15 października 2017

Polak Rusek dwa bratanki

Czasami sobie myślę, że polityki powinno się zakazać. Pomysł w mojej głowie ożywa prawie zawsze, gdy mam do czynienia z Rosjanami. Już na studiach w Magdeburgu dość szybko stwierdziłam, że między nami Słowianami przebiega szczególna nić porozumienia. Z Niemcami tak łatwo nie było. Trzeba było się nieźle napocić i nagimnastykować, żeby zbudować sobie z nimi w
miarę przyjacielskie relacje. Z Rosjanami, Ukraińcami wystarczał nieraz jeden wspólnie spędzony wieczór i już stanowiliśmy paczkę ludzi, którzy i chętnie razem zabalowali, i sobie nawzajem w potrzebie pomagali. Atmosfera serdeczności zdychała tylko podczas politycznych i historycznych debat. Wtedy skakaliśmy sobie do oczu, gotowi je jeden drugiemu wydrapać. Najczęściej tworzył się wówczas obóz Polacy i Ukraińcy kontra Rosjanie. Gdy już jednak wypluliśmy na siebie nawzajem z całą zajadłością zgromadzoną w zaułkach naszego jestestwa żółć, na stole pojawiała się wódka, która miała w tym przypadku ochłodzić nasze temperamenty. Świat przestawał być na powrót czarno-biały, tylko mienił się tysiącem barw, a my razem śpiewaliśmy ballady... aż do kolejnej politycznej dysputy z wyrywaniem sobie włosów z głowy.

Rosyjskiego nauczyłam się w Niemczech za sprawą moich rosyjskojęzycznych kolegów. Za ich
sprawą także na nowo odkryłam znienawidzoną kaszę i odkopałam w szafie ołówkowe spódnice, na które jakoś przez kilka lat nie miałam ochoty. Oni zaś uczyli się ode mnie łączenia ciekawostek ze świata zachodniego z tymi typowymi dla świata Europy Wschodniej. Z sąsiadami ze wschodu życie zawsze nabiera wesołego posmaku i człowiek czuje się jakby był częścią jakiejś większej rodziny.

Pamiętam, gdy jako studentka zostałam spontanicznie zaproszona przez przyjaciela znajomego Ukraińca na urodzinowe grill party w miejskim parku. Owego przyjaciela właściwie nie znałam. Zaprosił mnie chyba tylko dlatego, że kolegowałam się z Żenią. Prezentu też nie miałam i za późno było, żeby coś kupić. Grzecznie zatem odmówiłam. Wracając jednak z biblioteki pomyślałam sobie, że złożyć życzenia przecież mogę. Nazrywałam po drodze kwiatków i wpadłam (w planach tylko na sekundę) na ową imprezę. Był 9 maja. Impreza urodzinowa polegała na śpiewaniu przez zgromadzonych Rosjan i Ukraińców pieśni wojennych. Gdy skończyłam składać życzenia solenizantowi i chciałam się taktownie oddalić, ten zatrzymał mnie „O niet, niet, maja darogaja. Ty jeszo niczewo nie pakuszala. Tak nielzja.” I już wepchnął w moją dłoń talerz z wielkim stekiem, a w drugą kieliszek wódki. Inni goście, którzy mnie jeszcze nie znali, szybko mnie obskoczyli. „A kak Twoj zawod?” „Kasia.” „Riebiata! Eto Kasia!”, a zaraz potem ryknęli tłumnie „Katiusza! Eto na Twoju czest!” i zaczęli śpiewać „Katiuszę”. Chyba pół miasta ich wtedy słyszało. To była jedna z fajniejszych imprez, na jakich kiedykolwiek byłam. Wróciłam o jakieś 4 nad ranem.

Gdzie bym się w Niemczech nie przeprowadziła, to natrafiam zawsze na Rosjan, Kazanów i Ukraińców. Pomagamy sobie bezinteresownie. Ale jeszcze innym fajnym aspektem ich obecności w tym kraju są rosyjskie sklepy. Jest w Niemczech wpawdzie sporo polskich sklepów, ale mam wrażenie, że te nie są rozmieszczone w aż tak gęstej sieci. W ostatnim miejscu zamieszkania do przybytku z polskim jadłem miałam 50 km. Rosyjski sklep zlokalizowany 1,5 km od naszego domu stanowił zatem nie tylko ratunek, gdy na przykład Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż nabrał ochoty na dobrą wódkę, ale był też takim małym kawałkiem ojczyzny na obczyźnie, bo obok zegara z Putinem i Miedwiediewem oraz rosyjskich matrioszek na półkach znaleźć można było polską kiełbasę, polskie kiszone ogórki (Niemcy produkują jakieś słodko-kwaśne paskudztwo, po którym człowiekowi tylko na wymioty się zbiera), polskie pierogi i co najważniejsze: POLSKI KEFIR. Brak polskiego kefiru był jednym z największych moich bolączek. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż znosił do domu przeróżne rodzaje kefiru, na które kręciłam tylko nosem. Wszystkie były stosunkowo wodniste i słodkie, a ja lubię, żeby był gęsty i kwaśny. Aż odnaleźliśmy rosyjski sklep, w którym na półkach stoi Krasnystaw. A obok, już wprawdzie rosyjskiej produkcji, ale jednak: twaróg. Niemcy tego produktu w swojej kuchni też nie znają.



Kolega z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża właśnie przechodzi tą samą ścieżkę, jaką ze mną przchodził mój małżonek. Jakiś czas temu poślubił Rosjankę, która teraz przyjechała żyć z nim w Niemczech. Ani on, ani sprzdawcy w sklepach nie rozumieli, o co jej chodzi, gdy pytając o twaróg, próbowała wyjaśnić co to jest: „Wie Pan, jak mleko się popsuje, to powstaje kefir, a gdy ten kefir się popsuje, to mamy twaróg.”. „To dlaczego chce Pani w ogóle coś takiego jeść??!!!” słyszała w odpowiedzi. Zrozumienie znalazła u mnie zaraz podczas pierwszego spotkania. Zaserwowałam jej i twaróg, i kiszone ogórki, do produkcji których nawet specjalnie ściągnęłam z polski gliniany garnek, i grzybki (Niemcy nie chodzą na grzyby), i oczywiście kefir. Ten ostatni stanowił także jej ogromną tęsknotę, toteż podzieliłam się z nią Klumpim – naszym bardzo ważnym członkiem rodziny, który dba o to, aby w naszej lodówce obok polskiego kefiru był jeszcze jego drugi gatunek. Klumpi to grzyb kaukaski, który obrabia nam mleko😊)) Jej mąż patrzył na nas wielkimi, niezrozumiałymi oczami, a dla nas od razu było jasne, że oto właśnie rodzi się fajna przyjaźń. Oczywiście podałam jej też od razu adres sklepu rosyjskiego.

Do tego sklepu lubię chodzić nie tylko ze względu na produkty, których nigdzie indziej nie dostanę. Będąc tam mam wrażenie, że czas cofnął się o ileś lat. Ogórki są krzywe i nierówne. Pietruszka wystawiona jak na rynku, a nie opakowana w celulozową folię, a sprzedawane tam róże są duże, kolorowe i pachną jak w ogródku.
Najbardziej jednak lubię dział z mydłem i powidłem. Można w nim kupić zmiotki, jak do chałup na wsi, fartuchy rodem z socjalizmu, kraciaste torby rynkowe, witki do bani, lalki wańki-wstańki, kiczowate wazy w kształcie ryby o złotych ustach itp., plastikowe myjki do pleców w barwach rosyjskich i czapki, jakie nosi się tylko w Rosji. 




Ekspedientki mają niejednokrotnie typowo socjalistyczny make-up i dziwnym trafem, gdy podchodzi Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zaczynają rozmowę po niemiecku, a gdy ja się pojawię przy kasie od pierwszego słowa rozmawiają ze mną po rosyjsku. Ha! Swój swego rozpozna😊.  
Po przeprowadzce  do Brunszwika Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rozpoznanie miasta zaczął od wyszukania polskiego i rosyjskiego sklepu, dokąd mnie zabrał w ramach "wycieczki-niespodzianki". Strasznie się cieszę, że mamy teraz niedaleko także polski sklep, ale uczciwie muszę przyznać, że te rosyjskie lepiej się sprawdzają jako antidotum na zły humor. 

29 września 2017

Przeprowadzka z bonusem





Noworoczne postanowienie z zeszłego roku udało się zrealizować po pewnym retuszu dopiero w tym roku. Niemniej udało się: przeprowadziliśmy się! I tak jesteśmy teraz dumnymi brunszwiczanami. No dobrze, czy tak dumnymi, to czas dopiero pokaże. Niemniej jak każda przeprowadzka do innego miasta jest to swoistego rodzaju nowy start: nowi ludzie, nowe otoczenie i wiąże się z nadzieją, że człowiek nie tylko się jakoś tam zadomowi, ale polubi miejsce swojego życia.
Poza uciążliwym pakowaniem i rozpakowaniem swojego dobytku przeprowadzki w Niemczech są dość miłe. Zwłaszcza te do innej miejscowości. 



W Polsce to żadna radocha. Zmiana zamieszkania wiąże się z wymianą całej garści dokumentów: dowodu, prawa jazdy. Trzeba odstać swoje w kolejkach składając wniosek o wydanie nowych, potem czeka się z miesiąc czasu na papiery, po które trzeba ponownie udać się do urzędu i aby wejść w ich posiadanie znowu pobawić się w kolejkowe czasy socjalizmu. W ogóle, gdy sobie pomyślę, ile spraw muszę podczas każdego swojego pobytu w Polsce ogarnąć i ile na to schodzi mi czasu, to mam wrażenie, że w naszym kraju obowiązują procedury rodem z epoki króla Ćwieczka. W Niemczech o wiele wymysłów, jakie serwują mi polskie urzędy nie muszę się w ogóle troszczyć, a jeśli już, to obowiązują procedury przyjazne dla obywatela. Kilka spraw urzędowych załatwiłam telefonicznie względnie emailowo. Nic dziwnego, że my Polacy jesteśmy narodem  męczenników. Wiecznie mamy coś do załatwienia, wiecznie trzeba gdzieś iść i wręcz nieustannie gonią nas jakieś sprawy. Słuchając ludzi w środkach komunikacji miejskiej mam wrażenie, że jesteśmy chronicznie zmęczeni i niewyrobieni. Nic dziwnego, skoro z masy prostych spraw robi się u nas wielkie mecyje. Mam już swoje osobiste podejrzenie, że u nas wymyśla się specjalnie czasochłonne procedury, co by za nudno nam nie było.  
W Niemczech państwo pozwala nabrać swoim obywatelom większego oddechu. Dotyczy to także formalności związanymi ze zmianą miejsca zamieszkania. Tamtejsze dowody osobiste są tak opracowane, że urzędnicy mogą bez problemu odkleić stary adres i nakleić nowy, przez nich wydrukowany i podstemplowany. Zniesiono także obowiązek przerejestrowywania samochodu, co oznacza, że numery rejestracyjne aut w Niemczech niekoniecznie są wyznacznikiem faktycznego zamieszkania ich właścicieli. Niemniej same wspomniane udogodnienia byłyby niewystarczające, by nazwać przeprowadzki miłymi. Rzecz tyczy się powitania nowego mieszkańca w swoich granicach administracyjnych.
W każdym mieście, w którym do tej pory przyszło mi żyć otrzymywałam "pakiet powitalny". Raz bogatszy, innym razem skromniejszy, ale zawsze był to miły upominek, który miał mi pomóc poznać "mój nowy dom".  Podobnie było i tym razem. Urzędniczka po zakończeniu wszelkich czynności związanych z przemeldowaniem wręczyła nam powitalną teczkę, a w niej list burmistrza miasta oraz przeróżne kupony na brunszwickie atrakcje:
1. bon na zwiedzanie miasta z przewodnikiem
2. bilet do teatru
3. wejściówkę do muzeum 
4. bilet na całodniowe darmowe przejazdy komunikacją miejską (aby zapoznać się z miastem)
5. kupon na wejście na basen
6. bon do Biblioteki Miejskiej



Przyznajcie sami - czyż to nie miłe? Miasto od samego początku stara się, żebyśmy się w nim możliwie szybko zadomowili. Zamiast ciągać nas w nieskończoność po odstraszających instytucjach, zadbano, abyśmy miło spędzili wolny czas w naszym nowym miejscu zamieszkania jednocześnie je lepiej poznając. Pomysł, który polskim urzędom z całego serca  proponuję skopiować. W końcu przy przeprowadzkach także obowiązuje zasada: "dobre wrażenie robi się tylko raz". Brunszwik zrobił na nas fantastyczne wrażenie:)


6 września 2017

Ach co to był za bal!

Ostatnio doszłam do wniosku, że z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem żyjemy niezgorzej jak prominenci, o których poczynaniach z lubością donoszą różne czasopisma. Ledwo przyjechałam do Polski, a w kiosku, do którego udałam się po dzienną dawkę wiadomości przywitały mnie okładki różnych czasopism nęcące potencjalnych kupujących obietnicą dostarczenia im informacji o tym, jak różne pary ze światka gwiazd  świętowały swoje rocznice ślubu. Choć zazwyczaj plotkarskie artykuły w ogóle mnie nie interesują, tym razem, wbrew mojej zwyczajowej obojętności, sięgnęłam po jedną z gazet i z lekką ciekawością zaczęłam ją wertować. A wszystko dlatego, że dopiero co my sami byliśmy po kolejnej nieprzeciętnej rocznicy ślubu.



Dla mnie i dla Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża ślub był wielkim świętem i to nie tylko w sferze życia osobistego. Jeśli czytaliście o nas serię artykułów w „Przyjaciółce”, to wiecie, że pobraliśmy się w 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. To mój wybranek zaproponował tą datę. Miał to być nasz hołd dla ofiar reżimu nazistowskiego i znak, że tam gdzie kiedyś panowała nienawiść może zapanować miłość. Takie nasze „Pamiętamy i niesiemy kaganek tej wiedzy dalej”.

Jako licencjonowana przewodniczka po Warszawie już przed laty zadbałam, by Andi poznał dobrze historię naszej stolicy. Płakał. Okazuje się bowiem, że to co dla nas jest oczywiste, nie jest takie dla wielu Niemców.  To smutne, ale wielu z nich nie wie, jaką gehennę podczas wojny przeszli także i Polacy. W niemieckiej przestrzeni publicznej mówi się głównie i prawie wyłącznie o tragedii żydowskiej. Co robiono z Polakami, Rosjanani, Białorusinami itd. ulega zapomnieniu tudzież wręcz w niektórych kręgach nigdy nie zostało wypowiedziane na głos.  Lukę tę nadrabiają jeszcze publikacje naukowe, ale jak to jest z takimi książkami – po nie sięgają nieliczni. Dlatego też Niemcy często nie są świadomi, jak wyglądało życie w okupowanej Europie Wschodniej poza murami getta. Skoncentrowanie się na holokauście spowodowało usunięcie innych ofiar reżimu nazistowskiego niejako w cień. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej sytuacji politycznej niebezpieczne jest pisanie tych słów. Jedni klasną w dłonie, że obecny rząd ma rację ruszając temat reparacji, inni mi zarzucą niezdrowe podgrzewanie już i tak nabrzmiałej atmosfery. Ja zaś czuję się tylko odpowiedzialna wobec przeszłych pokoleń, by ich historia nie uległa zapomnieniu. Przerażają mnie obserwacje zebrane na przestrzeni 13 lat życia zawodowego, niezależnie od poszczególnie panujących rządów. Toteż w mojej pracy na rzecz lepszego zrozumienia między Polską, a Niemcami dbałam zawsze o to, aby nadrobić braki w wiedzy historycznej Niemców. Bez licytacji cierpień, bez wytykania palcami. Po prostu staram się po części zapomnianym ofiarom oddać zasłużoną pamięć. 
Andi wiedział, jak ważnym dziełem życia jest dla mnie ta praca. Nie raz był świadkiem, jak podczas oprowadzań, czy też projektów historycznych pokazywałam jego rodakom zdjęcia zniszczonej Warszawy i jak tamci zamierali. Nie byli w stanie znaleźć słów. „To nam się zdawało, że Berlin był koszmarnie zniszczony.” - nie raz słyszałam. Po kilku tego typu sytuacjach Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż doszedł do wniosku,że gehenna krajów wschodnioeuropejskich w czasie drugiej wojny światowej została w Niemczech potraktowana po macoszemu i postanowił mi pomóc, by nie uległa całkowitemu zapomnieniu. I to on zaproponował datę ślubu. Od tej pory 01.08 nie jest dla mnie tylko dniem pamięci o naszej wielkiej narodowej tragedii, ale też dniem nadzieji, że miłość może znaleźć swoje miejsce nawet tam, gdzie kiedyś stały barykady.

Powązki. Nasza pierwsza rocznica ślubu. Zdjęcie: Kosma. Publikacja za zgodą redakcji czasopisma "Przyjaciółka"


Dlatego też każda rocznica ślubu jest dla nas czymś więcej niż tylko pamiątką dnia, w którym powiedzieliśmy sobie „tak”. Jest dla nas wielkim świętem i obchodząc ten dzień próbujemy podzielić sprawiedliwie czas na uczczenie ofiar wojny, oraz świętowanie naszego prywatnego szczęścia. Naszą pierwszą rocznicę udokumentowali dziennikarze „Przyjaciółki”. Spędziliśmy ją w Warszawie i rozpoczęliśmy od złożenia kwiatów na grobach powstańców. A potem pozwoliliśmy sobie na odrobinę przyjemności dla nas. W tym roku nie mogliśmy być 01.08 w Polsce, ale z oddali symbolicznie zapaliliśmy świeczkę ku pamięci poległych i zamordowanych, zaś nam zafundowaliśmy sobie niejako „inną wersję naszego ślubu”. Ta jednak nie mogła się odbyć dokładnie w dzień naszej rocznicy, a dopiero prawie trzy tygodnie później.

Pod koniec sierpnia w Berlinie odbył się 22-gi Bal Sukien Ślubnych. Ideą organizatorów było zorganizowanie uroczystości, która pozwoli małżokom poczuć się jeszcze raz jak nowożeńcy. 



To zwłaszcza oko puszczone do pań, które zyskują tym samym możliwość ponownego założenia sukni kupionej „na jeden dzień”. My wprawdzie przez nas bardzo nietypowy ślub mieliśmy okazję wystąpić już cztery razy w naszych ślubnych kreacjach, ale co tam! Raz się żyje, a pięć to taka ładna cyfra😊 Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rzucił kiedyś, że „właściwie, jak będziemy mieli kiedyś ochotę, to możemy przywdziać nasze ślubne stroje, zafundować sobie przejażdżkę dorożką oraz inne atrakcje i udawać, że to znowu nasz dzień ślubu”. Dlatego też, kiedy pewnego dnia jesienią 2016 trafiłam przypadkowo na jakiś program o dziewczynach, które wybierają dla siebie suknie ślubne, zastrzygłam uszami w chwili, gdy usłyszałam, że jedna z klientek salonu szuka sukni nie na swój ślub, tylko właśnie na taki bal. Wywiedziałam się wszystkiego i w tym roku w ramach prezentu na rocznicę naszego ślubu zaprosiłam moją drugą połówkę do Berlina – miasta, w którym się pobraliśmy - na Bal Sukien Ślubnych. Biorąc pod uwagę fakt, że w przeszłości na nasz wielki dzień zamiast wesela w tradycyjnym tego słowa znaczeniu zaplanowaliśmy zupełnie inne, niestandardowe atrakcje, teraz wreszcie po trzech latach od naszego ślubu wytańczyłam się w mojej sukni ślubnej. Bal otworzony został pokazem tańca, po którym tancerze zaprosili nas wszystkich do walca. 




Na parkiecie wirowały tylko „młode pary”. To właśnie fakt, że wszystkie panie miały tego dnia na sobie suknie ślubne tworzył niesamowitą oprawę i atmosferę całej uroczystości. 





 Był przepyszny bufet, dobre wino i wspaniały tort o 23:00. Królami balu było małżeństwo z 28-o letnim stażem. To oni mieli zaszczyt go pokroić.
Natomiast wszyscy z ogromną przjemnością patrzyliśmy, jak w tańcach szalała inna para. On w kilcie, ona w sukni dla nas już niemalże z innej epoki, bo z lat 90-tych. Przybyli, by uczcić 26 lat wspólnego życia. Dwie pary miały dokładnie w dniu balu swoje rocznice, znalazły się jeszcze dwie solenizantki, więc okazji do wznoszenia toastów była co niemiara, a mimo tego wszyscy goście byli tak samo ważni. Każda para była traktowana, jak ta jedyna, najważniejsza. To była niezapomniana noc i cudowna rocznica. Jeśli po tym artykule stwierdziliście, że też mielibyście ochotę na takie przeżycie, to Bal Sukien Ślubnych jest organizowany co roku w Berlinie, Dreźnie, Frankfurcie i Wiedniu.  Polecam z całego serca!







14 sierpnia 2017

8 miejsc, które warto odwiedzić w Niemczech Środkowo-Północnych

1. Berlin

Nie mam tu jednak na myśli tradycyjnej trasy: Brama Brandenburska, Reichstag, Katedra i Wyspa Muzeów. Te punkty znajdziecie w każdym przewodniku, aby odkryć nieznaną twarz niemieckiej stolicy zaopatrzcie się koniecznie w przewodnik "111 miejsc w Berlinie, które trzeba zobaczyć".



Dotrzecie z nim do reliktu socjalizmu: "Intershopu", enerdowskiej wersji Pewexu, opuszczonej ambasady Iraku, biblioteki urządzonej w drzewie...


A jak na kawę, to tylko do Hackesche Höfe, gdzie przez dzisiejszość przebija się secesja:)

2. Góry Harzu

To mój ukochany zakątek w Niemczech. Zwłaszcza ich wschodnia część, gdzie królują lasy mieszane. Ja szczególnie pokochałam miasteczko Quedlinburg. Gdy po raz pierwszy w nim wylądowałam było lutowe popołudnie. Spowite w śniegu domy z pruskiego muru wyglądały jak wyjęte z bożonarodzeniowej kartki. Ale pięknie jest tam o każdej porze roku. Wiosną kwitnące na tamtejszych plantacjach czereśni drzewa powodują, że krajobraz przedstawia się bajkowo. Latem nad kolorowymi kwiatami w parakach radośnie bzyczą pszczoły. A jesienią kolorowe lasy na pobliskich górach tworzą swoistego rodzaju tęczę.

3. Lipsk

A będąc już tam trzeba się koniecznie przejść na lampkę wina do znanej z Fausta "Auerbachs Keller" i na koncert do Gewandhaus, fantastycznej hali koncertowej zbudowanej z inicjatywy genialnego dyrygenta Kurta Masura.



4. Panorama Museum w Bad Frankenhausen

Ilustracja
Autor: Andreas Vogel  Zdjęcie wykorzystane z Wikipedii na podstawie CC BY-SA 3.0

Zobaczyć w nim można niesamowity obraz Wernera Tübke: "Bauernkriegspanorama". Na 1800 m2 płótna malarskiego artysta  podjął temat wojny chłopskiej z XVI w. Dzieło nie stanowi jednak tradycyjnego obrazu o tematyce batalistycznej, a bardziej pochyla się nad wizją filozoficzną  epoki eenesansu, niejednokrotnie określaną w literaturze  „theatrum mundi“ (teatrem świata). Dużo tu alegorii, nawiązań, tematyki biblijnej i wyobrażeń apokaliptycznych. 
Praca nad dziełem zrujnowała zdrowie artysty, który po dziesięć godzin dzienie potrafił stać na rusztowaniu malując swoje dzieło. Po zmianie ustroju dyskutowano nad zamknięciem muzeum. Obraz powstał ostatecznie na zamówienie SED z okazji 450 rocznicy wojny chłopskiej, a to nie smakowało wszystkim w zjednoczonych Niemczech. Na szczęście Landestag Turyngii sprzeciwił się pomysłowi i obraz jest dostępny dla zwiedzających po dziś dzień.

5. Warnemünde

Przepiękny kurort w okolicach Rostocka położony nad Bałtykiem, gdzie atmosfera miasteczka przenosi nas w czasy, gdy panie chodziły latem pod haftowanymi parasolkami.


Przyroda zaś zabiera nas w  krainę rodem z "Alicji w krainie czarów".


6. Pustać luneburska

Na ok. 200 km2 rozciągniętych od okolic Wolfsburga aż prawie po Hamburg znajduje się Park Ochrony Przyrody Pustaci Lüneburskiej (niem. Naturschutzpark Lüneburger Heide). Królują tam rozległe tereny wrzosowisk, łąk, i lasów. Szczególnie śliczna jest północna część pustaci, gdzie pod koniec sierpnia i we wrześniu kwitną wrzosy. Warto się tam wybrać na przejażdżkę rowerową, pieszą wędrówkę lub po prostu krótszy spacer połączony z przejażdżką bryczką.
Gdzieś w okolicy Lüneburga, na terenach pustaci alianci mieli zakopać ciało Himmlera.


7. Lubeka

Lubeka to prześliczne miasteczko, gdzie dawne centrum zachowało się w cale niezłym stanie. Obowiązkowym miejscem odwiedzin jest dom, znanej z powieści Thomasa Manna, rodziny Buddenbrocków oraz dom - biuro Güntera Grassa, gdzie prezentowane są min. jego prace malarskie, nieznane szerszej publiczności.

Ulubiony obraz Thomassa Manna. Gdy poznał swoją przyszłą żonę, Katię, okazało się, że została na nim uwieczniona jako mała dziewczynka

8. Wittenbergia

W tym roku warto wybrać się do miasta, gdzie Luther ogłosił swoje tezy. Z okazji 700 rocznicy reformacji w Wittenbergii co rusz coś ciekawego się dzieje, a największą atrakcją jest chyba przygotowana z tej okazji przez Yadegara Assisi panorama "Luther 1517".
To nie pierwszy obraz Assisi, w którym podejmuje temat z niemieckiej historii. Jego panoramy odnoszące się do zburzenia Muru Berlińskiego, Bitwy Narodów, czy zbombardowania Drezdna były wystawiane  w niemieckich miastach, których przedstawiane wydarzenia dotyczyły.
Assisi tworzy swoje monumentalne obrazy komputerowo na podstawie wcześniej nakręconych przy pomocy statystów scen.  Prezentacji jego dzieł dopełniają efekty wizualne i dźwiękowe. Jest to przeżycie, które z ręką na sercu mogę polecić. 


Uprzedzam, że dokonana selekcja "miejsc godnych zobaczenia" została przeprowadzona w dobrej wierze, niemniej pod kierownictwem niezwykle subiektywnych pobudek. Reklamacji niezadowolonych turystów zatem nie przyjmuję. Żywię jednak głęboką nadzieję, że udało mi się Was nimi zaciekawić i co ważniejsze wskazać przy okazji na miejsca Polakom mniej znane, a  moim skromnym zdaniem naprawdę warte zobaczenia  u naszych zachodnich sąsiadów.