7 października 2018

Krótka opowieść o hymnach i zjednoczeniu? Niemiec


Jakoś tak Niemcy nie mają szczęścia do swoich hymnów. W ostatnim poście wspomniałam o tym, jak po wojnie w RFN zmieniono dawny hymn niemiecki. Pierwsze dwie zwrotki zostały - nazwijmy to - "wyłączone z użytku" i tym sposobem tekst hymnu został zredukowany do trzeciej strofy. 
Na 69 rocznicę utworzenia NRD postanowiłam przypomnieć historię innego "wyłączonego z użytku" hymnu.  Tak się składa, że i władza NRD zaczęła mieć w którymś momencie problem z hymnem swojego kraju. Ostatecznie NRD było chyba jedynym państwem, a przynajmniej jednym z nielicznych, który posiadał tzw. "niemy hymn", czyli melodię bez słów.  Ale po kolei. 
Kopia rękopisu Augusta Heinricha  Hoffmanna
źródło: Wikipedia (CC)

Dzisiejszy hymn Niemiec to tekst napisany przez Augusta Heinricha  Hoffmanna z Fallersleben. Stworzył go w XIX w., gdy idea zjednoczena Niemiec stawała się coraz bardziej żywa. Ta tak źle nam się kojarząca strofa począwszy od słów "Niemcy; Niemcy ponad wszystko" miała wówczas zupełnie inne znaczenie. Myślą przewodnią było "zjednoczenie małych księstewek w jedno wielkie państwo".
Naziści jednak mieli swoją własną interpretację tego utworu przez co obrzydzili go całemu światu. Tak oto z dawnej "Das Lied der Deutschen" [Pieśń Niemców] dopuszczono po wojnie tylko ostatnią strofę. Debaty na ten temat trwały do 1952 roku, aż w końcu postanowiono, że utwór Augusta Heinricha  Hoffmanna  pozostaje hymnem RFN, śpiewana będzie  jednak (zwłaszcza podczas oficjalnych uroczystości) tylko jego  trzecia zwrotka.

Jaki problem mogła mieć jednak z własnym hymnem władza socjalistyczna? Tekst hymnu powstał po wojnie. Zaczynał się słowami Powstające z ruin (niem.: Auferstanden aus Ruinen), które odnosiły się do odbudowującego się państwa zniszczonego po wojnie. Autorem tekstu był Johannes Becher, niemiecki poeta, krytyk literacki, a także polityk (w 1954 zaczął piastować urząd ministra ds. kultury). Tekst hymnu wpisał się w kanon tekstów epoki socjalizmu. Opowiadał o odbudowie kraju oraz stworzeniu od podstaw nowego, lepszego państwa. Cierniem w oku partii zaczął być jednak na początku lat 70-tych fakt, że ani razu nie odwołał się do Niemieckiej Republiki Demokratycznej, za to czterokrotnie padało w nim sformułowanie „Niemcy” jako odwołanie do zjednoczonego kraju. Trzeba zatem w tym miejscu przypomnieć, że pojęcie to pojawiło się w przeszłości w hymnie NRD na wyraźne życzenie samego Wilhelma Piecka. Na dwa dni przed objęciem stanowiska prezydenta NRD wysłał on list do płodzącego tekst hymnu autora z jasnym żądaniem "Refren ma mówić o jedności Niemiec". Swoistego rodzaju rozkaz był wynikiem życzeń społeczeństwa, ale także leżał początkowo w kręgu interesów samego Stalina. Autor tekstu po otrzymaniu listu zasiada zatem do pracy. Co chwilę coś zmienia, skreśla, poprawia. W wyniku tego powstaje najpierw projekt zwrotki:

„Deutschland, Dir zum allerbesten,
Wollen dienen wir vereint.
Hier im Osten – dort im Westen
Dass die Sonne, dass die Sonne
über Deutschland scheint.“

[Kraju niemiecki, zjednoczeni Tobie
chcemy jak najlepiej służyć
Tu na Wschodzie - tam na Zachodzie,
aby słońce, aby słońce
świeciło nad Niemcami]

Dwars komentuje, że taki tekst sankcjonuje podział Niemiec. W końcu po dwóch dniach Becher odsyła nowemu prezydentowi hymn spełniający jego oczekiwania. Pierwsze odśpiewanie ma miejsce 07.11.1949 i zostaje przyjęte owacjami. NRD kroczy nową drogą! Podczas, gdy RFN kłóci się z aliantami o zachowanie starego hymnu (alianci zakazali w tamtym czasie odśpiewywania tekstu "Pieśni Niemców"), NRD zrywa z przeszłością i buduje nowy świat!
W 1968 ten świat zaczyna wyglądać trochę inaczej. Wraz z konstytucją w 1968 idea zjednoczonych Niemiec umiera. Przez usunięcie z niej sformułowania „Niemcy” rację bytu stracił także tekst hymnu NRD. We wrześniu 1971 z nazwy "niemieckie media" skreślono wyraz "niemieckie". 15 listopada państwowa rozgłośnia radiowa  melduje się jako "Głos NRD" już bez tekstu hymnu. Pozostawiono tylko skomponowaną przez Hansa Eislera melodię. Podpisanie układu NRD-RFN (do tego czasu RFN nie uznawał NRD jako suwerennego państwa) przypieczętowało nierealność wizji zjednoczonych Niemiec. NRD pozostaje z hymnem, który nie będzie śpiewany przez 20 lat.


.
Hymn NRD
Auferstanden aus Ruinen
und der Zukunft zugewandt,
laß uns dir zum Guten dienen,
Deutschland einig Vaterland.
Alte Not gilt es zu zwingen,
und wir zwingen sie vereint,
denn es muß uns doch gelingen,
daß die Sonne schön wie nie
über Deutschland scheint.
(bis)

Glück und Frieden sei beschieden
Deutschland, unserm Vaterland.
Alle Welt sehnt sich nach Frieden,
reicht den Völkern eure Hand.
Wenn wir brüderlich uns einen,
schlagen wir des Volkes Feind.
Laßt das Licht des Friedens scheinen,
daß nie eine Mutter mehr
ihren Sohn beweint.
(bis)

Laßt uns pflügen! Laßt uns bauen,
lernt und schafft wie nie zuvor,
und der eignen Kraft vertrauend
steigt ein frei Geschlecht empor.
Deutsche Jugend: bestes Streben
uns'res Volks in dir vereint,
wirst du Deutschlands neues Leben,
und die Sonne schön wie nie
über Deutschland scheint. (bis)



Choć melodie hymnu RFN i NRD są różne, to ich baza jest taka sama. Dawało to możliwość odśpiewania do melodii własnego hymnu, hymn drugiego państwa niemieckiego. Z opowieści znajomych wiem, że gdy po ponownym zjednoczeniu Niemiec euforia opadła, a po obydwóch stronach dawnej żelaznej kurtyny pojawiło się rozdrażnienie swoimi braćmi, Ossis w poczuciu, że miejsce miało nie zjednoczenie, a wchłonięcie ich państwa przez byłe Niemcy Zachodnie, zaczęli śpiewać do melodii hymnu RFN swój dawny hymn. Co ciekawe, w przeszości przez pewien czas obydwa państwa niemieckie nosiły się z pomysłem, by swoim hymnem uczynić dzisiejszy hymn Unii Europejskiej. Okazuje się, że i "Odę radości" da się odśpiewać do melodii obydwóch hymnów.

Mi osobiście bardziej podoba się były hymn NRD. Szkoda, że przejęcie hymnu NRD nie stało w ogóle pod debatą. Cztery dni po kolejnej rocznicy Ponownego Zjednoczenia Niemiec warto przpomnieć choć malutki wycinek, jak przebiegały rozmowy na temat owego "zjednoczenia".

Źródło>
Die Geschichte der Hymne der DDR
Von Claus Stephan Rehfeld
Beitrag vom 15.09.2010


Berlin Wschodni, 6 lipiec 1990
Początek rozmów o Układzie Zjednoczeniowym

Lothar de Maiziere (ostatni premier NRD): „To była część pierwszych rozmów, gdzie zaproponowałem, by do Pieśni Niemców, czyli melodii Haydna, dołączyć pierwszą strofę hymnu NRD jako drugą zwrotkę. 
(...) Propozycja została odrzucona. (...) Byłem zdania, że obok kwestii prawnych, waluty oraz gospodarki musimy też zadbać o symboliczne gesty wspierające jedność.(...) Kohl był oburzony, gdy o tym usłyszał. Propozycję zmieciono ze stołu.(...) Głównym argumentem był artykuł 23, czyli przystąpienie, a nie nowostanowienie państwa.

Czy dziwi jeszcze kogoś, gdy coraz częściej słyszę od Ossis, że "to nie było Ponowne Zjednoczenie tylko aneksja"? Tym smutniejszą staje się ta historia, gdy dowiadujemy się, iż wówczas na nowo wybuchły wątpliwości wokół hymnu RFN. Ostatecznie Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł, że hymn stanowi tylko trzecia strofa "Pieśni Niemców"

Osobiście uważam, że ta krótka opowieść o decyzji nt. hymnu po niby zjednoczeniu Niemiec pokazuje najlepiej co poszło źle i to już w tamtej chwili należy się doszukiwać przyczyn dzisiejszego wysokiego poparcia dla AfD na terenach byłego NRD. Pomijając już fakt, że hymn RFN zyskałby moim skromnym zdaniem na włączeniu w niego tak dla Kohla nieakceptowalnej strofy. Choć ja najbardziej lubię ją w melodii hymnu NRD

Zresztą ocencie sami, które z państw niemieckich miało ładnieszy hymn. Poniżej podaję linki umożliwiające ich wysłuchanie:)

Obecny hymn:







Hymn NRD z tekstem:



Epilog

Władze RFN musiały się raz pogodzić z hymnem NRD jako hymnem RFN. W 1995 podczas wizyty prezydenta RFN w Brazylii kapela akademii policyjnej chcąc go godnie przywitać odegrała hymn państwa niemieckiego, tyle że już tego nieistniejącego... Gość jakoś to zniósł i nawet uszy mu nie odpadły.

12 września 2018

Obóz przejściowy we Friedlandzie

Dłuuugooo nie pisałam i jak się nie trudno domyśleć jestem najzwyczajniej w świecie strasznie zajęta. W najbliższym czasie nie będę w stanie prowadzić bloga na tak regularnych zasadach jak dotychczas. Pełny kalendarz to jednak nie jedyna przyczyna mojego tak długiego milczenia. Od czerwca czeka post do publikacji, mam jednak techniczny problem ze zdjęciami. W zeszłym roku popsuł mi się aparat fotograficzny. Długi czas jechałam na pożyczonym od rodziny, aż w końcu na początku lata postanowiłam sobie coś kupić. I kupiłam... sprzęt oferujący masę fajnych funkcji. Oczywiście rzuciłam się zaraz na pełną falę eksperymentów, które skończyły się tym, że  zapisałam zdjęcia w takim formacie, którego nie jestem w stanie odczytać. Potrzebne są do tego jakieś specjalne sterowniki, a że jestem dość zajęta, to brak mi czasu, by się za nimi rozejrzeć.

W międzyczasie nauczyłam się jednak zapisywać zdjęcia w bardziej przystępnym formacie i dziś opowiem Wam o miejscu, które odwiedziłam w zeszłym tygodniu. Przez przypadek dowiedziałam się o wycieczce do Muzeum Obozu Przejścia Granicznego we Freidlandzie i jako fascynatka historii zdecydowałam się na nią pojechać.



Obóz powstał w konsekwencji wydarzeń II wojny światowej. Jego otwarcie miało miejsce 20.09.1945. Założono go na rozkaz brytyjskich władz okupacyjnych. Zaczęta przez III Rzeszę wojna kosztowała nie tylko 60 milionów ludzi życie, ale spowodowała, że kolejne miliony doświadczyły wywózki, przesiedleń, wygnań, deportacji. Do 1949 przez obóz przewinęło się 1,7 milionów uciekinierów, niemieckich wysiedleńców, uwolnionych jeńców wojennych, displaced persons, późnych wysiedleńców i innych.
Sławę obóz zdobył, gdy 10 lat po zakończeniu wojny przyjechała do niego ostatnia grupa niemieckich jeńców, których uwolnienie Adenauer wynegocjował w Moskwie. Był to tzw. "Powrót do ojczyzny dziesięciu tysięcy", których przywitano jak bohaterów. Z tego dnia można zobaczyć rewelacyjną prezentację w muzeum, która umożliwia wysłuchanie wygłoszonych wówczas przemówień. Wśród nagrań jest min. mowa przedstawiciela powracających żołnierzy, w której zapewniał, iż nikt z powracających do domu tak późno nie miał na sumieniu większych przestępstw od tych, którzy wrócili do Niemiec do 1948. Ciekawym momentem jest także chwila, gdy przychodzi do odśpiewania hymnu RFN. Nowoprzybyli nie wiedzą jeszcze, że został on zredukowany do trzeciej zwrotki i ryczą "Deutschland, Deutschland über alles". Prezentacja kończy się wycinkami z prasy niemieckiej i zagranicznej komentującymi całe wydarzenie.

Budynek dworca
Wraz z operacją "Link" od marca 1950 do obozu zaczęli przebywać wysiedleńcy. Chodzi tu głównie o Niemców przybyłych z byłych terenów niemieckich na Wschodzie oraz z ZSRR. W następnych latach do obozu zaczną trafiać także zagraniczni uchodźcy. W latach 1956/57  są to uciekinierzy z Węgier. W 1974 po puczu w Chille na Allende do Niemiec trafiają uchodźcy z Ameryki Południowej, a od 1978 "Boat people" z Wietnamu. Chodząc po muzeum ma się wrażenie, że czasy się zmieniają, a pewne obrazy pozostają takie same.  Ludzie na łodziach pośrodku morza, zapchane pociągi, dzieci ze smutnymi minkami.
 
Dlaczego  obóz w środku Niemiec wyrobił sobie takie znaczenie? Trzeba pamiętać, że po podziale Niemiec Friedland znalazł się w niezwyle ważnym punkcie strategicznym. Był to najbardziej wysunięty na południe punkt utworzonego w 1946 roku rozporządzeniem Brytyjczyków Bundeslandu "Saksonia Dolna". Położony niedaleko granicy z NRD oraz skrzyżowania dróg kolejowych Friedland stał się świetnym punktem "przesiadkowym" dla uchodźców. Stąd oficjalna nazwa brzmiała "Transfer refugee camp". Większość przybyłych do niego osób pozostawała tu stosunkowo krótki czas. Kilka dni, jeżeli przybysze mieli gdzieś na terenie RFN rodzinę, ok. 3 m-cy, jeśli ich sytuacja nie była tak jasna. Gorzej wyglądała sytuacja z displaced people i zagubionymi dziećmi, dlatego też w obozie istniało od początku osiedle ze sklepami, szkołą, fryzjerem itd. dla uchodźców.

Tak wyglądały domy dla uchodźców w czasach założenia obozu
Choć mówi się, że okoliczni mieszkańcy są bardzo otwarci dla przybyszy, to muzuem stara się przedstawić zarówno historię Niemiec, jak i samego Freidlandu możliwie obiektywnie. Przed odwiedzającymi muzeum nie ukryto zatem także listów osób skarżących się na pobyt uchodźców w ich miejscowości. To kolejny punkt wystawy, gdzie przeżywa się "déjà vu", tyle że w odwrotną stronę. Wśród eksponatów można znaleźć listy, których retoryka skierowana przeciw uchodźcom nie różni się wielce od dzisiejszej.

Skarga na mieszkańców obozu z roku 1950, których autor nazywa plagą i podaje dane, że 60% z  grupy składającej się z 43 Polaków, 30 Czechów, 5 Litwinów, 9 Łotyszy, 1 Rosjanina, 5 Ukraińców, 1 Rumuna, 1 Bułgara, 3 Jugosłowiańczyków, 1 Słowaka, 2 Węgrów, 2 Włochów i 4 bezpaństwowców to osoby w przeszłości karane, a część z nich stanowi grupę notorycznych przestępców.

Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że autor powyższego listu zmarł kilka lat później na atak serca. W latach 1959-1969 przez obóz we Friedlandzie przewinęły się tysiące obcokrajowców. Najliczniejszą grupę stanowili Polacy w liczbie ponad 13.000.

Diagramy statystczne przedstawiające, ilu i w jakim czasie obóz przyjął uchodźców.


Obóz jest w stanie pomieścić ok. 800 osób, ale w jego historii było kilka okresów, gdy przeszedł napływ mas ludzkich. Pierwszą taką sytaucją był czas zaraz po jego założeniu. Ostatnią rok 2015, gdy w obozie schronienie znalazło ponad 3000 osób. Łóżka znajdowały się wówczas w stołówce, na korytarzach, w biurach pracowników. Obecnie przebywa w nim 350 osób. Część z jego mieszkańców to członkowie rodzin przybywających z Kazachstanu, posiadający tylko rosyjskie obywatelstwo. Druga grupa to uchodźcy z Bliskiego Wschodu. 11.09 obóz przyjął kolejne 150 osób, które przyleciały z Turcji na podstawie niemiecko-tureckiej umowy o wymianie uchodźców.



1. Mapa pokazująca strategiczne położenie obozu


2. Mapa pokazująca strategiczne położenie obozu



Nie wiem, jak sobie wyobrażacie taki obóz, podejrzewam jednak, że nie tak, jak on wygląda we Friedlandzie. Cała miejscowość to mieszanina prywatnych posesji z domkami dla uchodźców.  Podobno świetnie takie rozwiązanie się sprawdza na pierwszym etapie integracji.


Kaplica w obozie

Obóz


"Kartoteka" uchodźców
Z całą pewnością jest to miejsce warte odwiedzenia. Polecałabym zwłaszcza grupom szkolnym, które przyjeżdżają do Niemiec na wymianę, ale nie tylko. Muzeum to skarbnica prywatnyh historii osób, które przewinęły się przez obóz. O ich wrażeniach, problemach, rozterkach można usłyszeć od nich osobiście dzięki nagraniom. Muzeum dba, by wystawione materiały  odzwierciedlały możliwe aktualna historię, dlatego też wymienia wszystkie nagrania co 10 lat. 
Dodatkowo w salach znajduję się często "akta" poszczególnych osób, z których można poznać lepiej ich historię. Muzeum powstało dzięki zaangażowaniu wszystkich frakcji partyjnych i stanowi jeden z chyba dość rzadkich przykładów w polityce, gdy jakiś projekt potrafił różne partie połączyć, a  nie podzielić.




Oryginalne nożyce, którymi mieszkańcy NRD wycinali sobie w siatce drogę do wolności.




26 kwietnia 2018

(Nie)pracowitość Niemców

Mieszkając w Polsce nie raz w słyszałam dyskusje w mediach o rzekomym lenistwie Polaków. Przeróżni eksperci twierdzili, że wprawdzie są w Europie kraje z niższą liczbą godzin czasu pracy  niż w Polsce, ale w ostatecznym rozrachunku, to właśnie my mieliśmy wypadać na bardzo nieefektywnych pracowników. Bądźmy szczerzy. Każdy normalnie myślący i funkcjonujący człowiek wie, że nie da się przez 8 godzin pracować non stop na najwyższych obrotach. Niemniej kiedy porównam sobie, jak mi idzie załatwianie różnych spraw w Polsce, a jak w Niemczech, to poza nielicznymi przypadkami, jak np. kupno samochodu u sąsiadów za Odrą (opisane tutaj: Najcudowniejszy prezent), odnoszę wrażenie, że po dostosowaniu słynnej zasady Pareta Joseph Jurana do rzeczywistości niemieckiej wyglądałaby ona następująco: 10/5 (5% wkładu pracy by uzyskać 10% efektów). 


Naprawdę nie rozumiem na jakiej podstawie wspomniani na początku posta "eksperci" wydawali w wysłuchanych przeze mnie dysputach tak niepochlebne zdanie o (nie)pracowitości Polaków. Już w czasie moich studiów w Niemczech doszłam do wniosku, że załatwianie spraw urzędowych w Niemczech jest frustrujące, bo zazwyczaj wręcz niemożliwe. Godziny pracy wielu urzędów są absurdalne. I  tak od kilku miesięcy wisi mi nad głową jedna sprawa, ponieważ do urzędu można pójść tylko w określone trzy dni w tygodniu w godzinach od 9:00-11:00. Przeżyłam też na własnej skórze sytuację, że przyjście o 10:50 również jest bezcelowe, ponieważ urzędnicy są zdania, że przez ostatnie 10 minut ich pracy i tak się niczego nie załatwi. Stąd zamykają biuro nieraz już co najmniej 15 minut wcześniej. Byłby ten urząd chociaż do 13:00 otwarty, to bym już dawno temat zamknęła, a tak bujam się z nim. Sprawa nie jest na szczęście strasznie pilna, ale zaczyna mnie już irytować. Znajoma Hiszpanka zmuszona załatwić pewne sprawy urzędowe w Niemczech, skwitowała: "Wiesz co Kasia, w Europie to my mamy opinię nierobów. A jak nazwać w takim razie w Niemców? Z kilkumiesięcznym dzieckiem jest to niemały problem dostać się na drugi koniec miasta do godziny ok. 10:30. Zanim je nakarmię, umyję, przebiorę, bo mi albo zwymiotuje, albo zrobi kupę, to już jest prawie 11:00. A co robią urzędnicy przez resztę dnia?" 
Tak się składa, że mamy znajomą pracującą jako urzędniczka i nam opowiedziała, co z kolegami porabia przez resztę dnia: "Szczerze? To my się nie przepracowujemy. Oczywiście są okresy bardzo intensywnej pracy, kiedy upływa termin składania jakiś deklaracji itp., a poza tym to naszym głównym zajęciem jest zbieranie kasy dla kolegów na ich prezenty urodzinowe, a potem to świętowanie tych urodzin i tak w kółko. Dużo nas, więc co chwila znajdzie się powód do kawki z ciastem."



Ostatnio Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż widząc, jak od 1,5 m-ca nie mogę uzyskać zwykłej informacji w innym, niż wspomniany wyżej urzędzie, wpadł w szał i zaczął wrzeszczeć, że Niemcy bez swojego przemysłu samochodowego, to pewnie by na drzewach siedzieli i kijami w nie walili. Trochę przedramatyzował, ale czasami faktycznie sama się pytam, jakim sposobem kraj ten ma tak silną pozycję gospodarczą w świecie przy tak niskiej motywacji ludzi do pracy. Wspomniany urząd ma wprawdzie sensowniejsze godziny pracy (pracują nawet w soboty-wow!), co jednak wiele mi nie pomaga, bo aby cokolwiek w nim załatwić należy mieć umówione spotkanie. I o to się wszystko rozbija. Umieszczona w urzędzie kartka z numerami telefonów i emailami do poszczególnych działów zawierała niewłaściwe dane. Adres email był nieaktualny, o czym informowała mnie każda zwrotna wiadomość, telefonu nikt nie odbierał. Osobiście terminu wizyty ustalić nie można... Jestem uparta i w końcu dobiłam się do właściwego adresu email. Co z tego, jak na moje zapytanie nie dostaję odpowiedzi? Spróbowałam w końcu obdzwonić wszystkie pokoje, a nie tylko ten, w którym siedzi (podobno - bo może to po prostu jakiś fantom?) - facet odpowiadający za sprawy obywateli, których pierwsza litera nazwiska odpowiada mojej. Nic z tego. Nikt nie podniósł słuchawki. Zadzwoniłam w końcu na tzw. "Telefon Obywatelski", gdzie można dostać informację na różne tematy. Na moją informację, że od 2 tygodnii próbuję skontaktować się z jakimkolwiek pracownikiem danego urzędu pani odpowiedziała mi: "Są chorzy." "Wszyscy?!!" "Tak." No jakaś epidemia normalnie... Chciałabym zobaczyć w Polsce taki urząd, gdzie przez 2 tyg. wszyscy są chorzy...

Czy tylko tak źle jest w urzędach? Niestety nie. Na wolnym rynku sytuacja przedstawia się wprawdzie już nie tak tragicznie, ale dostatecznie często dość nieciekawie. W poście Niemieckie alternatywy 4 pisałam, że Niemcy cenią swój czas. Ma to swoje dobre i złe strony. Co mi się podoba, to wypracowany szacunek dla czasu i planów zleceniobiorcy. W Polsce ciągle momentami w chory sposób rozumiany jest zwrot "klient nasz pan". Ile to razy moja kosmetyczka wyżalała mi się, że jakaś klientka nie przyszła na umówioną wizytę, a ona mogła kogoś innego na ten termin wpisać. Jeszcze w gorszej sytuacji bywają budowlańcy, do których na krótko przed rozpoczęciem remontu dzwoni klient z informacją, że znalazł sobie kogoś innego. Kompletnie niepoważne zachowanie i niemożliwe w Niemczech. Po przekroczeniu pewnego terminu wszelkie rezygnacje z usługi są obarczone stosownymi kosztami. Gorzej za to wygląda sytuacja w drugą stronę. O wiele częściej niż w Polsce miałam sytuację, że umówiony fachowiec nie pojawił się, a gdy już taki przyjdzie... to bardzo pilnuje, żeby się nie przepracować (przypominam chociażby historię instalacji termy: Polen am Bau - historia pewnej termy) i by czasem nie przekroczyć o minutę swoich godzin pracy. Z przerażeniem obserwowałam malarza malującego naszą klatkę schodową. Jak mucha w smole obklejał przez tydzień poręcze itp., a potem już podczas samego malowania punkt o 16:00 odkładał na podłogę trzymany w ręce pędzel i szedł sobie. Byle nie zostać o minutę dłużej w pracy. Na klatce walały się pojemniki z farbą, nieumyte pędzle, nie przeszkadzało mu, że zostawia pomalowaną tylko w połowie poręcz (kwestia 2-3 min. i byłaby do półpiętra, czy piętra skończona). Za to bardzo pilnował, żeby podczas przerwy obiadowej przesiedzieć na schodach 45 min., nawet jak już nie miał nic do jedzenia, czy picia. 

Klatka schodowa w trakcie malowania. Aby było ciekawiej, to wspomnę, że przed malowaniem ścian wycyklinowano i polakierowano podłogę. Tyle w temacie sensownego planowania zadań.



Mogłam i obserwować pracę Polaków, czy Ukraińców, którzy nieraz po 10 h na dzień pracowali i do tego jeszcze nie robili sobie wolne w soboty. Takie są przynajmniej moje doświadczenia zarówno z Polski, jak i z Niemiec. 
W marcu byłam w Polsce. W Wielki Piątek musiałam odnieść zleconą mi pracę, a jednocześnie sama odbierałam z innej firmy rzecz, której wykonanie im zleciłam. W Niemczech nikt by nie kiwnął tego dnia palcem. Pracująca w Warszawie  w międzynarodowej korporacji przyjaciółka od lat jest w pracy 03.05, bo jest to termin zamykania księgowości i nie ma "zmiłuj się", bo Dzień Konstytucji. W Niemczech pracodawca mógłby o takim pomyśle zapomnieć. Tutaj bardzo wiele gabinetów lekarskich, sklepów, firm zamyka się na tydzień przed, a czasem i na tydzień po feriach szkolnych, nawet jeśli owe ferie to tylko 2 dni... Nagle wszyscy zgłaszają aspiracje do życia według szkolnego kalendarza.

Będąc w środku niemieckiej rzeczywistości mam czasami wrażenie, że żyjemy w Polsce kompleksami, które nam jacyś idioci wmówili. Oczywiście nie jesteśmy idealnym narodem. Mamy swoje wady, odbicia, jak i inni. Kiedy jednak sobie pomyślę o samobiczowaniu  naszego społeczeństwa, jakiego wysłuchiwałam nie raz w polskich mediach i gdy porównuję sobie to z wieloma programami, w tym wypadku głównie telewizyjnymi, u naszych zachodnich sąsiadów "Niemcy, jacy my jesteśmy cool.", to dochodzę do wniosku, że obydwa narody mają momentami dość skrzywiony obraz o sobie. Polacy żyją w wiecznym poczuciu, że muszą dogonić Zachód i tamtejsze standardy, a Niemcy wierzą, że te standardy mają, podczas gdy w moim odczuciu, nawet jeśli one kiedyś istniały, to przynajmniej w niektórych sferach życia i gałęziach gospodarki były, zdechły, rozłożyły się. Prawda, jak zwykle leży gdzieś po środku. Dobrobyt rozleniwia i im bardziej podniesie się standard życia w Polsce, tym więcej z tego "lenistwa" zaczniemy i my korzystać. Czy to coś złego? Życie jest jedno i nie dla pracy żyje człowiek, ale z drugiej strony, jak już się czegoś ktoś podejmuje, to powinien to moim zdaniem wykonać profesjonalnie, bez bumelowania. 

Czy Polakom uda się zachować zasadę złotego środka? Czas pokaże. W moim osobistym odczuciu patrząc na całościowy obraz Niemców Zachodnich, bo oczywiście nie można generalizować i zapominać, że i wśród nich są ciężko pracujące jednostki, to  się nie udało. Za to podobnie to dzisiejszej polskiej rzeczywistości wygląda za to sytuacja w byłych Niemczech Wschodnich z tą różnicą, że jak już ktoś naprawdę nie może lub nie chce znaleźć pracy, to dostaje na tyle dobry socjal, by sobie spokojnie żyć. Nie motywuje to do działania, wręcz przeciwnie.

22 lutego 2018

Nie wyjdziesz stąd żywa k...wo

Kochani, dziś kolejny post z serii "Moje wpadki w Niemczech". Było już o tym, jak w bardzo przykry sposób przejechałam się w Niemczech na ludziach, o których myślałam, że przyświeca nam ten sam cel szerzenia wiedzy o Polsce i pracy na rzecz dobrych polsko-niemieckich relacji (tutaj). Było też o śmiesznej wpadce z buziakiem (tutaj), a dziś opowiem Wam historię, która przez moją niewiedzę i głupotę mogła kosztować mnie w najgorszym wypadku życie.


W dzisiejszej, rozerwanej emocjonalnymi dyskusjami o przyjmowaniu uchodźców, Europie większość z nas wie, że w różnych krajach aktywne są bardziej lub mniej grupy nacjonalistyczne. W tym kontekście różne media poświęciły także sporo uwagi niemieckim neonazistom. Chyba nie ma już człowieka na naszej szerokości geograficznej, który nie wiedziałby o ich istnieniu. Możecie zatem się dziwić, czy wręcz uznać mnie za głupią gęś, gdy napiszę, że przyjeżdżając w 2005 roku do
Niemiec na studia ja nic o nich nie wiedziałam. Był to chyba czas pewnego wyciszenia ich wariactw pierwszych lat po zjednoczeniu Niemiec. Jakby zlegli gdzieś w cieniu. Dużo się o nich nie mówiło w życiu publicznym, a i na uniwersytecie bardziej tłukliśmy gramatykę historyczną języka, czytaliśmy tonami książki niemieckojęzycznych autorów, czy siedzieliśmy w zapyziałych czasach dziejów niemieckiego narodu, za to żaden z wykładowców nie puścił pary z ust o współczesnym problemie naszych zachodnich sąsiadów: ludziach, którzy za wszelką cenę chcieli kultywować dalej ideę Hitlera. Toteż, gdy przyjechałam do Niemiec czułam się tam stosunkowo bezpiecznie, zwłaszcza, że czas mojego zagranicznego stypendium przypadł na krótko po napadzie z pobiciem, którego ofiarą padłam w Polsce. Nie długo musiałam czekać, by poznać nieprzyjazną dla obcokrajowców twarz naszego zachodniego sąsiada.

Na stypendium wylądowałam w Magdeburgu, ówczesnym zagłębiu neonazistów. Zresztą i dziś jest ich tam całkiem sporo. Lubią zbierać się wieczorami na dworcu. Niecałe dwa miesiące po moim przyjeździe do Niemiec wybrałam się z kilkoma zagranicznymi studentami na wspólną wycieczkę do Lubeki. To był piękny dzień pełen fantastycznych wrażeń. Lubeka jest ślicznym miastem i wracaliśmy cali podekscytowani po naszym wypadzie. Niedaleko Magdeburga wsiadł do pociągu łysy, ubrany na czarno koleś. Miał ze sobą ogromnego psa. Usiadł po przekątnej ode mnie i wkrótce zaczął mnie zagadywać w niezwykle romantyczny sposób:
- E! Niezła d... z ciebie. Zerżnąłbym cię.
Tekst, na który każdej kobiecie miękną nogi, ale nie w taki sposób, w jaki facet próbujący zaciągnąć ją do łóżka by sobie życzył. Ja i moi współtowarzysze podróży siedzieliśmy cicho jak myszy pod miotłą. Koleś nie rezygnował i raczył mnie dalej swoimi niewybrednymi "komplementami". W końcu zaczął się denerwować, że go ignoruję.
- Myślisz, że jesteś kimś lepszym? Zobaczymy, co powiesz jak cię zaspokoję.
Przerażona po usłyszeniu takiego tekstu popełniłam fatalny błąd. Jako że mało wiedziałam o neonazistach nie rozpoznałam małych szczegółów, które wskazwały na przynależność mojego nowego adoratora do radykalnej sceny prawicowej. Uznałam po prostu, że to jakiś naćpany skinhead, pomyślałam więc, że gdy usłyszy mnie mówiącą w obcym języku, zajarzy, iż go po prostu nie rozumiem i się ode mnie odczepi. Na głupszy pomysł nie mogłam wpaść. Gdy tylko wypowiedziałam pierwsze zdanie po polsku do koleżanki ze studiów rozpętało się piekło. Koleś wpadł w szał:
- Ty zagraniczna jeb.. k...wo! Ja ci k...wo pokażę, gdzie jest twoje miejsce! Żywa stąd nie wysiądziesz!
W pociągu, na krótko przed spotkaniem absztyfikanta-noenazisty
Wszyscy struchreliśmy, a do mnie dotarło, z kim  mam do czynienia i jak katastrofalną decyzję podjęłam odzywając się w ojczystym języku. Jego złość podsycał przecież fakt, że dopiero co chciał tą jeb... zagraniczną k.. zerżnąć. Koleś wstał, podszedł kilka kroków w moją stronę, zacisnął w pięść jedną dłoń i puścił na mnie swojego psa. Pies był olbrzymi. Jego pysk był na wysokości mojej twarzy. Zatrzymał się tylko kilka centymetrów od niej. Cały czas warczał, a koleś wydawał mu dziwne polecenia, które brzmiały jak zaklęcia. Moi współtowarzysze podróży też znieruchomieli. Każdy bał się ruszyć, żeby nie wyprowadzić z równowagi warczącego mi przy twarzy psa. Szczerze mówiąc nie pamiętam zbytnio, co się dalej wydarzyło. Ze strachu mnie sparaliżowało. Siedziałam jak kamienny  posąg. Biorąc pod uwagę obecność psa było to chyba w tamtym momencie najmądrzejsze zachowanie. Przez głowę przewalały mi się tylko myśli, czy on chce mnie tu teraz pobić na śmierć, czy dać na pogryzienie swojemu psu, czy po prostu wyrzucić z jadącego pociągu. Pamiętam jak przez mgłę jakieś szarpanie i jak koleś na kolejnej stacji w obecności jakiegoś funkcjonariusza opuszcza ze swoim olbrzymim psem nasz przedział. W pociągach niemieckich jeździ nieraz policja, żeby reagować w podobnych przypadkach. To chyba byli oni. Nie wiem, jak wróciłam do akademika. Nogi się pode mną uginały. Znajomi mówili mi, że przez trzy kolejne dni byłam blada jak ściana.

Potem okazało się, że nasz akademik był niemalżem miejscem "survivalowym". Przy wejściu nie było żadnego portiera, więc każdy z ulicy mógł do niego wejść. Magdeburscy neonaziści wiedząc, że mieszkali w nim głównie obcokrajowcy składali chętnie jego mieszkańcom nieoczekiwane wizyty. Kryli się po zakamarkach i napadali na swoje ofiary. Podobno kilka osób trafiło w ciężkim stanie do szpitala. Nieraz organizowali "tylko" akcje straszenia. Gdy jakaś osoba czekała na windę wychodzili z ciemnych kątów, otaczali ją i zaczynali tupać swoimi ciężkimi buciorami. Poza nimi po naszym akademiku kręcił się na klatce schodowej jakiś fetyszysta, który czatował tam na kobiety i łapał je za stopy. Już w pierwszym miesiącu mojego pobytu jakąś dziewczynę zgwałcono pod wspólnymi prysznicami. Potem jacyć Turcy próbowali zgwałcić jedną z Polek w windzie. Windą jeździł też nieraz jakiś facet, który próbował wciągnąć do niej samotnie czekające na piętrze dziewczyny. Czego chciał nie wiem, bo wszystkim, które na niego natrafiły, udało się na szczęście wyrwać. W kwietniu z 15-ego piętra naszego akademika wypadła dziewczyna. Chodziły słuchy, że ktoś jej w tym dopomógł. Później nam powiedziano, że było to rzekomo samobójstwo. Dlaczego piszę "rzekomo"? Bo krótko po tym, pewnego majowego dnia na naszym piętrze jakaś dziewczyna rozpaczliwie błagała o pomoc w ucieczce przed goniącym ją z nożem facetem.
Miałam wrażenie, że mieszakm w jakimś Bronxie. Władze uczelni jakby w ogóle nie interesowało, co się dzieje w miejscu, które nam przydzieliły do mieszkania. Stypendium było tak niskie, że nie stać mnie było na wynajęcie sobie gdzieś indziej jakiegoś pokoiku. Wychodziliśmy więc z pokoju z gazem pieprzowym w jednej ręce i z postawionymi na sztorc kluczami między palcami w drugiej. 
Gdy podczas przerwy międzysemestralnej większoć studentów z mojego piętra wyjechała zostawiając mnie niemalże samą, czułam się średnio komfortowo. Zawału serca omal nie dostałam, gdy dowiedziałam się wówczas przez przypadek, że każdy z nas swoim kluczem może otworzyć każdy inny pokój przynajmniej na danym piętrze(!). Od tamtego czasu co wieczór podstawiałam pod klamkę krzesło, a dalej tarasowałam wejście komodą. Spałam z nożem przy łóżku. Nieraz słyszałam buciory neonazistów w środku nocy. 

Także na ulicy zachowywaliśmy się inaczej od opisanego zdarzenia  w pociągu. Staraliśmy się w ogóle ze sobą nie rozmawiać. Zwłaszcza po zmierzchu komunikowaliśmy się sygnałami. Taką radę dali nam niemieccy studenci. Ostrzegli nas, że nawet mówiąc po niemiecku  nie jesteśmy bezpieczni, bo akcent może nas wydać.
- Lepiej chodźcie w milczeniu. - podsumował jeden z kolegów z seminarium.
Pamiętam, że wtedy pomyślałam sobie, że nie chciałabym żyć na stałe w kraju, gdzie nie mogę na ulicy swobodnie rozmawiać. Chyba był to jeden z powodów, dlaczego Najcudowniejszy  Pod Słońcem Mąż potrzebował aż 6 lat, aby sobie mnie "wywalczyć".

Neonaziści w takiej formie, z jaką zostałam tamtego pamiętnego dnia skonfrontowana w pociągu, to problem głównie byłych Niemiec Wschodnich. Nie znaczy to jednak, że na terenie byłych Niemiec Zachodnich żyją sami tolerancyjni ludzie. Neonazizm ma tutaj inne oblicze. Przyjaciele Niemcy zaserwowali mi całe szkolenie, jak rozpoznać człowieka o prawicowo radykalnych poglądach. Teraz wiem, że widząc na ulicy kolesia w militarnych butach z białym sznurowadłami, najlepiej trzymać się od niego z daleka. Ci z czerwonymi sznurowadłami wpisują się w ruch lewicowy, więc nie trzeba na ich widok panikować. Wiadomo łańcuszki z młotem Thora, nie wspominając o swastyce to też znaki rozpoznawze, przy których powinien się nam włączyć alarm 10-go stopnia. 
ZAwieszka "młot Thora" -  zdjęcie jednej z ofert na allegro.de
Gorzej rzecz się ma z tzw. ukrytymi neonazistami. Oni są typowi dla byłych Niemiec Zachodnich. To często porządnie ubrani ludzie na wysokich stanowiskach, którzy nieraz, jak mi wytłumaczono, z ukrycia kierują bandami. To też nieraz przeciętni mieszkańcy wyglądający na normalnych ludzi, a reprezentujący poglądy zgodne tudzież zbliżone do neonazistowskich. Trzeba świetnie znać język niemiecki, żeby wyczuć niuanse w dobieranym przez nich słownictwie. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż oraz moi inni niemieccy przyjaciele zrobili mi taki kurs językowy i wierzcie mi, spotkałam ludzi  posługujących się zdradzonym mi kodem. Tym bardziej wkurzają mnie nieraz wywiady w polskiej telewizji z jakimiś pożal się Boże ekspertami, którzy w całej swojej aurze siedzą w studiu i opowiadają, że tereny Niemiec Zachodnich są praktycznie wolne od neonazistów i tam ludzie są kompletnie otwarci na migrantów. Niestety tak kolorowo to się nie przedstawia. Są tam ludzie, którzy koniecznie chcą zmyć niechlubą historię Niemiec swoją otwartością, obok nich są ludzie sceptycznie nastawieni do polityki Angeli Merkel, są też ludzie, którym to obojętne i na koniec są ludzie, którzy migrantami  pogardzają jako ludźmi gorszej kategorii, tylko nie napadają na nich z maczetą na ulicach, jak to czynią afiszujący się neonaziści. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż powiedział kiedyś, że "zachodnioniemiecka" forma neonazizmu jest o wiele badziej niebezpieczna, bo wrze pod powierzchnią i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Zgadzam się z nim. W takim codziennym życiu łatwiej funkcjonuje się oczywiście na terenach byłych Niemiec Zachodnich. Tu prawdopodobieństwo spotkania neonazisty, który zechce cię za twoje pochodzenie spałować jest mniejsze niż na terenach wschodnioniemieckich. Gorzej, gdyby pewnego dnia czara goryczy wobec obcokrajowców miałaby się tu jakoś rozlać. Nagle mogłoby się okazać, że ten miły sąsiad z naprzeciwka nienawidzi cię z całego serca.

EPILOG
Dzień Mężczyzn w Niemczech. Jest słonecznie. Pod klatkę podjeżdża samochód transportowy. Wysiada z niego dość młody, dobrze zbudowany mężczyzna. Na siedzeniu pasażera siedzi około dziesięcioletni chłopiec. Czekam podekscytowana. To ja znalazłam ofertę tego faceta na portalu z ogłoszeniami. Piękna secesyjna szafa, którą wystawił na sprzedaż za chwilę stanie się naszą własnością.
- Ach! To przykre, że w swoje święto, gdy wszyscy mają wolne [Dzień Mężczyzn w Niemczech jest obchodzony w Dniu Wniebowstąpienia Pańskiego], Pan pracuje.
- Takie życie, niestety dodatakową pracę mogę wykonywać tylko w dni świąteczne. - milknie, po czym po chwili dodaje - Ale syn mi towarzyszy. Przynajmniej w taki sposób spędzę z nim trochę czasu.
- Widzę, że ładnie ułożony chłopiec.
- Staram się. - uśmiecha się bardzo delikatnie.
Jeszcze krótką chwilę rozmawiamy. Choć go nie poprosiłam, sam bierze poszczególne części szafy na bary i wnosi ją nam. 
- Skarbie, pomóż proszę Panu. - proszę Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.
Po rozliczeniu podaje mi rękę, wsiada do samochodu i odjeżdża.
- No to kupiliśmy szafę od neonazisty... - komentuje Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż.
Prawie się zachłystuję. 
- Jak to?!
- Jego tatuaże wszystko mówiły.
Cholera. Tych nie studiowałam dokładnie. Miał tak obtatooowaną rękę, że ciężko było się w tych ślimaczkach rozeznać.
- Jezu, to on nie napluł na mnie, tylko mi podał nawet na koniec rękę, a po akcencie to mnie tu każdy za Francuzkę bierze! Zaraz padnę. Ciekawe, czy był dla mnie miły, bo fazę napadania na ludzi z pałą ma już za sobą, czy w swoim pomiataniu obcokrajowcami robi wyjątek dla tych, na kórych zarabia kasę?

Wniosek: muszę się jeszcze lepiej doszkolić z rozpoznawania neonazistów, bo rozpoznanie takowego, to rozpoznanie potencjalnego niebezpieczeństwa.

31 stycznia 2018

Soczysty buziak

Wracając do serii "moje wpadki w Niemczech" opowiem Wam dziś raczej śmieszną historię o tym, jak się raz skompromitowałam przy - rzeczy można by rzec banalnej, a mianowicie - powitaniu.
Niby Niemcy to żadne Chiny czy Japonia, gdzie przywitanie kogoś obwarowane jest całą masą zasad. Niby jestem germanistką, którą dodatkowo na drugich studiach z komunikacji w biznesie międzynarodowym bombardowano analizami rytuałów powitania i żegnania się w różnych kulturach, a jednak w ostatecznym rozrachunku walnęłam w Niemczech babola można by rzec "na dzień dobry".



Niemcy są w porównaniu do nas narodem dość zdystansowanym i oficjalnym. Tyle wiedzy jeszcze posiadałam, gdy wylądowałam u naszych sąsiadów za Odrą. Tytuł w Niemczech (zwłaszcza byłych Zachodnich) to rzecz niemalże święta. Do tego stopnia, że część Niemców w emailu do kina informującym o chęci rezerwacji biletów wstawia przed swoim nazwiskiem swój tytuł naukowy. Ja też nieraz parskałam śmiechem, gdy w przeszłości dostawałam listy turystów grupy rowerowej, jaką miałam poprowadzić, z adnotacjami o ich habilitacjach itp. Informacja kompletnie zbędna dla mnie jako pilota. W ich miejsce wolałabym mieć dane kontaktowe na wypadek, gdyby turysta nie stawił się na spotkanie grupy. Taka wiadomość była za to ich zdaniem niejednokrotnie nieistotna. Są w Niemczech bowiem ludzie, którzy naprawdę oczekują, że będzie ich się przy każdej okazji stosownie tytułować. I tak może się zdażyć, że sąsiad z tytułem doktora w dziedzinie matematyki na powitanie "Dzień dobry Panie Meier" będzie obruszony, że nie powiedziało się "Dzień dobry Panie doktorze.". 

Czego nie byłam świadoma po przyjeździe do Niemiec, to fakt, iż rezygnacja z obnoszenia się jak paw z własnych choćby pseudotytułów też może spowodować problemy. Gdy zaczęłam prowadzić zajęcia na Volkshochschule (w szkole pełniącej niejako funkcję naszych domów kultury - oferowane są tam kursy z przeróżnych dziedzin), sekretarka za każdym razem witała mnie z uniżeniem "Dzień dobry Pani profesor". Choć socjalizm liznęłam tylo jako mała dziewczynka, to chyba jestem jego dzieckiem bardziej niż sama bym przypuszczała. Wkurzało mnie, że koledzy z sekretariatu czołobitnie odnosili się do prowadzących zajęcia, podczas gdy sprzątaczki potrafiły pozostać niezauważone. Podobne relacje oparte na niepisanej hierarchii poszczególnych stanowisk zaobserwował Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż w swojej pracy. 
Na każde powitanie, w którym przyczepiano mi tytuł pani profesor próbowałam tłumaczyć, że na  uniwersytecie się go nie dorobiłam, a pomijając już ten fakt, gdybym nawet go miała, to Volkshochschule ze światem akademickim za wiele wspólnego nie ma. Ja chciałam pokazać moją równość z kolegami chociażby z takiego sekretariatu, jednak zamiast uznania zbierałam raczej spojrzenia dezaprobaty.
"Kochanie, Ty jeszcze nie zrozumiałaś. Gdybyśmy byli w byłych Niemczech Wschodnich ludzie pokochaliby Cię za takie podejście. Zresztą  tam by się raczej nikt w takie cyrki z tytułami nie bawił. My znajdujemy się jednak w byłych Niemczech Zachodnich, gdzie po dziś dzień przetrwało społeczeństwo burżuazyjne. Tu część ludzi zgłosiła się do pracy na VHS właśnie dla tego tytułu." wytłumaczył mi  Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż. Wybałuszyłam oczy. "Ale co im po tytule, który nic nie jest wart?!". "W czyiś oczach stoją w hierarchii wyżej niż inni i dzięki temu czują się ważni." usłyszałam w odpowiedzi.

Po takiej lekcji "Landeskunde" (wiedzy o kraju) nie zdziwiły mnie już pisma urzędowe, w których urzędniczki podpisywały się swoim hrabiowskim tytułem tudzież tytułem baronowej. Co nie zmienia faktu, że tego  typu pisma po dziś dzień wywołują u mnie spazmy śmiechu.
Zdjęcie Poldeh e.V.
Problem w tym, że jako osoba pochodząca ze słowiańskiego kręgu kulturowego mam czasami rzeczywiste problemy w odróżnieniu niemieckiej oficjalności od niemieckiej bliskości. Koszmarem był zawsze dla mnie start kursu tańca, na który chodziliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem. Wszyscy podawali sobie sztywno ręce jakbyśmy spotkali się  na jakiejś cholernie ważnej konferencji. Rezygnacja z rytuału potrząśnięcia każdemu dłoni byłaby niegrzeczna, więc ją odbębniałam bez większego entuzjazmu. Któregoś dnia westchnęłam przed wejściem do szkoły tańca, że znowu czeka nas runda "politycznych uścisków". Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż odrzekł: "Ależ oni demonstrują w ten sposób zżycie z nami." Prawie się zachłysnęłam własną śliną, ale zaraz potem pomyślałam o mojej niemieckiej cioci, która bardzo mnie lubi, ale nawet kilka lat po moim ślubie z jej bratankiem na każde powitanie wyciąga do mnie rękę w geście, jakbyśmy dopiero co się poznawały. To ja zawsze w odpowiedzi obściskuję ją tak "po polsku". "Porównując poznanych w Polsce na lekcjach tanga ludzi, to ciepło bijące z tutejszych uścisków aż mnie parzy." nie mogłam sobie jednak darować zgryźliwego komentarza. Nad Wisłą fakt, że uczysz się z innymi tanga stanowił przepustkę, aby nawet do osób starszych od nas o 30-40 lat mówić po imieniu. Ciągle mnie poprawiali, gdy zwracałam się do nich na "Pan/Pani" i przypominali, że przecież jesteśmy jedną "tangową" rodziną. Powitania i pożegnania stanowiły zaś jedną wielką falę objęć i buziaków. Niemieckie potrząsanie dłoni wypadało dość blado na tym tle.
Dlatego też, gdy pewnego dnia spotkaliśmy się ze stosunkowo nową koleżanką oraz jej mężem na lody włączył mi się automatycznie "polski tryb", gdy ten zrobił gest jakby do objęcia na przywitanie. Na pierwszych imprezach organizowanych przez kolegów z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża mało kto chciał ze mną rozmawiać. Byłam obca i tyle. Dopiero, gdy rozmówcy dowiadywali się, że "przynależę" niejako do ich kolegi z pracy nie uciekali po pierwszych trzech zdaniach, tylko po sześciu. Teraz już wiem, że na Niemcy Północne wykazywali się i tak niezwykłą rozmownością (im dalej w kierunku Hamburga, tym ponoć gorzej), dla mnie jednak próba zawarcia nowych znajomości na początku mojego pobytu w Niemczech była porównywalna z orką na ugorze. Toteż, gdy podczas któregoś z kolei spotkania ze wspomnianą parą mąż Caro nachylił się w moją stronę do powitania, radośnie uznałam, że chyba wreszcie mamy za sobą etap "oglądania się przez szybę" - jak go nazwałam - i przyszedł czas na "ludzkie" przywitanie. W ocenie sytuacji, że wchodzimy w nowy etap naszej znajomości nie pomyliłam się. Gilbert faktycznie chciał mnie objąć, tylko że... po niemiecku. Podczas gdy my, Polacy, rzucamy się sobie na szyję tudzież wymieniamy pseudocmoknięcia w policzek, niemieckie (naprawdę ciepłe) powitanie to objęcie "na krzyż" z lekkim poklepaniem po plecach. Co znaczy "na krzyż"? Jedną rękę przekładam pod pachą witanego, drugą przekładam nad ramieniem. Witany robi to samo. Ja tego gestu wtedy jednak nie znałam i nachyliłam się do polskiego powitania z pseudocmoknięciem w policzek. Cały ambaras w tym, że Gilbert pochylając się na niemiecką modłę miał na innej wysokości głowę niż oczekiwałam zakładając, że wita się ze mną w taki sam sposób, w jaki witają się ludzie w Polsce. W efekcie wylądowałam swoimi ustami centralnie na jego szyi i w pierwszej chwili z zaskoczenia tak mnie zamurowało, że zanim odkleiłam się od niej minęło kilka chwil. 
Nie jestem osobą pruderyjną, ale będąc świadoma, jak dużo czasu Niemcy na północy kraju potrzebują, by zdobyć się na trochę bliższy kontakt, wiedziałam, że rzucanie się z pocałunkami na czyjąś szyję przy pierwszej lepszej okazji nie należy do dobrego tonu. Przez pół dnia chodziłam czerwona ze wstydu z wbitymi w chodnik oczami i ledwo co mogłam z siebie wydusić tego dnia. Dopiero Caro dowiedziawszy się o przyczynie mojego zawstydzenia podsumowała, iż jest przekonana, że jej mężowi takie "polskie" przywiatnie bardzo przypadło do gustu:)