12 marca 2017

Seks po niemiecku



Pomieszczenie gospodarcze. Na jednej za ścian wisi szafka elektryczna, na podłodze leżą spore ilości słomy. Kobieta w seksownej czarnej koszulce i pończochach wprowadza do pomieszczenia robotnika, który ma się zająć naprawą szafki elektrycznej. Mężczyzna ma na twarzy czarną maskę.
Kobieta: To jest właśnie szafka elektryczna, z którą  mamy problemy. Jakby mógł Pan ją sprawdzić...
Mężczyzna: No dobrze, ale dlaczego leży tutaj siano?
Kobieta: Dlaczego masz na twarzy maskę?
Mężczyzna: W takim razie  mi obciągnij.
Kobieta podchodzi i zaczyna rozpinać spodnie robotnika. Dalszego przebiegu wydarzeń nie będę tu opowiadać, jako że opisana scena pochodzi z niemieckiego filmu pornograficznego. 
Czy potraficie sobie wyobrazić, że właśnie tą scenę nauczyciel zaprezentowałby Waszym dzieciom w szkole w ramach zajęć z komunikacji? Jakoś mam odczucia, że w Polsce następnego dnia po takiej lekcji wszystkie media trąbiłyby o bezeceństwach, jakie nauczyciel pokazuje swoim uczniom, a księża obrzuciliby ze swoich ambon danego metodyka ekskomuniką. W Niemczech znam nauczyciela, któremu opisana scena posłużyła jako materiał na lekcję z komunikacji. Przedmiotem zajęć była analiza spójności wypowiedzi. Za wybór materiału nikt prowadzącego zajęcia karami nie obłożył.
Muszę przyznać, że po kilkuletnich obserwacjach, jak Niemcy podchodzą do tematu ludzkiej seksualności, mam wrażenie, że to naród cierpiący w tym temacie na rozdwojenie jaźni. Z jednej strony sąsiedzi za Odrą wydają się być niezwykle otwarci i nieskrępowani. W niemieckich saunach publicznych (bez podziału na płeć) obowiązuje nakaz korzystania z nich nago. U nas pozostajemy w takim przypadku raczej w kostiumach kąpielowych. Nie jest to zarzut z mojej strony pod naszym adresem. Osobiście wolę polską wersję na korzystanie z sauny. Nie z pruderyjności, ale po prostu nie koniecznie lubię oglądać, co obcym ludziom wisi między nogami tudzież co zazwyczaj skrywają pod biustonoszem. W Niemczech nikt się tym nie przejmuje, dumnie swoje walory prezentuje, serwując sobie jednocześnie dawkę oględzin innych ciał. Mnie za to bardziej ciekawi fakt przymusowości korzystania z sauny nago. Jakoś mi się to kłóci z ogólnie wszem i wobec opiewanymi zasadami wolności każdej jednostki, którymi to Niemcy tak się chełpią. Dziś jednak nie o polityce, więc nad tą kwestią pochylać się dalej nie będę.
Podobną miłością jak sauny obdarzane są tzw. plaże FKK, czyli po prostu plaże nudystów. Jest ich w Niemczech stosunkowo sporo. Generalnie wydawać by się zatem mogło, że naszym zachodnim sąsiadom gołe pośladki obcych ludzi tak często obiły się o oczy, że ciężko ich zakłopotać. Okazuje się jednak, że tak prosta ta historia nie jest.
Jakiś czas temu znajomy był na imprezie integracyjnej swojej firmy. Około stu pracowników brało w niej udział. Odbywała się ona w brazylijskiej knajpie. Atmosfera była ponoć rewelacyjna do czasu występu tancerki ubranej na modłę tancerek z Hawajów. 2/3 towarzystwa miała rzekomo nie wiedzieć, gdzie podziać oczy podczas jej show. Nieswoja atmosfera osiągnęła apogeum, gdy jeden z kolegów należący do "niepruderyjnej" frakcji zaczął razem z występującą wykonywać taniec pod  tyczką bambusową. Znajomy zdający mi relację  z tego wydarzenia opowiedział, że po sali rozszedł się wówczas szept, jakoby zachowanie ich kolegi było nieprzyzwoite i skandaliczne. Ktoś miał wręcz opuścić salę oburzony, że ściągnięto go do nocnego klubu...

Mogę sobie doskonale wyobrazić daną imprezę. Region, w którym wylądowaliśmy w Niemczech jest w temacie seksu dziwny. Z jednej strony za żart z podtekstem można zostać zdzielonym przez łeb Biblią. Z drugiej strony masa tu bud kempingowych rozsianych przy drogach, gdzie prostytutki oferują swoje usługi. Muszę przy tym zaznaczyć, że pisząc "tu" mam na myśli północne Niemcy Zachodnie, we wschodnich rejonach kraju preferowane są ponoć agencje towarzyskie w murowanych przybytkach. Może upodobanie Niemców do agencji towarzyskich wynika z faktu, że według opublikiowanych w 2015 roku badań w Niemczech co czwarta para z dziećmi nie uprawia seksu nawet raz na miesiąc?

Tak się składa, że w trakcie pisania tego posta sprzed naszych okien wycięto drzewa na życzenie właściciela działki nieopodal. Były to przepiękne drzewa. Latem cieszyły nas zielenią, a zimą, gdy spadł śnieg, tworzyły bajeczny krajobraz. Teraz widzimy domki, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. (To tyle w nawiązaniu do ustawy "Lex Szyszko", gdzie powoływano się min. na przepisy obowiązujące w Niemczech. Moim osobistym zdaniem są one do d... i teraz nie wiem, do kogo się zwrócić o odszkodowanie za popsucie nam widoku z okna:(((

Tych drzew już nie ma:((( Chlip, chlip

Skoro już nie ma drzew i śpiewających w nich ptaków, to przynajmniej wieczorami lubimy sobie popatrzeć na gwiazdy. Typowo dla regionów protestanckich  mało kto zawiesza w oknach firanki i tym sposobem w wyniku obserwacji gwiazd staliśmy się też niechcącymi świadkami życia seksualnego naszych sąsiadów... Powiem tylko tyle: każdy piątek o 22:00, 7 minut według tego samego schematu. Jeśli jest to model większości par przynajmniej naszego regionu, to chyba zaczynam rozumieć obecność tych bud kempingowych...
Prostytucja jest w Niemczech legalna. Tutejsze prawo uznaje także pary homoseksualne i zezwala im na ślub (od 01.06.2016 w lanadach Berlin, Brandenburgia oraz we Wschodniej Saksonii kościół ewangelicki dopuścił dla nich także możliwość ślubu kościelnego). Znam nauczyciela filozofii i etyki, który żyje wspólnie z księdzem kościoła ewangelickiego. Wiedza o jego orientacji i związku jest powszechnie znana, i nie stanowi powodu do jego dyskryminacji. Trzymający się za ręce mężczyźni na ulicy także nie wzbudzają jakiejś chorej ciekawości. A jednak, gdy przejść do statystyk odnośnie akceptacji społeczeństwa niemieckiego dla związków homoseksualnych na jaw wychodzi pewien rozdźwięk. Najnowsze wyniki badań ogłoszone w styczniu tego roku przez Antidiskriminierungsstelle des Bundes (urząd do walki z przejawami dyskryminacji przy Parlamencie Niemieckim) ponownie pokazały, że tylko na pierwszy rzut oka ogromna większość Niemców (aż 83% badanych) wyraża pełną akceptację dla osób o orientacji homoseksualnej. Bardziej szczegółowe pytania wykazały już, że 40% pytanych miałoby ogromny problem z homoseksualną orientacją swojego dziecka. Dalej okazało się, że 26% badanych nie chce mieć z tematem homoseksualności nic tudzież możliwie mało wspólnego... Owe niekompatybilne ze sobą liczby zdaje się potwierdzać fakt, że w samym roku 2016 do wyżej wspomnianego urzędu zgłoszono 800 przypadków dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej. A to odmówiono parze kobiet wynajmu mieszkania, a to nie przyjęto innej osoby do pracy ze wskazaniem na jej preferencje seksualne.
Ale nie tylko pary seksualne potrafią budzić zgorszenie. Chodzę regularnie na basen i raz miałam okazję wysłuchać dość kuriozalnej rozmowy kilku uczniów ok. 6 klasy. Będąc w różnych kabinach przebieralni próbowali dojść do tego, gdzie który z nich się znajduje:
uczeń A: Gdzie jesteś?
uczeń B: W kabinie D.
uczeń C: Niemożliwe, bo w kabinie D to ja jestem.
uczeń A: Do kabiny obok mojej wszedł pan i taka pani, żeby się przebrać.
uczniowie B i D: Opowiadanie sprośnych rzeczy jest zakazane!!!
W tym  momencie nadstawiłam mocniej ucha.
uczeń A: Ale jakich sprośnych?!
uczeń D: Pani XY mówiła nam przecież, że kiedy pan i pani są razem, to jest to sprośne!
"Boże, co opowiadają tym dzieciom w tutaj w szkole?!" pomyślałam sobie tylko.

Mimo całej zaobserwowanej pruderyjności społeczeństwo niemieckie ma za sobą dyskusje, o których w Polsce możemy tylko pomarzyć. Jedną z nich wywołał wyjątkowo dziwny akt seksualny odbyty w 2001 roku przez dwóch mężczyzn. Jeden z nich (Armin Meiwes) był sadystą, drugi (Bernd Brandes) masochistą. Meiwes miał ciągoty kanibalistyczne, Brandes marzył o byciu zjedzonym i opublikował w internecie ogłoszenie, w którym poszukiwał osoby gotowej na zrealizowanie jego fantazji. Odpowiedział  na nią Meiwes. Obydwaj mężczyźnie uzgodnili wszystkie szczegóły, podobno spisali nawet umowę (nie udało mi się jednak do jej treści dokopać), po czym umówili się na swoje tête-à-tête, podczas której ich znajomość została w dosłownym tego słowa znaczeniu skonsumowana.
Przypadek ten wstrząsnął tutejszą opinią publiczną. Meiwes, dziś określany mianem kanibala z Rotenburga, został skazany najpierw na 8,5 lat więzienia, po czym pół roku później jego czyn zakwalifikowano inaczej i wyrok podniesiono na 15 lat. W tym roku Meiwes powinien opuścić mury więzienia. Niemniej to nie sama dziwaczna randka, a ostatnie słowa Meiwsa po ogłoszeniu pierwszego wyroku dały napęd do dyskusji poruszającej niezwykle wiele aspektów życia jednostki w społeczeństwie i narzuconych jej ograniczeń. "To skandal, że ludziom jest zabronione, by pozwolić się zjeść." tak kanibal z Rotenburga skwitował decyzję sądu. Przez kraj przelały się fale rozmów nt. równości praw obywateli. Skoro homoseksualiści mają prawo do wspólnego życia, to dlaczego ludzie o innych preferencjach nie mogą mieć prawa zrealizować swoich fantazji, o ile nie czynią tego wbrew woli jednej ze stron układu. W przypadku Meiwsa i Brandesa chodziło ostatecznie o dwóch dorosłych mężczyzn o upodobaniach homoseksualnych i dość ekstremalnych ciągotach sadystyczno-masochistycznych, którzy wiedzieli na co się decydują. Marzenie Brandesa o śmierci poprzez zjedzenie to jednak nie tylko temat na dyskusję o dopuszczalnych w życiu społecznym marzeniach seksulanych. Bo dlaczego pragnienie śmierci wywołane popędem seksualnym miałoby być większej wagi aniżeli pragnienie eutanazji przez starego, czy też ciężko cierpiącego człowieka i na odwrót? 

W każdym kraju znajdą się ludzie o upodobaniach i fantazjach seksualnych uznawanych przez większą część społeczeństwa za nietypowe. Jednak nie każdy kraj był i jest gotów na tak kontrowersyjne debaty publiczne. W tej kwestii Niemcy okazali się dostatecznie otwarci, by to zrobić. Oczywiście zjadanie ludzi jest u sąsiadów za Odrą ciągle niedopuszczone przez tamtejsze prawo, podobnie jak eutanazja. Dopuszczona jest natomiast aborcja (ścieżkę do obecnego prawa opisałam tutaj: http://sbundowani.blogspot.com/2016/04/fanatyzm-i-kobiece-majtki.html). 
Ostatnio pod debatę publiczną poddano kolejny temat: o faktycznym równouprawnieniu kobiet w Niemczech. Wywołała ją Nora Bossong, autorka książki "Rotlicht" ["Czerwone świała"], wygłaszając opinię, że w dzisiejszych Niemczech kobieta może być kanclerzem, znanym naukowcem, biznesswomen, ale w branży erotycznej jest nadal tylko przedmiotem. Do takiego wniosku doszła na podstawie swoich obserwacji świata płatnej miłości. Jej reportaż wpisuje się w trend  opublikowanych w ostatnim czasie książek, które odsłaniają kulisy najstarszego zawodu na świecie na gruncie  niemieckim. Wyłania się z nich dość spójny obraz klientów przybytków rozpusty w  Niemczech: lubiący pokazać władzę manifestowaną min. przez coraz bardziej absurdalne życzenia... Bossong stawia w swojej książce pytanie, dlaczego dzielnice czerwonych latarnii są nastawione tylko na męskich klientów? Jednocześnie w wywiadzie dla "Kulturzeit" na Sat 3 Bossong uderzyła na alarm, by społeczeństwo nie odwracało oczu od problemu, bo "to nasi sąsiedzi, przykładni mężowie i ojcowie, którzy w domach publicznych pokazują zupełnie inne, czasami dość brutalne oblicze". Bossong podkreśla ciężką sytuację kobiet zarabiających swoim ciałem.  Większość prostytutek, jakie spotkała zbierając materiały, to obcokrajowczynie, które do tego zawodu pchnęło nienajlepsze położenie materialne. Niemieckie prostytutki mają należeć do wyjątków. I tu zahaczamy o kolejny temat, o którym się co jakiś czas w Niemczech mówi: o moralności Niemców, którym ich dobre położenie materialne pozwala na manifestowanie swojej władzy w sferze seksu, poczynając od wizyt w przybytkach rozpusty w swoim kraju, a kończąc na eskapadach do Tajlandii dla zabawy z tamtejszymi dziewczętami. Bo jakby tak się uczciwie przyjrzeć, to wydarzenia, jakie miały w Sylwestra 2015/2016 w Kolonii wywołały ogromną złość opinii publicznej na męską część uchodźców, a okazuje się, że niemieccy mężczyźni wcale nie lepiej się zachowują za drzwiami pokojów prostytutek. Czy fakt, że płacą im za spożytkowanie ich ciała daje im prawo na przedmiotowe traktowanie tych kobiet?
Tylko, czy niemieccy mężczyźni są faktycznie bardziej władczy w stosunku do kobiet, którym za seks pacą aniżeli mężczyźni innych narodowości? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Być może emancypacja w wydaniu niemieckim, (o której pisałam tutaj: (http://sbundowani.blogspot.com/2016/03/dzien-kobiet-w-niemczech-czyli-o-tym.html) spowodowała, że pewna grupa Niemców szuka wentylu dla swojej sfrustrownej męskości właśnie w taki, a nie inny sposób. A może faktycznie pieniądz pełni rolę swoistego afrodyzjaka. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż ma inne wyjaśnienie. Jego zdaniem w dzisiejszych Niemczech pokutuje społeczny model byłych Niemiec Zachodnich. W Niemczech Wschodnich plaże FKK były niezwykle popularne. W Niemczech Zachodnich nagość i rozmowy o seksie były tematem tabu. W tamtejszym społeczeństwie burżuazyjnym liczyła się piękna fasada, za którą mieszkała przykładowa rodzina. Upust swoim fantazjom dawało się gdzie indziej. Niemcy Wschodni byli w tej kwestii mniej pruderyjni. Zdaje się to potwierdzać znana mi literatura. Po upadku muru berlińskiego model zachodni przelał się na wschodnią część Niemiec. Na ten temat jednak się nie rozmawia. Znaczyłoby to bowiem postawienie w wątpliwość morali byłych Niemiec Zachodnich i to w porównaniu z byłym NRD(!), a do tej rozmowy społeczeństwo niemieckie jeszcze nie dorosło.

27 lutego 2017

Niemiecki karnawał




Weiberfastnacht, tak nazywa się w Niemczech ostatni czwartek karnawału, aczkolwiek trzeba tutaj nadmienić, że nie w całym kraju dzień ten, jak i sam karnawał jest świętowany podobnie. Podczas, gdy w katolickich regionach u naszego zachodniego sąsiada okres pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Wielkim Postem jest podobnie jak u nas czasem zabawy, to na obszarach zdominowanych przez protestantyzm nie obserwuje się już takiego szaleństwa.
Niemieckim „centrum karanawałowym” jest land Nadrenia – Westfalia, za stolicę obchodów uchodzi zaś Kolonia.  Ostatni czwartek karnawału to dzień królowania kobiet. Panowie kryjcie się tego dnia, bowiem uzbrojone w nożyczki panie bezkarnie obcinają każdemu napotkanemu mężczyźnie krawat – symbol władzy, którym to aktem ofiara jest jej pozbawiana. Ale gra tego dnia toczy się tak naprawdę o większą stawkę. Punktualnie o godzinie 11:11 tysiące kobiet w wielobarwnych kostiumach szturmuje drzwi ratuszy w Düsseldorfie, Bonn, Kolonii, Moguncji oraz w innych niemieckich miastach, by obciąć krawaty urzędnikom i otrzymać symboliczny klucz do bram miasta. Po tak przeprowadzonej akcji rządy nad miastem przechodzą w ręce pań!


Dlaczego atak na obiekty władzy rozpoczyna się dokładnie o tak dziwnej godzinie? Ano zdziwicie się mocno, ale w Nadrenii – Westfalii Karnawał zaczyna się jeszcze przed... Adwentem. Co roku 11 listopada o 11:11 ogłaszane jest rozpoczęcie „Piątej Pory Roku”, czyli Karnawału! Napisałam w Nadrenii – Westfalii, ale gdy mieszkałam w Berlinie, to moja dobra znajoma nakupowała dla mnie 11 listopada łakoci (pączków i faworków, czyli tych smakołyków, które my pałaszujemy w Tłusty Czwartek) z racji rozpoczęcia karnawału:) Ta nietypowa dla nas data rozpoczęcia okresu największego w ciągu całego roku szaleństwa wywodzi się to stąd, że po ustaleniu w 354 roku daty świętowania narodzin Chrystusa przewidziano również okres postu mający być czasem oczekiwania na to radosne wydarzenie. Podobnie jak w przypadku postu przed uroczystościami Wielkiej Nocy miał być to okres, w którym obowiązywał zakaz spożywania mięsa. Należało więc najeść się go wcześniej do syta (od czego to wywodzi się nazwa Karnawału: z włoskiego carne vale -  pożegnanie mięsa). Tak miał narodzić się tzw. Mały Karnawał. Świętuje się go 11.11, a po tej aczkolwiek krótkiej, alej obfitej inauguracji rozpoczyna się okres oczekiwania na Boże Narodzenie. Sam Adwent zaczyna się jednak często później. Skąd zatem to przywiązanie do 11? Już w średniowieczu liczba ta symbolizowała „żart” oraz „błazenadę”.


Powszechne szaleństwo rozpoczyna Święto Trzech Króli (06.01). Wcześniej praktykowano w Niemczech jeszcze tradycję, która dziś jest tam praktycznie zapomniana. Dzień przed 6. stycznia spożywano tzw. ciasto królewskie, które zawierało jedno ziarenko fasoli, lub bobu. Jego znalazcę w nagrodę koronowano na „fasolowego króla”, ale nie tylko ten zaszczyt był jego udziałem. Nowo obrany król był zobowiązany  do zorganizowania balu maskowego.
Punkt kulminacyjny karnawału przypada na jego ostatni tydzień. Wówczas dni tygodnia noszą imiona kwiatów: Goździkowa Sobota, Tulipanowa Niedziela, Różany Poniedziałek, Fiołkowy Wtorek. Od soboty do poniedziałku odbywają się zabawy uliczne, ale najważniejszy i najbardziej uroczysty jest poniedziałkowy pochód karnawałowy szczególnie celebrowany w Kolonii. Miasto to jest stolicą niemieckiego Karnawału. Z tej okazji wielu pracodawców w Nadrenii-Westfalii daje swoim pracownikom wolne, mimo że nie jest to ustanowione ustawowo. Takich przywilejów nie mają mieszkańcy stolicy Karnawału w Niemczech Północnych: Brunszwiku. Tutaj wielka feta uliczna jest organizowana w Tulipanową Niedzielę i w tym roku uparłam się, by pojechać i przeżyć  ją na żywo. Już od kilku lat miałam ochotę na szaleństwo karnawałowe w Kolonii, ale ponieważ Różany Poniedziałek nie jest w naszym landzie dniem wolnym, toteż zawsze był problem z realizacją tych ciągot. Postanowiłam zatem zadowolić się imprezą uliczną o mniejszej skali, ale jakby nie było stanowiącym pożegnanie Karnawału na niemiecką modłę.
Czy Kolonia, czy Brunszwik, w korowodach ulicznych bierze udział pełno ludzi. Na platformach prezentują się przebierańcy, którzy tańczą, śpiewają, wygłupiają się i rzucają do stojących gapiów cukierki. Mniam, mniam:) Z tych ostatnich cieszą się szczególnie dzieci.





Ponieważ jest to czas, gdy wszystko jest dozwolone, można się zatem pośmiać także z władzy. Kostiumami są często ogromne, zakładane na całe sylwetki maski, które w sposób karykaturalny przedstawiają polityków i komentują wydarzenia polityczne z ostatniego roku. Kolonia ma szczególnie długą historię w karnawałowych wystąpieniach politycznych. Jednym z tych, które wyjątkowo zapisało się w pamięci było wystąpienie w latach 30-tych Przewodniczącego Komitetu Kolońskiego Karnawału, który w swoim przemówieniu otwierającym uroczystości nawiązał do obozu koncentracyjnego w Dachau. Za te słowa został aresztowany przez nazistów.
W 2015 w ramach wewnętrznej cenzury zastopowano budowę platformy nawiązującej do ataku terrorystycznego na "Charlie Hebdo". Wywołało to spore oburzenie. W prasie można było znaleźć komentarze, że atak na redakcję francuskiego czasopisma był atakiem na ludzi głoszących wolność słowa. Za skandal uznano zastopowanie tej wolności podczas kolońskiego karnwału, gdzie "wolność błaznów to najważniejsze prawo". Nie są to jedyne historie zza kulis wielkiej nadreńskiej fety. Były już przypadki postawienia artystów projektujących platformy przed sądem za znieważenie i obrazę. Panuje jednak ogólne przekonanie, że kto nie umie krytycznie spojrzeć na pewne kwestie i nie umie śmiać się z siebie, nie umie się bawić.
W tym roku można spodziewać się w Kolonii karykatur Trumpa oraz nawiązania do Brexitu. Ale i w Brunszwiku pojawiły się tu i tam motywy inspirowane dzisiejszą sytuacją polityczną na świecie.


O tak, Niemcy potrafią się zabawić! Natomiast co może dziwić, to fakt, że we wtorek (czyli w polskie Ostatki – najważniejszy dzień Karnawału u nas) w niektórych miejscowościach nasi zachodni sąsiedzi odsypiają poniedziałkowe szaleństwo i powoli przygotowują się do nadchodzącego Wielkiego Postu, podczas gdy my przebieramy się, chodzimy po domach, albo bawimy się na balach. Niezależnie gdzie, życzę Wam szałowej końcówki karnawału:)!

19 lutego 2017

Sprzęt komputerowy marki Terra

Wyobraźcie sobie, że siadł Wam laptop/komputer/tablet i musicie szybko kupić nowy. Dokąd lecicie? Część z Was zacznie rozglądać się za nowym sprzętem w internecie, część poleci do Media Marktu, albo do Saturna, chyba do mniejszości będą należeli ci, którzy udaliby się do specjalistycznego sklepu komputerowego. A jakie marki przychodzą Wam do głowy? Podejrzewam, że podobne, jakie i mi przychodzą na myśl, gdy sobie myślę o polskim rynku i jeśli się nie mylę, to mało kto z Was pomyślał o marce Terra. 

Nie jestem technofilem ani gadżeciarą. Nie śledzę wszystkich nowinek jakie pojawiają się na rynku komputerowym, ale za sprawą znajomych w Niemczech, dla których komputery to spora część ich życia dowiedziałam się o marce Terra. Jest ona słabo znana w Polsce i chyba szkoda, bo obserwując na przykładzie wspomnianych znajomych, jakie usługi marka ta swoim użytkownikom oferuje, byłam naprawdę pod wrażeniem. 
Bajka zaczyna się już w chwili zamówienia. Nie trzeba tracić czasu na łażenie po sklepach, wybieranie odpowiedniego modelu. Wystarczy telefon do producenta, albo do współpracującego z nim przedstawiciela, gdzie poza podstawową opcją zamówienia wybranego modelu potencjalny nabywca może wybrać opcję dopasowania sprzętu pod jego potrzeby. W takim wypadku opowiada on o swoich "zwyczajach komputerowych", tzn. w jakim celu dany sprzęt potrzebuje, jak go planuje używać, jakie procesy najczęściej przeprowadza i na podstawie uzyskanych infomacji pracownicy przygotowują najpierw kosztorys, a po jego akceptacji składają urządzenie odpowiadające potrzebom klienta, po czym dostarczają je do domu zamawiającego. Sprzęt jest oczywiście objęty na początku swojego działania gwarancją i jeśli w okresie jej trwania dojdzie do jakiegokolwiek problemu, to firma albo wysyła fachowca, który u klienta sprawdzi zareklamowany sprzęt, albo wysyła kuriera, który odbierze urządzenie z usterką i po jego sprawdzeniu/naprawie/wymianie u producenta ponownie dostarczy klientowi. Istnieje jednak jeszcze możliwość podjęcia innych kroków w razie problemów z zakupionym urządzeniem. Zarówno producent jak i jego przedstawiciel ma możliwość połączenia się z komputerem klienta i sprawdzenia z odległości, jakiego typu usterka wystąpiła (jeśli już do tego doszło, bo inny znajomy informatyk twierzi, że sprzęt tej marki jest mało awaryjny). Właśnie świadkiem takiej akcji byłam, gdy podczas odwiedzin u znajomego jego laptop wydał z siebie skrzekliwy dźwięk i się wyłączył. Po jego ponownym uruchomieniu znajomy zadzwonił do swojego punktu obsługi, gdzie przy pomocy specjalnego programu zezwolił jego pracownikowi na połączenie się ze swoim sprzętem. Wszystko trwało zaledwie 5 min. W tym czasie ustalono, że awaria wystąpiła w efekcie problemu z zasilaniem. Jeśli coś takiego się jeszcze raz powtórzy producent wymieni całą płytę główną. 



Może nie opowiadam Wam tu żadnych cudów i się pod nosem podśmiewacie, że mi szczęka opadła będąc świadkiem tego zdarzenia, ale osobiście nie miałam przyjemności doświadczyć serwisu na takim poziomie od żadnej firmy w Polsce sprzedającej sprzęt komputerowy. Nawet jak miałam do czegoś prawo w ramach gwarancji, to musiałam się wlec z moim laptopem do odpowiedniego punktu i zostawić go tam na jeden, dwa dni do sprawdzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że komputer potrzebuję do pracy takie rozwiązanie stanowiło dla mnie sporą niewygodę. 
Wszystko ma swoją cenę powiecie. Sprzęt z takim serwisem też. I chyba tu Was zaskoczę, bowiem znajomy zamówił spersonalizowanego laptopa, czyli został on dopasowany do jego indywidualnych potrzeb, w ramach których miał jakieś specjalne życzenie odnośnie karty graficznej i zapłacił w ostatecznym rozrachunku za niego razem z podstawowym pakietem Windows oraz programem antywirusowym 450 EUR. Gdy to wszystko usłyszałam, stwierdziłam, że muszę się z Wami podzielić tymi informacjami. Jeśli kiedyś będziecie potrzebowali kupić sprzęt komputerowy, to może warto wziąć pod uwagę markę Terra firmy Wortmann AG, obecnie największego niezależnego producenta komputerów w Europie. Firma poza Niemcami posiada swoje oddziały również w Austrii, Francji, Holandii, Szwajcarii, Turcji oraz Wielkiej Brytanii, a od zeszłego roku także i w Polsce.


Pragnę zaznaczyć, że za napisanie dzisiejszego postu nikt mi nie zapłacił. Chciałam się z własnej dobrowolnej woli podzielić się z Wami informacją, która może okazać się przydatna.

1 lutego 2017

Najcudowniejszy prezent

Stęskniliście się? Trochę mnie nie było, ale ostatni czas obfitował w masę wydarzeń. Ciężko uwierzyć, że przed miesiącem świętowaliśmy nadejście Nowego Roku. Osobiście mam wrażenie, że od tego czasu co najmniej trzy miesiące upłynęły. Ale nie, dopiero co szukaliśmy upominków pod choinkę, a już głowimy się, co podarować naszym drugim połówkom na Walentynki. I właśnie tematowi prezentów chcę poświęcić mój dzisiejszy post, jako że na Gwiazdkę dostaliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem dwa najcudowniejsze podarunki, jakie tylko można sobie wymarzyć. Prezenty, na temat których można by było nakręcić kiczowatą amerykańską szmirę świąteczną:) Ale po kolei. 

W czasach socjalizmu moja ciocia pracowała przez krótki czas w Berlinie i do dziś wspomina, że to właśnie sąsiedzi zza Odry nauczyli ją dawać. Nie to, że by była wcześniej skąpa. Co to, to nie! Ale Niemcy mieli jej pokazać, jak wczuć się w drugą osobę, jak sprawić jej podarunkiem maksimum frajdy i czasem nie urazić hojnością oraz jak cieszyć się, jakby samemu było się obdarowanym. I muszę przyznać, coś w tym jest. Niemcy zazwyczaj potrafią dawać. Napisałam "zazwyczaj", bo w za Odrą dostałam zarówno najgorszy jak i najcudowniejszy prezent w moim dotychczasowym życiu.

Najgorszy prezent zafundowali nam koledzy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Był to ich "prezent ślubny". Dla ilu osób Waszym zdaniem taki prezent powinien być przeznaczony? Albo inaczej: dla kogo powinien być? Każdy normalnie myślący człowiek odpowie, że dla Młodej Pary. Koledzy męża okazali się być inaczej rozumującymi. Kupili prezent tylko dla jednej osoby: dla Pana Młodego. Jeden z nich miał ochotę na zabawę w paintballa w ramach wycieczki integracyjnej całego zespołu i z tej okazji podarowali "nam" na ślub kupon na tą grę dla JEDNEJ osoby... Nie miałabym żadnych wątów, gdyby prezent nazwali nie ślubnym, a "spóźnionym kawalerskim", ale wyłączenie mnie z mojego własnego święta muszę przyznać, że mnie i wkurzyło, i zabolało. Zwłaszcza, że sama bym chętnie polatała po lesie nawalając innych kolorowymi kulkami. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż tak kijowego prezentu ślubnego nie przyjął, czego pomysłodawca i obdarowujący nie mogli zbytnio zrozumieć...
Jestem pojętną istotą i w myśl zasady: "jeśli wszedłeś między wrony, to kracz jak i one" przyłożyłam niezwykłą uwagę do tego, aby na urodziny pomysłodawcy "ślubnego prezentu" kupić mu coś, co sprawi mu równie dużo radochy:))) Facet jest singlem i prezent dla niego postanowiłam wybrać w sex shopie. Lepszego pomysłu mieć nie mogłam! W odwiedzonym sklepie znalazłam nadmuchiwaną owcę z otworem z tyłu. Dołączyłam do niej kartkę, że w przeciwieństwie do niego wiem, iż najwięcej frajdy sprawiają prezenty, którymi można cieszyć się we dwójkę, dlatego też podarowuję mu gotową na wszystko damę... 




I niech się schowają ci, co twierdzą, że zemsta nie jest słodka:))) Poza ubawem, jaki miałam, zyskałam... respekt obdarowanego, jako że w naszym pruderyjnym regionie na taki gest mało kto (jeśli w ogóle) miałby odwagę się zdobyć. Jego szacunek wisi mi i powiewa, ważniejsze było, że koleś i współwinni załapali w końcu, jaką gafę popełnili i raczej już w przypadku innych nowożeńców mocniej się zatanowią, czym ich uszczęśliwić. 
To tyle byłoby w temacie "najgorszego prezentu ever". Przejdźmy do przyjemniejszej części artykułu:) Jadąc na ostatnie Boże Narodzenie do Polski mieliśmy na autostradzie wypadek. Zderzenie z tirem. Z naszego samochodu został złom. Wiem, wiem - ta milsza część historii zaczyna się dość mrocznie:( Ale właśnie w tym momencie los podarował nam na święta najcudowniejszy możliwy prezent -  z wypadku wyszliśmy cało:))) Ja z jednym ledwo widocznym siniakiem (obecnie po zjeżdżaniu na sankach jestem gorzej poobijana...). Gdy sobie pomyślę, że po wypadku rowerowym, jaki miałam kilka lat temu potrzebowałam 14 miesięcy rehabilitacji, żeby odzyskać pełen zakres ruchomości nogi, to brak mi słów, aby opisać naszą radość z faktu, iż ze zderzenia z ilomaś tonami wyszliśmy bez uszczerbku. Sami przyznacie, że dostać taki prezent na święta, to bajka! Ale to nie koniec historii.



Nasza opowieść świąteczna skończyłaby się na tym etapie podróży, gdyby nie cudowna ciocia Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża. Gdy tylko usłyszała, co nam się przytrafiło (a było to w okolicach godziny 17:00), poruszyła wszystkie znane jej sznurki, aby do kolejnego ranka znaleźć samochód, którym moglibyśmy kontynuować podróż. I faktycznie następnego dnia zaprezentowano nam w zaprzyjaźnionym salonie samochodowym trzy używane wozy. Tylko kto jedzie na urlop z papierami potwierdzającymi jego zdolność kredytową? Obrotna ciocia pomyślała i o tym. Tak naprawdę, to ja nawet nie wiem, jak ona to wszystko ogarnęła. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem chodziliśmy dzień po wypadku jak dwie otumanione kukły. Mało co do nas docierało i prawie zasypialiśmy, gdzie tylko usiedliśmy. Wiem, że musieliśmy podpisać umowę, a z bankiem salon skontaktował się telefonicznie. Potem zostały tylko już takie formalności, jak kontrola emisji spalin, kontrola techniczna i ponowne dopuszczenie do ruchu, rejestracja, zmiana opon z letnich na zimowe, załatwienie ubezpieczenia oraz wszelkich formalności koniecznych na otrzymanie zgody, aby samochód mógł wyjechać poza granice Niemiec. Aby było ciekawiej, to różne rzeczy należało załatwić w dwóch różnych miastach i tu znowu ciocia podjęła się na jeżdżenie wte i wewte, aby tylko wygrać z czasem.  Cztery godziny. Tylko tyle trwało załatwienie wszystkiego! Pracownik salonu pościągał ludzi z urlopów, żebyśmy jak najszybciej mogli wyjechać. W końcu mogłam zobaczyć, co Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał na myśli powtarzając mi po wszystkich kontaktach z nieudacznymi usługodawcami, że "to Niemcy Zachodnie, we Wschodnich ludzie na rzęsach stają, żeby wykonać jak  najlepiej zlecenie". Właściwie gdyby nie poświęcenie wszystkich wokoło, to byśmy o dalszej drodze w ogóle nie myśleli, ale moja niemiecka ciocia wie, jak ważnym dniem w polskiej kulturze jest Wigilia i jak nasi bliscy nad Wisłą cieszyli się na spędzenie tego dnia z nami. Koniecznie chciała podarować im naszą obecność. To jej upór siłą wyciągnął nas z otępienia, w jakie wpadliśmy po wypadku. I to za jej sprawą (oraz cudownych pracowników znalezionego przez nią salonu) mimo wszystko zdążyliśmy na  wieczerzę wigilijną do Polski. Dopiero, gdy zasiadaliśmy do wspólnego stołu zaczęło do mnie docierać, jaki prezent ciocia nam i rodzinie z mojej strony sprawiła. Mimo swojego już też zaawansowego wieku i problemów zdrowotnych spięła wszystkie swoje siły, aby dokonać czegoś, co praktycznie było niemożliwe. A wszystko po to, żeby moja chora matka w Wigilię mogła zobaczyć swoje dzieci. Takiego prezentu nie dostaje się na co dzień i stwierdziłam, że najlepszym podziękowaniem jest opowiedzenie o nim. Niemcy naprawdę potrafią dawać z głębi serca:)


24 grudnia 2016

WESOŁYCH ŚWIĄT


Wszystkim czytelnikom życzę radosnych świąt spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Cieszcie się każdą chwilą i bliskimi. Niech i Was dotknie magia, jaką i my w tym roku zostaliśmy obdarowani. Ale to już historia na osobny post.

20 grudnia 2016

Ofiarom ataku w Berlinie

I stało się. To o czym pisałam latem (http://sbundowani.blogspot.de/2016/07/to-juz-nie-jest-pytanie-czy-tylko-kiedy.html), czego Niemcy obawiali się od miesięcy, a czego jednocześnie podświadomie oczekiwali stało się. Wydarzyło się w Berlinie, w miejscu będącą kwintesencją magicznego czasu adwentu u sąsiadów za Odrą.😭 Łączę się w bólu z rannymi i ofiarami rodzin, a zmarłym poświęcam minutę ciszy.


7 grudnia 2016

Ten cudowny grudzień!

Nadszedł mój ukochany czas w Niemczech. Grudzień! A wraz z nim magiczna atmosfera oczekiwaia na Gwiazdkę. Już w zeszłym roku pisałam Wam, że "jak świętować Boże Narodzenie to tylko w Polsce, ale czas adwentu najpiękniejszy jest w Niemczech". Znów można napić się grzańca, czy kakao z Cointreau na Weihnachtsmarkcie.




Znów w teatrach grają "Dziadka do orzechów" i "Christmas Vacation" Alana Ayckbourn'a,  znów z ciekawością czekamy na kolejny dzień, kiedy będziemy mogli sprawdzić, co skrywa dla nas skarpetka kalendarza adwentowego. Skoro już jesteśmy przy temacie, to dorobiliśmy się w międzyczasie sześciu kalendarzy adwentowych. I to wszystko w ciągu czterech lat… Zastanawiam się, jak nasze mieszkanie będzie wyglądało za kolejne cztery lata… 

Kalendarz adwentowy nr 3 trafił tego roku do naszego domu poniekąd za moją sprawą (aby dowiedzieć się, jakie kalenadarze noszą nr 1 i 2 musicie cofnąć do opowieści z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/druga-niedziela-adwentu.html).  Strasznie mi się spodobał pomysł wioski bożonarodzeniowej, ale na tyle mi rozsądku pozostało, że go nie kupiłam. W końcu byliśmy „wyposażeni”. Nieopatrznie jednak opowiedziałam o nim Najcudowniejszemu Pod Słońcem Mężowi, który zapragnął wioskę koniecznie mieć i tak  następnego dnia, gnana jego obawami, że za chwilę ją wykupią, poleciałam po nią do miasta. Chyba miał jednak rację, że się uparł, bo podświetlona wygląda niezwykle klimatycznie.

 
W rzeczywistości prezentuje się o wiele lepiej niż na każdym zdjęciu, jakie próbuję zrobić.


Kalendarz nr 4 powinien tak naprawdę nosić nr 1. Dostałam go kilka lat temu, gdy mieszkałam w Berlinie. Przyjaciel uznał, że jak już mam poznawać niemieckie tradycje, to porządnie, a nie
objadając się tanimi czekoladkami z kalendarza z Lidla i kupił mi poniższy nostalgiczny kalendarz:


Od tamtej pory towarzyszy mi każdego roku w grudniu:)

Kalendarz adwentowy nie musi jednak tylko wisieć gdzieś w domu. W temacie Bożego Narodzenia Niemcy przejawiają niesamowity spryt i tworzą akcesoria adwentowe na każdą sytuację. I tak wieniec adwentowy może towarzyszyć nam w pudełku od zapałek w podróży (w pudełku są cztery otwory, w które wkłada się świeczki urodzinowe i vuola!), a kalendarz w kieszeni od spodni. Takie właśnie kalendarze, które możemy zabrać ze sobą do pracy, to nasze kalendarze nr 5 i 6.

Mój:


i Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża:



Czas adwentu nie pozostawia obojętnym na jego uroki także naszego, zazwyczaj racjonalnego przyjaciela Guido,  który już ubieranie u niego drzewka ustanowił swoistego rodzaju tradycją (oto efekty naszej katorżniczej pracy:)



Moim osobistym faworytem była przyniesiona przez kogoś bombka w kształcie dzika...



I oczywiście znowu przy tej okazji obdarowywaliśmy się nawzajem bublami (pamiętacie jeszcze tą śmieszną niemiecką tradycję? Jeśli nie, to zostawiam Wam link, który pomoże Wam odświeżyć pamięć: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/z-jakiej-okazji-niemcy-daja-sobie-w.html)

Tym razem Guido po bolesnych doświadczeniach z roku poprzedniego, kiedy to nie tylko dostał mu się grat zdechłego komputera, ale i inne większe śmieci wylosowane i porzucone w jego mieszkaniu przez gości,  zarządził, że wielkość przytaszczonego chłamu nie może przekraczać rozmiarów damskiej torebki. I tym oto sposobem można było wejść w posiadanie min. tych cudownych przedmiotów:




 

My przynieśliśmy ze sobą kamionkowy kufel do piwa chyba jeszcze z czasów socjalizmu wzbogacony świecznikami z kamieni


oraz książki z fotografią aktu teoretycznie artystycznego, w praktyce już pornograficznego. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał ochotę na małą prowokację. Uparł się zobaczyć pruderyjne zgorszenie Wessis (sam jest Ossi). Coś w tym jest, że byli Niemcy Wschodni i Zachodni mają trochę inne podejście do tematu seksu.  To co dla Ossis  jest często normalną ludzką sprawą zdaje się być dla wielu Wessis tematem, przy którym uszy im czerwienieją. I faktycznie było wesoło, bo Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż się nie pomylił. Większość z wytypowanych osób wywracała oczami z oburzenia, ale jednocześnie każdy chciał sobie zdjęcia dokładnie obejrzeć. A największą zagadką wieczoru pozostało pytanie, kto te "świństwa" przyniósł, bo dla większego ubawu moja druga połowa zarządziła, że udajemy zielonych. Przyznaliśmy się zatem tylko do dwóch kamorów i kufla po piwie, którego nam odmówić nie można było, jako że widniał na nim jak byk napis "Żywiec Poland":))) I tym o to sposobem już drugi rok z rzędu udało nam się przynieść coś, co zyskało miano największego badziewia, z którym na koniec zabawy nikt nie chciał zostać w ręce. No cóż, padło na koleżankę niezwykle aktywnie działającą w kościele...

A coż za skarby nam się dostały?

Mi gaśnica (przynajmniej będziemy mieli do samochodu)


a Najcudowniejszemu  Pod Słońcem Mężowi zaprezentowany wyżej paskudny komplet kubeczków do jajek.


Najlepiej na interesie wyszedł gospodarz. Los wynagrodził mu ten zdechły komputer obdarowując go parą bamboszy. No co, do tej pory nie miał żadnych, a dywanu też nie posiada.



Niech mu się w nich wygodnie chodzi!


A jeśli Wy macie ochotę na mały spacer po niemieckim jarmarku bożonarodzeniowym, to zapraszam na wpis z zeszłego roku: http://sbundowani.blogspot.de/2015/12/weihnachtsmarkt.html


Pięknego grudnia, Kochani!