjnej całego zespołu i z tej okazji podarowali "nam" na ślub kupon na tą grę dla JEDNEJ osoby... Nie miałabym żadnych wątów, gdyby prezent nazwali nie ślubnym, a "spóźnionym kawalerskim", ale wyłączenie mnie z mojego własnego święta muszę przyznać, że mnie i wkurzyło, i zabolało. Zwłaszcza, że sama bym chętnie polatała po lesie nawalając innych kolorowymi kulkami. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż tak kijowego prezentu ślubnego nie przyjął, czego pomysłodawca i obdarowujący nie mogli zbytnio zrozumieć...
Jestem pojętną istotą i w myśl zasady: "jeśli wszedłeś między wrony, to kracz jak i one" przyłożyłam niezwykłą uwagę do tego, aby na urodziny pomysłodawcy "ślubnego prezentu" kupić mu coś, co sprawi mu równie dużo radochy:))) Facet jest singlem i prezent dla niego postanowiłam wybrać w sex shopie. Lepszego pomysłu mieć nie mogłam! W odwiedzonym sklepie znalazłam nadmuchiwaną owcę z otworem z tyłu. Dołączyłam do niej kartkę, że w przeciwieństwie do niego wiem, iż najwięcej frajdy sprawiają prezenty, którymi można cieszyć się we dwójkę, dlatego też podarowuję mu gotową na wszystko damę... 




I niech się schowają ci, co twierdzą, że zemsta nie jest słodka:))) Poza ubawem, jaki miałam, zyskałam... respekt obdarowanego, jako że w naszym pruderyjnym regionie na taki gest mało kto (jeśli w ogóle) miałby odwagę się zdobyć. Jego szacunek wisi mi i powiewa, ważniejsze było, że koleś i współwinni załapali w końcu, jaką gafę popełnili i raczej już w przypadku innych nowożeńców mocniej się zatanowią, czym ich uszczęśliwić. 
To tyle byłoby w temacie "najgorszego prezentu ever". Przejdźmy do przyjemniejszej części artykułu:) Jadąc na ostatnie Boże Narodzenie do Polski mieliśmy na autostradzie wypadek. Zderzenie z tirem. Z naszego samochodu został złom. Wiem, wiem - ta milsza część historii zaczyna się dość mrocznie:( Ale właśnie w tym momencie los podarował nam na święta najcudowniejszy możliwy prezent -  z wypadku wyszliśmy cało:))) Ja z jednym ledwo widocznym siniakiem (obecnie po zjeżdżaniu na sankach jestem gorzej poobijana...). Gdy sobie pomyślę, że po wypadku rowerowym, jaki miałam kilka lat temu potrzebowałam 14 miesięcy rehabilitacji, żeby odzyskać pełen zakres ruchomości nogi, to brak mi słów, aby opisać naszą radość z faktu, iż ze zderzenia z ilomaś tonami wyszliśmy bez uszczerbku. Sami przyznacie, że dostać taki prezent na święta, to bajka! Ale to nie koniec historii.



Nasza opowieść świąteczna skończyłaby się na tym etapie podróży, gdyby nie cudowna ciocia Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Gdy tylko usłyszała, co nam się przytrafiło (a było to w okolicach godziny 17:00), poruszyła wszystkie znane jej sznurki, aby do kolejnego ranka znaleźć samochód, którym moglibyśmy kontynuować podróż. I faktycznie następnego dnia zaprezentowano nam w zaprzyjaźnionym salonie samochodowym trzy używane wozy. Tylko kto jedzie na urlop z papierami potwierdzającymi jego zdolność kredytową? Obrotna ciocia pomyślała i o tym. Tak naprawdę, to ja nawet nie wiem, jak ona to wszystko ogarnęła. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem chodziliśmy dzień po wypadku jak dwie otumanione kukły. Mało co do nas docierało i prawie zasypialiśmy, gdzie tylko usiedliśmy. Wiem, że musieliśmy podpisać umowę, a z bankiem salon skontaktował się telefonicznie. Potem zostały tylko już takie formalności, jak kontrola emisji spalin, kontrola techniczna i ponowne dopuszczenie do ruchu, rejestracja, zmiana opon z letnich na zimowe, załatwienie ubezpieczenia oraz wszelkich formalności koniecznych na otrzymanie zgody, aby samochód mógł wyjechać poza granice Niemiec. Aby było ciekawiej, to różne rzeczy należało załatwić w dwóch różnych miastach i tu znowu ciocia podjęła się na jeżdżenie wte i wewte, aby tylko wygrać z czasem.  Cztery godziny. Tylko tyle trwało załatwienie wszystkiego! Pracownik salonu pościągał ludzi z urlopów, żebyśmy jak najszybciej mogli wyjechać. W końcu mogłam zobaczyć, co Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał na myśli powtarzając mi po wszystkich kontaktach z nieudacznymi usługodawcami, że "to Niemcy Zachodnie, we Wschodnich ludzie na rzęsach stają, żeby wykonać jak  najlepiej zlecenie". Właściwie gdyby nie poświęcenie wszystkich wokoło, to byśmy o dalszej drodze w ogóle nie myśleli, ale moja niemiecka ciocia wie, jak ważnym dniem w polskiej kulturze jest Wigilia i jak nasi bliscy nad Wisłą cieszyli się na spędzenie tego dnia z nami. Koniecznie chciała podarować im naszą obecność. To jej upór siłą wyciągnął nas z otępienia, w jakie wpadliśmy po wypadku. I to za jej sprawą (oraz cudownych pracowników znalezionego przez nią salonu) mimo wszystko zdążyliśmy na  wieczerzę wigilijną do Polski. Dopiero, gdy zasiadaliśmy do wspólnego stołu zaczęło do mnie docierać, jaki prezent ciocia nam i rodzinie z mojej strony sprawiła. Mimo swojego już też zaawansowego wieku i problemów zdrowotnych spięła wszystkie swoje siły, aby dokonać czegoś, co praktycznie było niemożliwe. A wszystko po to, żeby moja chora matka w Wigilię mogła zobaczyć swoje dzieci. Takiego prezentu nie dostaje się na co dzień i stwierdziłam, że najlepszym podziękowaniem jest opowiedzenie o nim. Niemcy naprawdę potrafią dawać z głębi serca:)


24 grudnia 2016

WESOŁYCH ŚWIĄT


Wszystkim czytelnikom życzę radosnych świąt spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Cieszcie się każdą chwilą i bliskimi. Niech i Was dotknie magia, jaką i my w tym roku zostaliśmy obdarowani. Ale to już historia na osobny post.

20 grudnia 2016

Ofiarom ataku w Berlinie

I stało się. To o czym pisałam latem (http://sbundowani.blogspot.de/2016/07/to-juz-nie-jest-pytanie-czy-tylko-kiedy.html), czego Niemcy obawiali się od miesięcy, a czego jednocześnie podświadomie oczekiwali stało się. Wydarzyło się w Berlinie, w miejscu będącą kwintesencją magicznego czasu adwentu u sąsiadów za Odrą.😭 Łączę się w bólu z rannymi i ofiarami rodzin, a zmarłym poświęcam minutę ciszy.


7 grudnia 2016

Ten cudowny grudzień!

Nadszedł mój ukochany czas w Niemczech. Grudzień! A wraz z nim magiczna atmosfera oczekiwaia na Gwiazdkę. Już w zeszłym roku pisałam Wam, że "jak świętować Boże Narodzenie to tylko w Polsce, ale czas adwentu najpiękniejszy jest w Niemczech". Znów można napić się grzańca, czy kakao z Cointreau na Weihnachtsmarkcie.




Znów w teatrach grają "Dziadka do orzechów" i "Christmas Vacation" Alana Ayckbourn'a,  znów z ciekawością czekamy na kolejny dzień, kiedy będziemy mogli sprawdzić, co skrywa dla nas skarpetka kalendarza adwentowego. Skoro już jesteśmy przy temacie, to dorobiliśmy się w międzyczasie sześciu kalendarzy adwentowych. I to wszystko w ciągu czterech lat… Zastanawiam się, jak nasze mieszkanie będzie wyglądało za kolejne cztery lata… 

Kalendarz adwentowy nr 3 trafił tego roku do naszego domu poniekąd za moją sprawą (aby dowiedzieć się, jakie kalenadarze noszą nr 1 i 2 musicie cofnąć do opowieści z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/druga-niedziela-adwentu.html).  Strasznie mi się spodobał pomysł wioski bożonarodzeniowej, ale na tyle mi rozsądku pozostało, że go nie kupiłam. W końcu byliśmy „wyposażeni”. Nieopatrznie jednak opowiedziałam o nim Najcudowniejszemu Pod Słońcem Mężowi, który zapragnął wioskę koniecznie mieć i tak  następnego dnia, gnana jego obawami, że za chwilę ją wykupią, poleciałam po nią do miasta. Chyba miał jednak rację, że się uparł, bo podświetlona wygląda niezwykle klimatycznie.

 
W rzeczywistości prezentuje się o wiele lepiej niż na każdym zdjęciu, jakie próbuję zrobić.


Kalendarz nr 4 powinien tak naprawdę nosić nr 1. Dostałam go kilka lat temu, gdy mieszkałam w Berlinie. Przyjaciel uznał, że jak już mam poznawać niemieckie tradycje, to porządnie, a nie
objadając się tanimi czekoladkami z kalendarza z Lidla i kupił mi poniższy nostalgiczny kalendarz:


Od tamtej pory towarzyszy mi każdego roku w grudniu:)

Kalendarz adwentowy nie musi jednak tylko wisieć gdzieś w domu. W temacie Bożego Narodzenia Niemcy przejawiają niesamowity spryt i tworzą akcesoria adwentowe na każdą sytuację. I tak wieniec adwentowy może towarzyszyć nam w pudełku od zapałek w podróży (w pudełku są cztery otwory, w które wkłada się świeczki urodzinowe i vuola!), a kalendarz w kieszeni od spodni. Takie właśnie kalendarze, które możemy zabrać ze sobą do pracy, to nasze kalendarze nr 5 i 6.

Mój:


i Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża:



Czas adwentu nie pozostawia obojętnym na jego uroki także naszego, zazwyczaj racjonalnego przyjaciela Guido,  który już ubieranie u niego drzewka ustanowił swoistego rodzaju tradycją (oto efekty naszej katorżniczej pracy:)



Moim osobistym faworytem była przyniesiona przez kogoś bombka w kształcie dzika...



I oczywiście znowu przy tej okazji obdarowywaliśmy się nawzajem bublami (pamiętacie jeszcze tą śmieszną niemiecką tradycję? Jeśli nie, to zostawiam Wam link, który pomoże Wam odświeżyć pamięć: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/z-jakiej-okazji-niemcy-daja-sobie-w.html)

Tym razem Guido po bolesnych doświadczeniach z roku poprzedniego, kiedy to nie tylko dostał mu się grat zdechłego komputera, ale i inne większe śmieci wylosowane i porzucone w jego mieszkaniu przez gości,  zarządził, że wielkość przytaszczonego chłamu nie może przekraczać rozmiarów damskiej torebki. I tym oto sposobem można było wejść w posiadanie min. tych cudownych przedmiotów:




 

My przynieśliśmy ze sobą kamionkowy kufel do piwa chyba jeszcze z czasów socjalizmu wzbogacony świecznikami z kamieni


oraz książki z fotografią aktu teoretycznie artystycznego, w praktyce już pornograficznego. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał ochotę na małą prowokację. Uparł się zobaczyć pruderyjne zgorszenie Wessis (sam jest Ossi). Coś w tym jest, że byli Niemcy Wschodni i Zachodni mają trochę inne podejście do tematu seksu.  To co dla Ossis  jest często normalną ludzką sprawą zdaje się być dla wielu Wessis tematem, przy którym uszy im czerwienieją. I faktycznie było wesoło, bo Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż się nie pomylił. Większość z wytypowanych osób wywracała oczami z oburzenia, ale jednocześnie każdy chciał sobie zdjęcia dokładnie obejrzeć. A największą zagadką wieczoru pozostało pytanie, kto te "świństwa" przyniósł, bo dla większego ubawu moja druga połowa zarządziła, że udajemy zielonych. Przyznaliśmy się zatem tylko do dwóch kamorów i kufla po piwie, którego nam odmówić nie można było, jako że widniał na nim jak byk napis "Żywiec Poland":))) I tym o to sposobem już drugi rok z rzędu udało nam się przynieść coś, co zyskało miano największego badziewia, z którym na koniec zabawy nikt nie chciał zostać w ręce. No cóż, padło na koleżankę niezwykle aktywnie działającą w kościele...

A coż za skarby nam się dostały?

Mi gaśnica (przynajmniej będziemy mieli do samochodu)


a Najcudowniejszemu  Pod Słońcem Mężowi zaprezentowany wyżej paskudny komplet kubeczków do jajek.


Najlepiej na interesie wyszedł gospodarz. Los wynagrodził mu ten zdechły komputer obdarowując go parą bamboszy. No co, do tej pory nie miał żadnych, a dywanu też nie posiada.



Niech mu się w nich wygodnie chodzi!


A jeśli Wy macie ochotę na mały spacer po niemieckim jarmarku bożonarodzeniowym, to zapraszam na wpis z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/weihnachtsmarkt.html


Pięknego grudnia, Kochani! 


22 listopada 2016

Wybór Trumpa ratunkiem dla niemieckiej demokracji?

"Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło." raczyła mawiać moja babcia i muszę przyznać, że życie nie raz udowodniło mi, że w słowach tych kryje się prawdziwa mądrość. Tylko, że zazwyczaj po wszelkich kopniakach losu dłuuugo musiałam czekać na to "dobre". Nieraz całymi latami. Dlatego też omal nie spadłam z krzesła, gdy zaledwie tydzień po tym, jak Amerykanie wybrali na swojego prezydenta człowieka-postracha wielu ludzi na świecie, w Niemczech można było odczuć pozytywne efekty tej elekcji.

 


SZOK


Podczas gdy w mediach polskich dało się słyszeć głosy różnych politologów i speców od USA twierdzących, że wściekłość Amerykanów czyniła wybór Donalda Trumpa wyobrażalnym, to wynik  wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych był dla Niemców szokiem. Sąsiedzi za Odrą do ostatniej chwili wierzyli, że wybory wygra Hillary Clinton. Mimo zdegustowania poziomem kampanii w Stanach Zjednoczonych zachowali wiarę, że ostatecznie głos rozsądku przeważy nad niepoprawnością polityczną Trumpa. Rzesze Amerykanów zagłosowało według głosu rozsądku - swojego własnego i to właśnie w pierwszej chwili ogłuszyło Niemców. Wprawdzie wcześniej niemieckie media próbowały przybliżyć społeczeństwu, jakie pobudki kierują Amerykanami, a jednak Niemcy oniemieli, gdy ogłoszono, że 45-tym prezydentem USA zostanie człowiek, który do Białego Domu dostał się przy pomocy tyrad nienawiści kierowanych pod kątem różnych grup społecznych. Niedługo jednak to trwało - nawet niecały wspomniany tydzień - jak kopniak ten doszedł i do świadmości Niemców. "Cholera, przeróżne kwestie były nam jasne, ale jednej rzeczy nie doceniliśmy i jeśli o tym głośno nie pogadamy, to i nam grozi w przyszłości powtórka z ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych.". "Wreszcie." odetchnęłam z ogromną ulgą. "Wreszcie coś się ruszyło.".

KURS TITANICA

Jestem świadoma faktu, że wiele czynników przełożyło się na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych i że możnaby napisać na ten temat całą rozprawę naukową. Nie jestem jednak ekspertem w kwestiach dotyczących USA i zadania tego się nie podejmuję. Ogólną specyfikę problemów szarpiących Stanami Zjednoczonymi znałam tylko z mediów, a za sprawą poznanych Amerykanów dostałam potwierdzenie, że ich społeczeństwo  jest faktycznie niezwykle rozdarte. Niemniej nawet bez znajomości niuansów poszczególnych konfliktów z jakimi zmaga się USA dość łatwo mogłam wydedukować, co takiego stało się w Stanach ostatnimi czasy, że rzesze ludzi plując na wartości, którymi kraj ten się chełpił, poszło za głosem człowieka reprezentującego nieakceptowalne (przynajmniej teoretycznie) dla świata Zachodu opinie. W końcu od kilku lat obserwuję w Niemczech zjawiska, które w najgorszym przypadku mogą skończyć się mniej więcej w ten sposób, jak to miało teraz miejsce w USA, jeśli coś się nie zmieni. A pierwszym miejscem, gdzie zmiana ta musi nastąpić są mechanizmy sterujące debatą publiczną. Jak już zapewne z moich innych postów wiecie, Niemcy uważają się za kulturę dialogu i na tej tradycji bazują. Mogliście się o tym chociażby przekonać w moim ostatnim poście "Awantura o liście":) (Kłótnia o liście). Mój dzisiejszy artykuł niestety nie będzie już tak wesoły. Podczas gdy ostatnio opowiedziałam Wam o umiłowaniu do absurdów, jakie to najwidoczniej Niemcy z nami nieraz chętnie dzielą, dziś będzie raczej nie do śmiechu.

Coś się zdeformowało w niemieckiej kulturze dialogu. Nie uważam się za osobę, która pozjadała wszystkie rozumy i stanowi nabożny przykład dyskutanta. Z pewnością popełniam swoje błędy i nie zawsze najlepiej argumentuję, ale na tyle percepcji mi się jeszcze ostało, by móc stwierdzić, że coś się w niemieckiej kulturze dyskusji zrąbało i owa deformacja biegnie przez całe społeczeństwo od dołów aż po elity polityczne.

TEGO NIE WOLNO MÓWIĆ

Po raz pierwszy z cenzurą podyktowaną poprawnością polityczną zostałam skonfrontowana w Bundestagu. Swoją pracę zaczęłam tam akurat w okresie, kiedy wybuchła afera grupy z Zwickau. Pracowałam w biurze posła będącego przewodniczącym grupy do walki z neonazizmem oraz członkiem grupy niemiecko-polskiej współpracy. Dzięki temu brałam non stop udział w komisjach, zebraniach oraz innych spotkaniach poświęconych walce z nietolerancją oraz strategiom lepszej integracji obcokrajowców. Pewnego dnia zwróciłam mojemu posłowi uwagę, że wszystkie debaty poświęcone integracji są prowadzone niezwykle jednostronnie. Stawia się w nich wymagania tylko wobec Niemców, ale nie wobec przybyszy (no poza nauką języka niemieckiego). "To ładnie, że Niemcy jako gospodarze tyle od siebie wymagają, ale jeśli wymagania stawia się głównie jednej stronie, to w którymś momencie doprowadza to do złości. Ja rozumiem, że teraz z aferą z Zwickau w tle nie za bardzo pasuje łajać obcokrajowców za 'przewinienia' z ich strony, które czynią proces integracji niezwykle ciężkim, czy wręcz niemożliwym, ale tu debatuje się w końcu nad strategiami, a do tanga trzeba dwojga.". wygłosiłam. "Wystarczy wyjść na ulicę -  ciągnęłam dalej - i posłuchać, co ludzi denerwuje w przybyszach i to nieraz całkiem słusznie.".  "Tego nie wolno mówić." odrzekł mój poseł. "Wiem, bruździ Wam Wasza nazistowska historia." (tu muszę zaznaczyć, że z posłem, u którego pracowałam miałam dość luzackie kontakty, tj. i inni jego współpracownicy. Mówiliśmy sobie na "ty" i dlatego też mogłam sobie pozwolić na mniej oficjalny język). "Historia ta zobowiązuje Niemców do odpowiedzialności historycznej, ale nie wymaga przyzwolenia, by skakać im po głowie. Jako gość w Waszym kraju mam obowiązek dopasować się do reguł tutaj panujących, a z Waszych debat wynika, że to społeczeństwo niemieckie ma niemalże wszystko akceptować. Grabicie sobie sami taką polityką.".  Tak mniej więcej w skrócie wyglądała nasza rozmowa, a raczej mój monolog. Trzeba może by uczestniczyć w tamtejszych dyskusjach, by zrozumieć lepiej, czemu zdecydowałam się na wygłoszenie mojego na tamte warunki dość kontrowersyjnego stanowiska. Nie byłam wówczas świadoma, że swoją przemową wystąpiłam otwarcie przeciwko poprawności politycznej w niemieckim pojęciu. Postrzegałam siebie raczej jako wyzwoliciela Niemców z kajdan niehlubnej przeszłości. W końcu rzeczę im to ja - Polka, której babcia była w obozie pracy - że tu i tu kończy się poczucie winy Niemców, a zaczynają ich prawa. Potrzebowałam trochę czasu, by zrozumieć, co nadaje ramy niemieckiej kulturze dialogu.

DYKTAT JĘZYKA

Do oświecenia mojej osoby przyczyniły się w znacznym stopniu zagwozdki językowe. Kiedy ponad 20 lat temu zaczęłam naukę języka niemieckiego wykuto w mojej pamięci, że mówiąc o Murzynie mam używać wyrazu "Neger", a pod żadnym pozorem "Schwarz" (czarny), bo to obraźliwe. Nie chciałam nigdy obrażać Murzynów i tak też się nauczyłam mówić. Ileś lat temu podczas wizyty w Niemczech temat zszedł  na Afrykę i ja w toku rozmowy użyłam w jak najlepszej wierze wyrazu "Neger" przyprawiając Niemców prawie o palpitację serca. "Tak  nie wolno mówić!" wrzsnęli obecni. "Tak mówią tylko rasiści. 'Schwarz' jest prawidłowym określeniem!" "Ale kto tak zdecydował?" chciałam wiedzieć. "Schwarz" mi się nie podobało. Co to za określenie ludzi na podstawie ich koloru skóry? Wprawdzie "Neger" też oznacza "czarny", ale przynajmniej pochodzi z łaciny i nie wali tak po oczach (przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu).  Na to pytanie nikt nie umiał dać mi odpowiedzi. Rozdział ten miano wprowadzić jeszcze przed tym, jak ja zaczęłam uczyć się niemieckiego. Najwidoczniej nowinka ta nie doszła do moich ówczesnych nauczycieli. Potem podobny los spotkał wyraz "Zigeuner" (Cygan). I tak jak ciasto "murzynek" nazywa się obecnie "czekoladowym", tak chcąc zjeść w restauracji placek po cygańsku trzeba zamówić placek romski.



Spokoju nie dawało mi jednak moje pytanie, kto podejmuje decyzje, co wolno mówić, a czego nie. Dokopałam się w końcu, że przynajmniej w niektórych kwestiach w działalności tej macza swoje palce Narodowa Rada Etyki. W niemieckich podręcznikach do etyki przy temacie poświęconemu eutanazji znalazłam obszerny wstęp, w którym to wspomniana Rada odradza stosowanie wyrazu "Sterbehilfe" (pomoc w śmierci), motywowując to stwierdzeniem, że wyraz "pomoc" wywiera pozytywne konotacje i zaleca stosowanie określeń od bardziej neutralnych (Sterbebegleitung - towarzyszenie podczas śmierci) po budzące negatywne skojarzenia (Tötungshilfe - pomoc w zabójstwie). Dla mnie co prawda określenie "towarzyszenie" też ma raczej pozytywny wydźwięk, ale Rada zdaje się przeoczyć fakt, iż jesteśmy jakby nie było zwierzętami stadnymi i "towarzystwo" w naszym słowniku budzi często miłe skojarzenia. Może chodziło o to, żeby wywołać efekt gęsiej skórki? W końcu towarzyszenie umierającemu nie należy też do przyjemności. Rzecz rozchodzi się w każdym razie o to, że w niezwykle subtelny sposób próbuje się odgórnie narzucić, co należy myśleć o eutanazji i nie jest to niestety jedyny przykład z życia codziennego.
Kryzys migracyjny w Europie pozwolił mi na obserwcaję z bliska, jak w Niemczech przebiega proces  przewartościowania konkretnych wyrażeń językowych. Na podstawie tego, czy podąża się za jego zmianą, czy nie jest się odpowiednio klasyfikowanym. Obozy są tylko dwa: "poprawnie myślący" i "rasista". Na początku uchodźców określano mianem "Flüchtlinge", na przełomie stycznia i lutego tego roku zaczęto zastępować je w mediach wyrazem "Geflüchtete". Osobiście podejrzewam, że była to kontrreakcja wobec przeciwników gościnnej polityki Niemiec, którzy po wydarzeniach sylwestrowych zyskali wiatr w skrzydła.  Na czym polega różnica językowa? "Flüchtling" oznacza w dokładnym tłumaczeniu osobę, która uciekła. "Geflüchteter" mówi o człowieku, który uciekł, tu przybył i już zostanie. Początkowo stanowiło to niejako wiadomość podprogową do społeczeńtwa, z jakim nastawieniem mają odnosić się do uchodźców. Obecnie coraz częściej osoby stosujące wyraz "Flüchtling" traktuje się jako niepoprawnych politycznie (a jeszcze rok temu nikt nie miał problemu z tym wyrazem!).
Media niemieckie (zwłaszcza telewizja) są pełne informacji przedstawianych niby w otwarty, demokratyczny sposób, a jednocześnie nafaszerowanych komunikatami mającymi nieświadomie ukierunkowywać opinię  społeczeństwa. To dlatego tak tu ciągle na blogu na telewizję niemiecką utyskuję. Co smutne, znaczna część obywateli daje się złapać na ten haczyk:(
Są w Niemczech dziennikarze, którzy w ostatnich latach zaczęli głośno krzyczeć, jakoby rządzący cenzurowali część materiałów przed przedstawieniem ich opinii publicznej. Zarzut mocny. Nie dokopałam się do dowodów go potwierdzających, ale prawda jest taka, że będąc w Bundestagu zadrzyło się, że dostałam za zadanie napisanie noty prasowej, w której miałam przekonać czytelników, że szare jest białe. Pamiętam, że drążyłam wówczas temat temat i oponowałam, ale  najzwyczajniej w świecie brakowało mi wówczas odpowiedniej wiedzy popartej doświadczeniem, by wygrać potyczkę na argumenty. Dopiero teraz po latach zaczęłam rozumieć, po jakiej cieńkiej linii wówczas stąpałam.

JAK ZRODZIŁA SIĘ POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA

(W oparciu o książkę Rolfa Kosieka, "Die Macht-Übernahme der 68er")

Idea poprawności politycznej jest piękna. Żąda stosowania języka, który nie obraża innych. Początku jej historii można dopatrywać się w roku 1924, gdy syn handlarza zbożem Felix Weil wystąpił z ideą stworzenia państwowego instytutu nauk politycznych. Za wzór miał posłużyć Instytut Marksa-Engelsa w Moskwie. W ten sposób zrodził się Instytut Badań Społecznych. Włączony w struktury Uniwersytetu Frankfurckiego szybko zyskał nazwę Szkoły Frankfurckiej. Oficjalne otwarcie miało miejsce 22.06.1924. Sześć lat później Instytut wydał swój pierwszy produkt "Die Kritische Teorie" ("Teorię Krytyczną"). Miał to być pierwszy krok do kontrrewolucji o marksistowskim podłożu skierowanej przeciw społeczeństwu Zachodu. Po dojściu przez nazistów do władzy Instytut Badań Społecznych przeniesiono najpierw do Genewy i Paryża, a ostatecznie do Nowego Yorku. Tam działał przez następnych piętnaście lat obok Columbia University pod nazwą Institute for Social Research. Za sprawą innych emigrantów w Nowym Yorku uformował się jeszcze drugi ośrodek neomarksistowski o nieco innym od frankfurckiego charakterze. Powstał on przy New School of Social Research i do historii przeszedł jako tzw. „Uniwersytet na wygnaniu”.
Po wojnie część działaczy Instytutu (w tym  Horkheimer i Adorno) wróciło do Niemiec i powołało go w ojczyźnie na nowo. Pozostali w USA działacze kontynuowali za oceanem rozpoczętą w latach 30-tych pracę. Zaliczał się do nich Herbert Marcuse, który to jeszcze przed emigracją postawił pytanie, kim można by zastąpić klasę pracowniczą jako nosiciela idei rewolucyjnej. Tak stworzono tzw. "grupy ofiar": osoby o innym kolorze skóry, kobiety, homoseksualistów, itd. To one miały stworzyć bazę dla poprawności politycznej. Ogromnego znaczenia nabrała Szkoła Frankfurcka za sprawą podniesionej przez Marcuse'a idei wolności seksualnej. Wywarło to ogromny wpływ na ówczesnych studentów. W Niemczech Zachodnich był to jednocześnie czas, kiedy młodzi ludzie zaczęli się głośno pytać o czyny swoich rodziców w czasie wojny. Stanowiło to początek rozliczenia Niemiec Zachodnich ze swoich nazistowskich zbrodni. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jednoczesne  dość autorytarne żądania Marcuse'a w postaci "tolerancji wyzwoleńczej". W tłumaczeniu na nasz język: tolerancji dla głosów idących od lewicowców, i brak tolerancji dla konserwatystów. Efekt: dzisiejsze społeczeństwa w Niemczech i USA.

GDY IDEA ZOSTAJE WYNATURZONA

Hans Dieter-Radecke  napisał w swoim artykule z 21.02.2014 "Die Diktatur der politischen Korrektheit" (Dyktatura poprawności politycznej) opublikowanym w Cicero. Magazynie Kultury Politycznej, że to "nie prasa jest przeideologizowana, tylko niemieckie społeczeństwo. Od początku lat 70-tych argumenty godne dyskusji nie tylko przesunęły się na lewo, ale też uległy zawężeniu." [tłumaczenie własne]. Jakie to min. pociąga za sobą konsekwencje mogliście już raz przeczytać w moim poście "Lepsze już disco polo od Sylwestra w Kolonii." (Lepsze już disco polo od Sylwestra w Kolonii). Od czasu publikacji przytoczonego postu atmosfera w Niemczech jeszcze bardziej się popsuła. Marsze Pegidy, napady na domy uchodźców i przede wszystkim skrywana za uśmiechem tolerancji i gościnności niechęć do przyjętych osób. Oczywiście nadal jest w Niemczech sporo osób, które całym sercem angażują się na rzecz przybyłych ludzi. Problem w tym, że konsekwentny reżim poprawności politycznej uprawiany na forum niemieckim wepchnął w ramiona neonazistów i bliskich im ideologicznie organizacji ludzi, którzy wcale się z nimi nie identyfikowali, a którzy mieli tylko swoje obiekcje, obawy. Nikt nie chciał ich wysłuchać, to poszli tam, gdzie to uczyniono.
Mechanizm ten nie dotyczy tylko kwestii uchodźców. W moim artykule poświęconym zjednoczeniu Niemiec (Swięto Zjednoczenia Niemiec) opowiedziałam Wam o rozdarciu niemieciego społeczeństwa na tych ze Wschodu i tych z Zachodu. Do wszystkich wymienionych przyczyn takiego stanu rzeczy dochodzi także poprawność polityczna. Mam nagranie programu, które idealnie to pokazuje.Historyk i dziennikarka prowadzą rozmowę z byłymi obywatelami NRD. Jedna z osób ma za sobą traumatyczne wspomnienia (za próbę ucieczki siedziała w więzieniu), drugi gość jest człowiekiem, któremu udało się uciec na Zachód, trzecia ma dobre wspomnienia z NRD i po tym, jak właśnie ta trzecia osoba wygłasza swoją opinię, włącza się historyk, który ogłasza, że proszę bardzo, prywatnie, to ona może sobie mieć takie zdanie, ale im  (kimkolwiek ci "oni" mają być") zależy na przekazaniu społeczeństwu innej historii. Bo według przyjętej przez państwo terminologii NRD może być określane jako państwo bezprawia, ale dobrze to o nim mówić zbytnio nie wolno.

SOCJALDEMOKRACI TEŻ MOGĄ ZOSTAĆ FASZYSTAMI

Wszelki reżim - nawet pochodzący z lewej strony sceny politycznej - jest niezwykle niebezpieczny i

Ratusz w Sztokholmie
może skończyć się tragicznie. Najstraszniejszym przykładem jest Szwecja, gdzie za rządów socjaldemokratów wysterylizowano przymusowo ponad 60 000 kobiet w imię zachowania niezepsutej rasy, będącej "nosicielką niezwykle wysokich i wartościowych przymiotów" (Michael Booth, "Skandynawski Raj", s. 316). W tym samym kraju w latach 60-tych i 70-tych odebrano niezwykle wielu rodzinom dzieci, często z ideologicznych pobudek (ibidem, s.317).
Cytowany Hans Dieter-Radecke napisał w swoim artykule: "W przeciwieństwie do osób wierzących, że tylko oni posiadają dostęp do prawdy oraz fetyszystów konsensusu, różne zdania nie stanowią wyrazu amoralności, czy skorumpowania, lecz są cennymi narzędziami kształtowania świadomości i woli społeczeństwa. (...).". Dalej powołuje się na słowa historyka Arnulfa Baringa: "U nas jednak różne opinie są zwalczane.", po czym podsumowuje: "Jest to oznaką totalitarnego myślenia społeczeństwa, które nie może wytrzymać wolności.".
Tylko, że fani hiper poprawności politycznej nie zauważają, że swoją działalnością czynią nowe grupy wykluczonymi, a te w którymś momencie upomną się o swoje prawa. Robią to czujące się zapomniane grupy Polaków, którzy uparcie wybierają PIS, widząc w tej partii nadzieję na spojrzenie na ich problemy i potrzeby, robią to Niemcy dołączyjący do neonazistów podczas marszów Pegidy, czy też wybierający AfD i uczynili to podczas ostatnich wyborów prezydenckich Amerykanie.

 

NADZIEJA

Wynik wyborów w USA wybudził w Niemczech po początkowym szoku różne grupy społeczne z letargu. 11.11.2016 Bastian Hermisson wygłosił podczas zjazdu partyjnego Zielonych porywające przemówienie, w którym potępił polityków za walenie społeczeństwa maczugą moralności. Dwa dni później dziennikarz Fritz Pleitgen uderzył na alarm, że wynik wyborów w Stanach powinien stanowić ostrzeżenie dla Niemców, polityk SPD Thomas Oppermann przyznał, że w tym wypadku nawet jego partia musi nauczyć się czegoś od Zielonych.
Trzymam kciuki za Niemców. Mają jeszcze szansę zmienić kurs swojego statku, tak by nie rozbił się o górę lodową. Leży to w interesie nas wszystkich w Europie. A my przy okazji powinniśmy się może zastanowić, nad czym u nas należy popracować.







31 października 2016

Awantura o liście

Przyszła jesień, wyjątkowo brzydka w tym roku, ale nie o to chodzi. Jesień oznacza kolorowe liście spadające z drzew. Gdy pogoda dopisuje uwielbiam jesienne spacery po parku. W tym roku  jednak o wiele szybciej niż zazwyczaj do drzwi wielu zapukał obowiązek sprzątnięcia mokrych, na wpół zgniłych liści. Niby co za problem wydawałoby się. Biorę wór na śmieci, pakuję w nie liście i wywalam. Ano okazuje się moi drodzy czytelnicy, że Niemcy (jeśli nie w całym kraju, to przynajmniej w niektórych landach) zrobili z liści całą naukę. Walające się pod naszymi nogami liście podzielono bowiem na:

1. liście chodnikowo -uliczne:


2. liście rowowe (czyli leżące w rowie przy poboczu):

Niestety nie mam w okolicy lepszego rowu do sfortografowania. Generalnie podział dotyczy głębszych dołów.


3. liście trawnikowe:


Przy czym wśród wymienionyh typów liści rozróżnia się dwie grupy: prywatne i komunalne. I właśnie temu tematowi poświęcono jakiś czas temu w telewizji godzinny reportaż. Bohaterem reportażu był mężczyzna, któremu komunalne (jak kto woli to ogólnopaństwowe drzwewo) śmieciło liśćmi na jego prywatny trawnik. I czyje to są liście teraz? Drzewo rośnie za płotem, liście należą do drzewa, ergo: liście są komunalne. Urząd (bodajże od zieleni miejskiej) był zdania, że liście leżą już na prywatnym trawniku faceta, czyli zmieniły właścicela. Właściciel trawy odpuścił już w kwestii sprzątania liści-śmieci. Był gotów sam oczyścić swój ogródek i tu pojawił się kolejny problem, bo liście uliczno-chodnikowe można wyrzucać tylko do kontenerów przeznaczonych dla liści z ulicy i z chodników. Podobnie dla liści trawnikowych i rowowych przeznaczone są stosowne kontenery. W okolicy bohatera opisywanego reportażu znajdował się tylko kontener na liście rowowe, co oznacza, że liści z trawnika nie wolno mu tam wyrzuać i masz babo placek. Nadmienię, że ten kontener też był jakiś dziwny. Wykonany z metalowych prętów wyglądał bardziej jak klatka (z całkiem dużymi oczkami, więc większy wiatr te liście stamtąd i tak wywiewa...). Nieważne. Nie mój problem. Problem miał jednak facet z programu. Przez całą godzinę deliberowano nad wyjściem w jego sytuacji. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż leżał już na ziemi i rechotał w niebogłosy, że Polak to by dawno wywalił te liście gdzie popadnie (czy pamiętacie jego miłość do polskiej segregacji śmieci? http://sbundowani.blogspot.de/2016/09/co-niemca-urzeka-w-polsce.html), a przede wszystkim nie bawiłby się w takie bezsensowne podziały, a ten Niemiec ściąga ekipę telewizyjną, żeby nagłośnić problem braku śmietnika na liście trawnikowe. Program zakończył się wnioskiem, że jego bohater musi albo przerzucić liście ze swojego ogródka na trawnik komunalny i niech się służby miejskie martwią (rozwiązanie jednak średnio legalne i przede wszystkim aspołeczne), albo dalej z trawnika komunalnego wrzucić je do rowu, a potem z rowu do kontenera na liście rowowe (rozwiązanie nadal niezbyt legalne, ale już przynajmniej nie aspołeczne)...

Kultura dyskusji jest w Niemczech niesamowicie zakorzeniona. A na terenach byłych Niemiec Zachodnich potrafi kwitnąć z wyjątkową intensywnością. W szkole Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża od trzech lat podnoszono podczas zebrań nauczycielskich co najmniej raz na dwa miesiące kwestię wprowadzenia zakazu stosowania przez uczniów w szkole komórek. Do domu przychodził rzygając już w progu po kolejnym z takich obrad. Temat był przedyskutowywany w zdłuż, wszerz i w kółko. Przed ostatnim posiedzeniem grupa pięciu nauczycieli poświęciła kilka godzin, by opracować 2 strony A4 pamfletu nt. temat. I w końcu zdarzył się cud, podjęto decyzję! Tylko dzięki Radzie Rodziców, która po 3 latach nagle się obudziła i zajęła stanowisko: "Zakaz.". I zakaz (bez czytania wspomnianego pamfletu) został jednogłośnie wprowadzony przez dyrektora. Skoro doszłam już do jego postaci, to pozwolę sobie zacytować jego słowa: "Lepszy miły dyktator niż taki, którego wszyscy się boją. Pozwalam dyskutować pracownikom, aby mieli poczucie, że mają wpływ na decyzje, a potem ustanawiam obowiązujące prawa.". To tyle w temacie demokracji. Co nie zmienia faktu, że uprawianie dyskusji to chyba po piłce nożnej drugi ulubiony sport narodowy Niemców. W sprawie wprowadzonego zakazu komórek ma się wkrótce odbyć szereg spotkań, aby przedyskutować podjętą decyzję. Najwidoczniej dzień bez obrad nad jakimś tematem to dzień stracony.



 Wspomniany 2 stronicowy pamflet z propozycją wprowadzenia zakazu stosowania komórek, smartphonów i tabletów dla uczniów klas 5-8.


Mieszkający tu Polacy nie raz opowiadając mi o swojej pracy wybijali mi głową dziurę w ścianie opowiadając o procedurach w ich firmach. "Pamiętasz ten problem, jaki musieliśmy rozwiązać w firmie 4 m-ce temu?" przywitał się jakiś czas temu ze mną Paweł. "Który problem, bo mieliście kilka?" odrzekłam. "Ten z linią produkcyjną. To naprawdę banał i łatwo można go usunąć, a tu przez ostatnie 4 m-ce mamy tylko co rusz nowe konferencje i zebrania z tego powodu. I dziś się spóźniłem właśnie przez kolejne posiedzenie w tej sprawie. Oszaleję. Ja to przywykłem do rozwiązań typu: `Panowie, mamy problem. Macie 48 h na jego rozwiązanie` a tu  się glindzi i glindzi.". Zgadza się. To co Niemców czyni szczęśliwymi, nas często wkurza. Zajęcia, jakie miałam na niemieckim uniwersytecie składały się w 50% z wygłaszanych referatów, w drugich 50% z dyskutowania na ich temat. Czasem ten podział wynosił 30% do 70%. Był to jeden z powodów, dla którego mimo nieoczekiwanego stypendium przyznanego mi przez uniwersytet niemiecki postanowiłam kontynuować studia w Polsce. Cieszyłam się, że podczas odbytego czasu studiów w Niemczech przełamałam swój typowy dla polskich studentów lęk przed zabraniem głosu na forum. Doceniałam fakt, że podszlifowałam umiejętność prowadzenia dyskusji, ale w którymś momencie zaczęłam mieć poczucie, że odbywane u sąsiadów za Odrą seminaria są w ostatecznym rozrachunku za mało merytoryczne. Problemem może nie była nawet sama ich konstrukcja. Dyskusje potrafią być bardzo rozwijające, ale jeśli praktycznie wszystkie zajęcia to jedna wielka dyskusja, jeśli nie jest określony jasno cel, w jakim się je prowadzi, jeśli nie ćwiczy się sztuki argumentacji, a bardziej chodzi, by każdy mógł się zaprezentować, to cierpi na tym ostatecznie jakość nauczania, a w przyszłości także i jakość debaty publicznej. Były oczywiście seminaria fantastycznie poprowadzone i to one zadbały, że z niemieckiego czasu studiów wyniosłam wspomniane umiejętności, niestety równie dużo zajęć zdawało się stanowić dyskusję bez głębszej struktury. Cóż, wszędzie są lepsi i gorsi nauczyciele/wykładowcy. Żaden niemiecki fenomen. Ponieważ jednak dyskusje zajmują tak wielką część w niemieckim systemie edukacyjnym, to traktowane są jako obowiązkowy punkt w życiu codziennym (przynajmniej taka jest moja teoria). Dyskutuje się zatem często i gęsto. Są sytuacje, gdy jestem zachwycona tym upodobaniem naszych sąsiadów, jak to było chociażby w przypadku idei dramatu "Terror" (http://sbundowani.blogspot.de/2016/10/1-godnosc-czowieka-jest-nienaruszalna.html), ale chyba częściej zastanawiam się, czy Niemcy uczą się od nas absurdu, czy my od nich "fachowej" debaty. Ach, cóż za dreszczyk emocji wywoływały kilka lat temu w Polsce zainicjowane przez radnego PIS Michała Grzesia obrady na temat upodobań seksualnych słonia Nino z poznańskiego zoo, który to miał bić samice trąbą. Obecnie z zapartym tchem śledzę wywody tegoż samego radnego w sprawie ucieleśniających proputinoską politykę lampartów perskich i dziwię się tylko, że tematu liści na ulicach wiatr jeszcze nie przygnał do Polski.
No cóż, każdy kraj ma swoje preferencje. Podczas, gdy u nas toczą się debaty natury zoologiczno-politycznej, to sąsiedzi za Odrą postawili na eko trend  w połączeniu z kwestiami religijnymi. Od miesięcy trwają bowiem w Niemczech dysputy, czy powinno się wprowadzić zakaz noszenia burek. Chyba faktycznie za wcześnie zdecydowałam się w przeszłości opuścić ławy niemieckiego uniwersytetu, jako że teraz  sensu tej dyskusji w ogóle  nie mogę pojąć. W Niemczech obowiązuje zakaz zakrywania twarzy w miejscach publicznych i uchylenie tej ustawy nie jest brane pod uwagę. A zatem krótka piłka. Nad czym tu deliberować? To co mi się wydaje proste, okazuje się nie być takowym dla wielu współrodaków Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Przy czym muszę tu uczciwie zaznaczyć, że znanych mi Ossis (Niemców Wschodnich) deliberacje na ten temat bardziej wkurzają, za to Wessis (Niemcy Zachodni) uznają je za konieczne, a że mentalność zachodniej części społeczeństwa nadaje w tym wypadku ton muzyce, to i dyskusja kwitnie niczym mięśnie na sterydach. I tym sposobem w ramach publicznej debaty poddaje się kontroli sklepy sprzedające na terytorium Niemiec odzież dla wyznawców islamu, stwierdza się, że większość z nich to centra salafistów (wyniki ogłoszone w telewizji Phoenix w drugiej połowie października), po czym dochodzi się do wniosku, że temat ten wymaga dalszej dyskusji. Nikt jednak nie podnosi kwestii (przynajmniej do moich uszu to nie doszło), że wyjątek w ustawie o zakazie zakrywania twarzy w postaci przyzwolenia na noszenie burki powoduje nierówne traktowanie obywateli państwa. Właśnie udziergałam sobie ostatnio prześliczną różową kominiarkę, z zielonym kwiatkiem na czole i chciałabym ją nosić zimą, bo przy temperaturach w okolicach 0°C marznie mi nos, niestety nie wolno mi:((( I gdzie tu sprawiedliwość? W burce przyjdzie mi chodzić.

Zanim jednak przyjdą prawdziwe mrozy, mam inny problem. Za naszymi oknami rośnie nie nasze drzewo, którego liście wiatr przywiewa nasz balkon. "Skoro wlazłeś między wrony, to kracz jak i one" mówi stare mądre przysłowie. Chcąc zatem spełnić obywatelski obowiązek przedyskutowaliśmy tę kwestię z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem i doszliśmy do wniosku, że nie są to ani liście chodnikowo-uliczne, ani trawnikowe, ani rowowe. Obydwoje zgodziliśmy się na określenie ich mianem liści balkonowych. Niestety konteneru na liście balkonowe w naszej okolicy brak. Teoretycznie moglibyśmy je cichcem wyrzucić za barierkę, ale byłoby to świnstwo w stosunku do sąsiadów z parteru (przypominacie sobie mój post "Niemieckie Alternatywy 4" i opisaną w nim historię o podziale w sprzątaniu klatki schodowej oraz terenu wokół budynku? http://sbundowani.blogspot.de/2015/11/niemieckie-alternatywy-4.html) Ustaliliśmy również, że za wyrzucanie liści w lesie grozi wysoka kara. A co właściwie z liśćmi "wodnymi"? Nigdzie nie mogę znaleźć ustaleń odnośnie listowia pływającego w zbiornikach wodnych. Ha! Chyba typowo dla kogoś o polskich korzeniach znalazłam lukę w systemie:)