24 grudnia 2015

Wesołych świąt!

Kochani, 

życzę Wam magicznych świąt Bożego Narodzenia,

rozkoszujcie się czasem z bliskimi,

zatrzymajcie te piękne chwile,

tak by każdy dzień w Nowym Roku niósł ze sobą atmosferę 

ciepła, liskości i miłości!

 

 

13 grudnia 2015

Z jakiej okazji Niemcy dają sobie w prezencie buble?


W Niemczech w okresie bożonarodzeniowym praktykowana jest dość dziwaczna tradycja obdarowywania się śmieciami. Rzecz polega na tym, by pozbyć się z domu badziewi – popsutego, zardzewiałego chłamu tudzież rupieci, które nie są nam już potrzebne, lub nie podobają się nam i nie wyjść z imprezy z bublem, w którego posiadanie nikt, ale to już nikt nie chce wejść. Zwyczaj cieszy się tak dużą popularnością, że powstały sklepy internetowe reklamujące buble. Można w nich kupić min: ”Symfonię pralki”, nauszniki w kształcie piersi, czy też torebkę dla zakrycia brzydkiej twarzy. 
Zabawa jest organizowana w gronie przyjaciół, kolegów szkolnych, czy współpracowników. Ja przykładowo zorganizowałam w tym roku Schrottwichteln także w grupach obcokrajowców, którym przybliżam język i kulturę naszych zachodnich sąsiadów, wczoraj zaś byliśmy na tradycyjnej imprezie śmieciowej w gronie naszych znajomych. Impreza była połączeniem:
- imprezy poprzeprowadzkowej naszego kolegi (w Niemczech jest dość oczywistym, że gdy ktoś ze znajomych ma przeprowadzkę, to grono kolegów stawia swoje muskuły na ten dzień do dyspozycji, a w nagrodę potem przeprowadzający się organizuje imprezę na ich cześć. Właśnie wczoraj honorami była otoczona nasza ciężka praca z końca września, kiedy to pomogliśmy Guido przenieść jego kram do nowego mieszkania. Poniżej dowody na to, jak mocno zasłużyliśmy na nagrodę:)



- wspólnego ubierania drzewka bożonarodzeniowego (Guido nie miał do tej pory miejsca na choinkę, dopiero w nowym mieszkaniu mógł sobie na nia pozwolić i wczoraj ją wszyscy wspólnymi siłami przystroiliśmy. Każdy musiał ze sobą przynieść jakieś ozdoby. My zrobiliśmy łańcuch z kolorowymi kokardkami, którego nauczyła mnie go robić mama, jak byłam małą dziewczynką:)

Tak się prezentowało drzewko, gdy każdy zawiesił swoją ozdobę. Dorzucił się nawet kot Kathrin, który musiał oddać swoja szmacianą mysz na ten cel.

- oraz Schrottwichteln(!)

Przebieg całej procedury wygląda następująco. Na imprezę przychodzimy z bublem zapakowanym w gazetę lub worek na śmieci. Gdy wszystkie podarki są już złożone w jednym miejscu zaczyna się walka o zdobycie prawa do wybrania sobie jednego z prezentów. 



Furtkę Sezamu otwiera wyrzucenie szóstki. Jeśli wyrzuciło się inną liczbę, to swojego szczęścia próbujemy w kolejnej turze. Gdy już wszyscy mają w rękach gazetowe zawiniątko dochodzi do uroczystego aktu rozpakowania podarku, w którego posiadaniu się znaleźliśmy.

Przyrząd kuchenny, który losowo wybrałam z góry pakunków po wyrzuceniu szóstki


A tą oto cudowną książeczkę odkrył mój cudowny małżonek, gdy rozpakował swój podarek: "Ubierz Angie" - książka z papierową lalką kanclerz i wycinankami różnych strojów dla niej...



Dopiero teraz zaczyna się cała zabawa. Po wzajemnych oględzinach swoich bubli wybierany jest król balu w postaci najgorszego barachła spośród całej rupieciarni – cel dalszej gry: tylko nie zostać na koniec gry właśnie z tym cholerstwem, bo moi drodzy podarek, który wybraliśmy z kupy śmieci to nie jest rzecz, z którą zostaniemy na koniec. 
Wczorajszymi dwoma najgorszymi prezentami były gruchoty, które my ze sobą przywlekliśmy:))) stary, niedziałający laptop oraz...
prastary komputer... w popsutej walizce...

To się kolega ucieszył, jak otworzył swoją paczkę...
Na widok zawartości walizki cały pokój gruchnął jednogłośnie "O, du Scheiße!". Poza wielkością naszego pakunku do jego badziewiatości dorzucił się jeszcze fakt, że w Niemczech za oddanie sprzętu elektronicznego do zutylizowania się płaci...  Obdarowany ma więc naprawdę powód do radochy... No cóż komputer za mikser. Też nie chciałam zostać z moją zdobyczą na koniec zabawy, ale najbardziej baliśmy się ponownego wejścia w posiadanie przyciągnietego przez nas chłamu.

Wracajmy zatem do zabawy. Teraz wszyscy siadają w kręgu i na początku określają zasady wymieniania sie prezentami. Są one dość luźne. Można po prostu ciągnąć losy, kto kogo ma obdarować, ale większą popularnością cieszą się bardziej wyrafinowane sposoby wlepienia innym swojej szmiry. Moi znajomi pozostają dalej przy kostce. Dla każdej wyrzuconej liczby zasady przekazywania sobie prezentów. Np. gdy wypadnie jedno oczko każdy przekazuje swoją paczuszkę sąsiadowi z lewej strony. Gdy wypadnie czwórka osoba rzucająca kostką wybiera sobie ofiarę, z którą wymienia się swoimi „skarbami”. Gdy kostka pokaże sześć oczek wszyscy oddają swoje zawiniątka  naprzeciw siedzącej osobie, itd. 



Przekazywanie sobie nawzajem bubli kończy się wraz z upływem z góry ustalonego czasu. Wygrywa ten, w czyich rękach znajdzie się najmniej bolesny chłam. 

Uff, udało się nam:) Obydwoje zostaliśmy z książkami - ja z kucharską starocią


A moje Słońce, jak na filozofa przystało z dziełem Schopenhauera. Właściwie jego zdobycz jest bardzo dobrą pozycją, ale to co dla jednego jest  Schrottem, dla drugiego cennością...
Wczorajszego wieczora "wygrać" można było jeszcze min. przeterminowane kondomy, stojak na CD w postaci kości, badziewne wazoniki, poniższą gęś...(kto produkuje coś takiego i kto to potem kupił???!!!)


Oraz śpiewające i tańczące drzewko bożonarodzeniowe, o którego zdobycie toczyły się zażarte boje, tak nas wszystkich urzekło:)


6 grudnia 2015

Druga niedziela adwentu

O tym, że dzisiejszy dzień to druga niedziela adwentu przypominają dwie zapalone świeczki w wieńcu adwentowym. Z mężem pielęgnujemy zarówno polskie jak i niemieckie tradycje i tak jak przed tygodniem urządziliśmy Andrzejki, to w czas adwentu staramy się zachować wszystkie związane z tym czasem niemieckie tradycje.

Wieniec adwentowy – co to w ogóle jest? W Polsce nie mamy tradycji ich tworzenia. Znane są nam jak najbardziej stroiki, które stawiamy na stołach w okresie świątecznym, ale wieńca z czterema świecami zapalanymi co tydzień w okresie adwentu raczej nie znajdzie się w polskim domu.

Na pomysł stworzenia takiego wieńca wpadł ponoć 170 lat temu mieszkający w okolicach Hamburga Johann Hinrich Wichern. Poruszony losem ubogich dzieci, stworzył dla nich dom i opiekował się nimi, a wiadomo, że najwspanialszy okres w ciągu całego roku dla maluchów to właśnie Gwiazdka:) Dzieciaki nie mogły doczekać się ulubionego dnia w roku i im bliżej było do Bożego Narodzenia, tym bardziej zadręczały biednego Johanna Hinricha pytaniami o to, kiedy już będą święta. Pewnego dnia miał on wpaść na pomysł, jak zobrazować dzieciom czas oddzielający je od Wigilii i stworzył z koła powozu wieniec z 19 małymi i 4 dużymi świecami. Każdego dnia zapalał kolejną małą świeczkę, a w każdą niedziele dużą świecę. W ten sposób było łatwiej zobaczyć dzieciom, ile dni zostało do 24. grudnia. Z czasem i inni przejęli ten zwyczaj, przy czym wieńce zostały uproszczone – miały tylko 4 świece symbolizujące poszczególne niedziele adwentowe. Dziś wiele niemieckich rodzin stawia na stołach, bądź wiesza takie wieńce w swoich domach.
Nasz wieniec prezentuje się tak:)


Jeśli nawet nie mieliście okazji widzieć wieńców adwentowych, to założę się, że wiecie, co to kalendarz adwentowy. Tak, tak mam na myśli te kolorowe pudełka z wizerunkiem Świętego Mikołaja, czy też choinki z 24 okienkami skrywającymi czekoladki w różnych kształtach. Tak się składa, że tradycja kalendarza adwentowego przybyła do nas od naszych zachodnich sąsiadów! Ich początkiem były zawieszane na ścianie obrazki na ścianie – każdy obrazek symbolizował kolejny dzień do Gwiazdki. Często były to 24 obrazki, ale prawdziwy kalendarz adwentowy powinien liczyć dokładną liczbę dni od pierwszej niedzieli adwentu do Wigilii, co oznacza, że może ich być np. 27. Kalendarze z 24 okienkami to bardziej „kalendarze grudniowe”, ale nikt ich tak nie nazywa.
Zarówno wieńce, jak i kalendarze adwentowe wprowadzają do domów magiczną atmosferę oczekiwania na ten cudowny czas, jakim są Święta Bożego Narodzenia. Dzieci polubiły szczególnie kalendarze i nic dziwnego - z zasady skrywały w sobie jakąś tajemnicę. A kto nie lubi miłych niespodzianek? Z biegiem czasu kalendarze ewoluowały i przyjmowały nowe formy. My teoretycznie mamy dwa kalendarze adwentowe. Jeden z małymi woreczkami, a drugi ze skarpetkami, ale już na samym początku naszego związku zdecydowaliśmy się, że bedziemy zawieszać tylko jeden z nich. Z końcem listopada dzielimy się parzystymi lub nieparzystymi liczbami i wypełniamy dla siebie nawzajem poszczególne skarpetki:


Nie muszą to być wcale łakocie lub prezenty, jeśli ktoś widzi w tym zbyt dużo komercji i konsumpcjonizmu. Ja staram się co roku obdarować mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża śmiesznymi obrazkami, fragmentami z wierszy, powiedzeniami, zaproszeniem na Weihnachtsmarkt lub wspólną kąpiel z szampanem...
W tym roku mój małżonek odwdzięczył się mi poniższym prezentem na Mikołajki:

Nie wiecie, co to jest? Też mi odjęło mowę, gdy w końcu po długich poszukiwaniach odkryłam kryjówkę, w której na mnie czekał (bo prezent nie zmieścił się nawet do tej dużej czerwonej skarpetki zawieszonej przy kalendarzu specjalnie z myślą o 6.12 i musiałam go sobie najpierw sama znaleźć). Szukasz, szukasz, a w końcu znajdujesz te dwie mordy...
Okazuje się, że Grüffelo to jakieś kultowe stwory w Niemczech i teraz będą nam towarzyszyć przez cały adwent. 24 karty zawierają zadania na każdy dzień oczekiwania na Gwiazdkę:

I tym sposobem na dziś zapowiedziane jest pieczenie jabłek z cynamonem. Juhu! Uwielbiam ich zapach unoszący się w domu.

Magiczne pudełko z tymi dwoma przeuroczymi istotami zawiera ponadto naszą nową dekorację na choinkę:


Może jednak niekoniecznie...


Jeśli macie ochotę możecie sami stworzyć swój własny kalendarz adwentowy. Mogą to być składane obrazki – gdzie każdego dnia otwierany byłby kolejny z nich; małe torebeczki skrywające niespodziankę na każdy dzień; obrazki do kolorowania, karty z różnymi zadaniami bądź układanka puzzle składająca się 24 elementów. W celu przygotowania tej ostatniej wystarczy narysować obrazek i pociąć go na 24 kawałki.
Fantastycznym pomysłem jest też wieczorne czytanie opowieści wigilijnych. Cała rodzina może się zebrać z kubkiem gorącej czekolady i wspólnie słuchać  kolejnych historii. Nam obecnie towarzyszą opowiadania bożonarodzeniowe z różnych krajów. Wczoraj poznaliśmy jedną z białoruskich bajek, dziś dzień rozpoczęliśmy opowiadaniem z Majorki.



Wszystko leży w rękach Waszej kreatywności!

Życzę Wam radosnego oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia!


PS. A to nasze jabłuszka, mniam-mniam!
Gorące, pieczone jabłka z lodami - niebo w gębie!

2 grudnia 2015

Weihnachtsmarkt

Jeśli świętować Boże Narodzenie to tylko w Polsce, ale czas adwentu najpiękniejszy jest w Niemczech. Pamiętam, jak jeszcze jako studentka spędzałam swoją pierwszą zimę u naszych zachodnich sąsiadów i jak zachwycił mnie u nich okres oczekiwania na Gwiazdkę. Podczas gdy u nas w wielu rodzinach tworzy się na grudzień cały harmonogram mycia okien, prania firanek i pościeli, wielgachnych zakupów, które wykarmiłyby cały dywizjon armii, a na koniec trzydniowego pichcenia, to czas adwentu w Niemczech jest bardziej poświęcony celebrowaniu magii, jaka otacza Boże Narodzenie. Rodzina i kręgi przyjaciół niekoniecznie czekają do 24.12 na wielkie spotkanie, tylko przez cały miesiąc wspólnie chodzą na koncerty kolęd, wystawy adwentowe (wiele galerii urządza specjalnie na ten czas wystawy - nie muszą to wcale być obrazki z zimowymi krajobrazami, po prostu atmosfera panująca wówczas w galeriach przypomina, że zabliża się czas świąt), organizują imprezy podczas których wszyscy goście wspólnie przystrajają choinkę, czy też Glühweinparty (imprezy, na których króluje grzaniec) tudzież spotykają się na jarmarku bożonarodzeniowym (Weihnachtsmarkt). Właśnie Weihnachtsmarkty kocham najbardziej. Wpisały się one już na stałe w grudniowy krajobraz miast niemieckich. To ich obecność roznieca w powietrzu magię oczekiwania na Boże Narodzenie, czego mi w Polsce brak. Wprawdzie przychodzą one powoli i do nas, ale jeszcze nieśmiało i nie zawsze z tą atmosferą, jaką wysypują z worka tutaj w Niemczech. Oczywiście jestem świadoma tego, że na owych jarmarkach inni zarabiają niemałe pieniądze, więc i żądny kapitalizm się kłania, ale w tym przypadku cenię bardziej fakt, że Weihnachtsmarkty motywuja ludzi do spotkań i spędzenia wspólnie czasu. W końcu chyba to jest najważniejsze, a firanki zawsze mogę sobie uprać w styczniu. 
A tak wygląda w naszym mieście Weihnachtsmarkt:)

Czego na jarmarku bożonarodzeniowym nie może zabraknąć to punczu i grzańca

Stałą atrakcją są też drewniane zabawki dla dzieci




Najważniejszy punkt każdego Weihnachtsmarktu: Weihnachtspyramide (Piramida bożonarodzeniowa)

Śmieszny pomysł: łyżwy na choince - dekoracja w jedenj z kawiarni.

Wkrótce opowiem Wam o innych tradycjach adwentowych w Niemczech, a na razie życzę Wam, żebyscie w gonitwie przedświątecznej znaleźli czas dla swoich najbliższych. Pamietajcie: każdy dzień to pierwszy dzień Waszego dalszego życia!

Cudownego czasu adwentu!

21 listopada 2015

"Zmarłych trzeba nieustannie na nowo odkopywać (...)"

Nie mogłam się zdecydować, czy po wydarzeniach zeszłego tygodnia wrócić tak od niczego sobie do normalności, czy jednak pogrzebać w rozżarzonym węglu. Spróbowałam pierwszego - opublikowałam lekki post o codzienności w Niemczech i okazało się, że przemilczane w ten sposób kwestie zaczęły mnie dręczyć, szarpać i molestować moją psychikę o poświęcenie im chwili uwagi. Toteż postanowiłam dać im prawo dojścia do głosu, a uczynię to słowami wybitnego dramatopisarza niemieckiego Heinera Müllera. Wróciłam bowiem właśnie z poświęconemu jego twórczości sympozjum międzynarodowego, które odbyło się w Aachen. 


Niestety w Polsce dorobek artystyczny Heinera Müllera jest słabo znany. Polski odbiorca mógł się zapoznać z  niektórymi z jego dzieł głównie dzięki przekładom Jacka St. Burasa. Niestety bez odpowiedniego fundamentu müllerowskie utwory pozostaną dla przeciętnego widza kompletnie niezrozumiałe. Stosowany przez autora język jest tak zaszyfrowany, że potrzeba swoistego rodzaju Enigmy, by dokopać się do tkwiącej w nich ponadczasowej prawdy. Przeglądając polskie recenzje  widzę, że niewielu krytyków  zadało sobie ten trud. Niejednokrotnie czytam na polskich stronach o "trudnej do zniesienia ideologicznej estetyce" jego utworów (np. Grzegorz Chojnowski na stronie wrocławskiego teatru polskiego:http://www.teatrpolski.wroc.pl/media-o-nas/recenzje/szosa-wolokolamska), o nudnym już grzebaniu w drugiej wojnie światowej (min. także ebid.), wreszcie o męczących kontekstach seksualnych. Jako germanistka zdaję sobie sprawę z faktu, jak ciężkim do zgryzienia orzechem są dramaty Heinera Müllera. Gdyby nie fakt, że część studiów odbyłam w Niemczech, gdzie po raz pierwszy zostałam skonfrontowana z jego twórczością (na uniwersytecie w Polsce nazwisko tego dramatopisarza nie padło ani razu na żadnym seminarium, czy wykładzie), to wielce możliwe, że sama należałabym do masy odbiorców, którzy nie do końca wiedzieliby, co z müllerowskimi tekstami zrobić. Niemniej od osób, które aspirują do miana krytyków literackich tudzież teatralnych i na publicznym forum dokonują oceny poszczególnych dzieł wymaga się dogłębnego zbadania tematu, a nie powierzchownej oceny, jako że w efekcie swoich zaniedbań dostarczają masom błędny przekaz. A szkoda, bo Heiner Müller ma wiele ciekawego do powiedzenia. Niemieckojęzyczny obszar dostarcza szeroki wachlarz narzędzi do pracy  z jego dramatami. Cała masa literaturoznawców od lat rozkłada jego teksty na czynniki pierwsze, więc to głównie z lężacego po naszej stronie lenistwa Müller jest w Polsce często źle interpretowany. Jego dzieła wcale nie pozostają aktualne tylko dla doby socjalizmu, czy też czasu  rozliczeń niemieckich zbrodnii wojennych, ale są PONADCZASOWE i arcygenialnie tłumaczą mechanizmy stosowane w polityce, kręgi, jakie zatacza historia oraz działania jednostki zmuszonej do przyjęcia przypisanej jej przez los roli.
W tym roku przypada 20 rocznica śmierci Heinera Müllera. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach boleśnie rozbrzmiewa pustka, jaką po sobie pozostawił i której nikt do tej pory nie umiał wypełnić, ale w swojej spuściźnie pozostawił nam dzieła, które na matrycach wziętych z mitologii tudzież naszej niedawnej przeszłości rewelacyjnie tłumaczą teraźniejszość.
Jednym z głównych postulatów Heinera Müllera, którymi próbował ostrzec ludzkość przed wylądowaniem w zaułku, w jakim obecnie się znaleźliśmy, były słowa:
  

"To czego człowiek potrzebuje, to nie wieczność chwili. Zmarłych trzeba nieustannie na nowo odkopywać, bo tylko z nich można czerpać przyszłość." [tł. K.M.]


Dziś żyjemy w świecie, w którym zmarli zostali pogrzebani, a do głosu doszli żyjący...


14 listopada 2015

Minuta ciszy dla ofiar zamachów w Paryżu

Dziś świat łączy się w bólu z Francją. Budynki na całym globie przybierają barwy narodowe tego kraju. I ja łączę się w smutku z cierpieniem zwykłych ludzi. Dziś nie zagłębiam się w politykę, ani w historię. Zapalając symbolicznie świeczki ku pamięci ofiar nocnych ataków w Paryżu pragnę wyrazić swoją solidarność z osobami, których dotknęła wielka tragedia.


8 listopada 2015

Niemieckie "Alternatywy 4" oraz niezmienne od co najmniej XIXw. torty kremowe

Przyszła jesień. Jakaś spóźniona jest tego roku. Listopad, a u nas jeszcze sporo drzew tonie w zieleni... Niemniej dekoracja na naszej klatce schodowej nieubłagalnie przypomina, że to jednak ta, a nie inna pora roku rozgościła się u nas.



Nasza sąsiadka bowiem  dba o wystrój klatki schodowej i z każdą porą roku zmienia dekorację na parapecie okiennym. Słodkie to i ostatnio kupiliśmy jej nawet czekoladki z podziękowaniem za jej starania. Należy tu jednak od razu nadmienić, że w Niemczech życie w wielorodzinnym budynku mieszkalnym może niejednokrotnie oznaczać takie "Alternatywy 4" na żywo. Właśnie w takim "bloku" mieszkamy i my. Sprzątanie klatki schodowej to zadanie lokatorów, a swoją powinność należy odbębnić raz w tygodniu. Różnica polega na tym, że tutaj ludzie traktują to jak niezwykle chlubne zadanie - w końcu troszczą się o czystość dla ogółu. Jakoś do dnia dzisiejszego nie potrafiłam zarazić się tym entuzjastycznym podejściem do szorowania schodów na klatce. Jakbym miała mało obowiązków w domu, za dużo czasu i żadnych ciekawszych rzeczy do roboty... Na szczęście podział sprzątania jest dość przejrzysty: każdy dba o swoje półpiętro, a że mieszkamy na poddaszu, to inni nie korzystają z "naszej" części klatki  schodowej. Sąsiada też jakoś nie ciągnie do szmat i tak sobie radośnie żyjemy w naszym "chlewiku". Tzn., jak już zaczyna być nam wstyd przyjmować gości, to oblecimy szybko szczotką te nasze schody, ale ogólnie zamyka się to w pięciu, dziesięciu minutach cztery razy do roku, także do przeżycia. Gorzej mają sąsiedzi z parteru. Ciągle się ze sobą kłócą. Mieszka tam bowiem emerytowane małżeństwo - mili ludzie, ale bardzo "ą i ę". Za sąsiadów mają wytatuowaną młodą parę, która również nie za bardzo się troszczy o dobre samopoczucie ogółu, czego starsza para nie może ździerżyć. Jeśli raz w tygodniu posadzka nie zostanie wypolerowana, a skrzynki na listy odkurzone dostają białej gorączki. Kończy się więc tym, że sąsiadkę z parteru widuję głównie z jej stałym już atrybutem - ścierą w ręce.  A to wyciera z kurzu domofon oraz framugi drzwi wejściowych, a to poleruje poręcze... Jej mąż dba w tym czasie o nieskazitelność naszego trawnika  - lata przed blokiem z takim kijkiem z ostrzem, na który nadziewa każdy najdrobniejszy okruch... Naprawdę cieszę się niezwykle, że nie mieszkamy na parterze! I że w ramach sąsiedzkiej działalności nie mamy cotygodniowych spotkań chóru w komórce.

Wystrój okna na naszej klatce przypomina w każdym razie, że za oknem króluje jesień. 

Uwielbiam tą porę roku! Kolorowe pejzaże, jakie maluje natura, temperatury, które nie wymagają smarowania się kremem z filtrem UV, ani też zakładania pięciu swetrów na siebie. I tak dziś, po otulonym we mgłę i rozpłakanym październiku roześmiane słońce wyciągnęło nas z domu na jesienny spacer. Właściwie nie lubię niedziel w Niemczech. Tego dnia tygodnia w większości kraju panuje atmosfera, jakby połowa ludności wymarła. Ostry komsumpcjonizm panujący w Polsce przyzwyczaił mnie do otwartych sklepów i innych przybytków w niedzielę. W Niemczech rzecz nie do pomyślenia - to dzień odpoczynku. Cisza, spokój, nuda... Najczęściej uciekamy od tego wyprawiając się na wycieczki, organizując wypad do kina, czy do teatru, biorąc udział w jakiś eventach, czy też spotykając się z rodziną lub znajomymi, ale dziś pogoda była idealna by i sobie zrobić "lazy Sunday". I tak odwiedziliśmy zakątki, które w naszych okolicach wyjątkowo lubimy:)








Uwielbiam widok na ten dom - nie wiem dlaczego, ale budzi we mnie skojarzenia z Estonią.



A te magiczne schody zaprowadziły nas do miłej kawiarenki na wzniesieniu


O 15:00 zegary u sąsiada za Odrą wybijają "Kaffeezeit", oczywiście do kawy musi być ciasto. Odebrać Niemcom ich słodką przekąskę to jak odebrać im podstawowe prawa obywatelskie. Ja jednak za ciasto dziękuję - moja asymilacja nie musi przebiegać aż tak daleko, by upodabniać się wyglądem do stosunkowo często otyłych Niemek. Już w XIX w. brytyjski pisarz Jerome K. Jerome w swojej książce "Trzech panów na rowerach" oskarżał w niewybrednych słowach niemieckie kremowe torty, tak chętnie tutaj serwowane do tradycyjnej kawy, o zdeformowane kształty mieszkanek kraju Goethego. Mamy XXI w., a w tej materii czas jakby stanął w miejscu... Na szczęście moim uzależnieniem nie są słodycze, a Latte Macchiato:) Zatapiam się zatem z kawą w ręce w swojej książce Floriana Illiesa, która to zabiera mnie w rok 1913. Franz Kafka właśnie składa swojej ukochanej najgorsze z możliwych oświadczyn, Hitler maluje w Monachium akwarele, a Else Laske-Schüler pada z zachwytu na kolana przed zaprezentowaną w Berlinie głową Amenophisa - jednym z trofeów ostatniej ekspedycji egipskiej.
Zaczyna zmierzchać, czas wracać do domu. Po drodze spotykamy sporo rodzin, które bawią się na kolorowych dywanach utkanych przez jesień. Pozytywną stroną zamkniętych sklepów w niedzielę w Niemczech jest fakt, że ludzie mają dla siebie czas. Taki z prawdziwego zdarzenia. Nie lecą oglądać specjalnych ofert do hipermarketów, nie włóczą się po centrach sklepowych, tylko poświęcają sobie jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mamy w życiu: CZAS.
I Wam życzę jeszcze wielu cudownych spacerów tej jesieni!