29 września 2017

Przeprowadzka z bonusem





Noworoczne postanowienie z zeszłego roku udało się zrealizować po pewnym retuszu dopiero w tym roku. Niemniej udało się: przeprowadziliśmy się! I tak jesteśmy teraz dumnymi brunszwiczanami. No dobrze, czy tak dumnymi, to czas dopiero pokaże. Niemniej jak każda przeprowadzka do innego miasta jest to swoistego rodzaju nowy start: nowi ludzie, nowe otoczenie i wiąże się z nadzieją, że człowiek nie tylko się jakoś tam zadomowi, ale polubi miejsce swojego życia.
Poza uciążliwym pakowaniem i rozpakowaniem swojego dobytku przeprowadzki w Niemczech są dość miłe. Zwłaszcza te do innej miejscowości. 



W Polsce to żadna radocha. Zmiana zamieszkania wiąże się z wymianą całej garści dokumentów: dowodu, prawa jazdy. Trzeba odstać swoje w kolejkach składając wniosek o wydanie nowych, potem czeka się z miesiąc czasu na papiery, po które trzeba ponownie udać się do urzędu i aby wejść w ich posiadanie znowu pobawić się w kolejkowe czasy socjalizmu. W ogóle, gdy sobie pomyślę, ile spraw muszę podczas każdego swojego pobytu w Polsce ogarnąć i ile na to schodzi mi czasu, to mam wrażenie, że w naszym kraju obowiązują procedury rodem z epoki króla Ćwieczka. W Niemczech o wiele wymysłów, jakie serwują mi polskie urzędy nie muszę się w ogóle troszczyć, a jeśli już, to obowiązują procedury przyjazne dla obywatela. Kilka spraw urzędowych załatwiłam telefonicznie względnie emailowo. Nic dziwnego, że my Polacy jesteśmy narodem  męczenników. Wiecznie mamy coś do załatwienia, wiecznie trzeba gdzieś iść i wręcz nieustannie gonią nas jakieś sprawy. Słuchając ludzi w środkach komunikacji miejskiej mam wrażenie, że jesteśmy chronicznie zmęczeni i niewyrobieni. Nic dziwnego, skoro z masy prostych spraw robi się u nas wielkie mecyje. Mam już swoje osobiste podejrzenie, że u nas wymyśla się specjalnie czasochłonne procedury, co by za nudno nam nie było.  
W Niemczech państwo pozwala nabrać swoim obywatelom większego oddechu. Dotyczy to także formalności związanymi ze zmianą miejsca zamieszkania. Tamtejsze dowody osobiste są tak opracowane, że urzędnicy mogą bez problemu odkleić stary adres i nakleić nowy, przez nich wydrukowany i podstemplowany. Zniesiono także obowiązek przerejestrowywania samochodu, co oznacza, że numery rejestracyjne aut w Niemczech niekoniecznie są wyznacznikiem faktycznego zamieszkania ich właścicieli. Niemniej same wspomniane udogodnienia byłyby niewystarczające, by nazwać przeprowadzki miłymi. Rzecz tyczy się powitania nowego mieszkańca w swoich granicach administracyjnych.
W każdym mieście, w którym do tej pory przyszło mi żyć otrzymywałam "pakiet powitalny". Raz bogatszy, innym razem skromniejszy, ale zawsze był to miły upominek, który miał mi pomóc poznać "mój nowy dom".  Podobnie było i tym razem. Urzędniczka po zakończeniu wszelkich czynności związanych z przemeldowaniem wręczyła nam powitalną teczkę, a w niej list burmistrza miasta oraz przeróżne kupony na brunszwickie atrakcje:
1. bon na zwiedzanie miasta z przewodnikiem
2. bilet do teatru
3. wejściówkę do muzeum 
4. bilet na całodniowe darmowe przejazdy komunikacją miejską (aby zapoznać się z miastem)
5. kupon na wejście na basen
6. bon do Biblioteki Miejskiej



Przyznajcie sami - czyż to nie miłe? Miasto od samego początku stara się, żebyśmy się w nim możliwie szybko zadomowili. Zamiast ciągać nas w nieskończoność po odstraszających instytucjach, zadbano, abyśmy miło spędzili wolny czas w naszym nowym miejscu zamieszkania jednocześnie je lepiej poznając. Pomysł, który polskim urzędom z całego serca  proponuję skopiować. W końcu przy przeprowadzkach także obowiązuje zasada: "dobre wrażenie robi się tylko raz". Brunszwik zrobił na nas fantastyczne wrażenie:)


6 września 2017

Ach co to był za bal!

Ostatnio doszłam do wniosku, że z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem żyjemy niezgorzej jak prominenci, o których poczynaniach z lubością donoszą różne czasopisma. Ledwo przyjechałam do Polski, a w kiosku, do którego udałam się po dzienną dawkę wiadomości przywitały mnie okładki różnych czasopism nęcące potencjalnych kupujących obietnicą dostarczenia im informacji o tym, jak różne pary ze światka gwiazd  świętowały swoje rocznice ślubu. Choć zazwyczaj plotkarskie artykuły w ogóle mnie nie interesują, tym razem, wbrew mojej zwyczajowej obojętności, sięgnęłam po jedną z gazet i z lekką ciekawością zaczęłam ją wertować. A wszystko dlatego, że dopiero co my sami byliśmy po kolejnej nieprzeciętnej rocznicy ślubu.



Dla mnie i dla Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża ślub był wielkim świętem i to nie tylko w sferze życia osobistego. Jeśli czytaliście o nas serię artykułów w „Przyjaciółce”, to wiecie, że pobraliśmy się w 70 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. To mój wybranek zaproponował tą datę. Miał to być nasz hołd dla ofiar reżimu nazistowskiego i znak, że tam gdzie kiedyś panowała nienawiść może zapanować miłość. Takie nasze „Pamiętamy i niesiemy kaganek tej wiedzy dalej”.

Jako licencjonowana przewodniczka po Warszawie już przed laty zadbałam, by Andi poznał dobrze historię naszej stolicy. Płakał. Okazuje się bowiem, że to co dla nas jest oczywiste, nie jest takie dla wielu Niemców.  To smutne, ale wielu z nich nie wie, jaką gehennę podczas wojny przeszli także i Polacy. W niemieckiej przestrzeni publicznej mówi się głównie i prawie wyłącznie o tragedii żydowskiej. Co robiono z Polakami, Rosjanani, Białorusinami itd. ulega zapomnieniu tudzież wręcz w niektórych kręgach nigdy nie zostało wypowiedziane na głos.  Lukę tę nadrabiają jeszcze publikacje naukowe, ale jak to jest z takimi książkami – po nie sięgają nieliczni. Dlatego też Niemcy często nie są świadomi, jak wyglądało życie w okupowanej Europie Wschodniej poza murami getta. Skoncentrowanie się na holokauście spowodowało usunięcie innych ofiar reżimu nazistowskiego niejako w cień. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej sytuacji politycznej niebezpieczne jest pisanie tych słów. Jedni klasną w dłonie, że obecny rząd ma rację ruszając temat reparacji, inni mi zarzucą niezdrowe podgrzewanie już i tak nabrzmiałej atmosfery. Ja zaś czuję się tylko odpowiedzialna wobec przeszłych pokoleń, by ich historia nie uległa zapomnieniu. Przerażają mnie obserwacje zebrane na przestrzeni 13 lat życia zawodowego, niezależnie od poszczególnie panujących rządów. Toteż w mojej pracy na rzecz lepszego zrozumienia między Polską, a Niemcami dbałam zawsze o to, aby nadrobić braki w wiedzy historycznej Niemców. Bez licytacji cierpień, bez wytykania palcami. Po prostu staram się po części zapomnianym ofiarom oddać zasłużoną pamięć. 
Andi wiedział, jak ważnym dziełem życia jest dla mnie ta praca. Nie raz był świadkiem, jak podczas oprowadzań, czy też projektów historycznych pokazywałam jego rodakom zdjęcia zniszczonej Warszawy i jak tamci zamierali. Nie byli w stanie znaleźć słów. „To nam się zdawało, że Berlin był koszmarnie zniszczony.” - nie raz słyszałam. Po kilku tego typu sytuacjach Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż doszedł do wniosku,że gehenna krajów wschodnioeuropejskich w czasie drugiej wojny światowej została w Niemczech potraktowana po macoszemu i postanowił mi pomóc, by nie uległa całkowitemu zapomnieniu. I to on zaproponował datę ślubu. Od tej pory 01.08 nie jest dla mnie tylko dniem pamięci o naszej wielkiej narodowej tragedii, ale też dniem nadzieji, że miłość może znaleźć swoje miejsce nawet tam, gdzie kiedyś stały barykady.

Powązki. Nasza pierwsza rocznica ślubu. Zdjęcie: Kosma. Publikacja za zgodą redakcji czasopisma "Przyjaciółka"


Dlatego też każda rocznica ślubu jest dla nas czymś więcej niż tylko pamiątką dnia, w którym powiedzieliśmy sobie „tak”. Jest dla nas wielkim świętem i obchodząc ten dzień próbujemy podzielić sprawiedliwie czas na uczczenie ofiar wojny, oraz świętowanie naszego prywatnego szczęścia. Naszą pierwszą rocznicę udokumentowali dziennikarze „Przyjaciółki”. Spędziliśmy ją w Warszawie i rozpoczęliśmy od złożenia kwiatów na grobach powstańców. A potem pozwoliliśmy sobie na odrobinę przyjemności dla nas. W tym roku nie mogliśmy być 01.08 w Polsce, ale z oddali symbolicznie zapaliliśmy świeczkę ku pamięci poległych i zamordowanych, zaś nam zafundowaliśmy sobie niejako „inną wersję naszego ślubu”. Ta jednak nie mogła się odbyć dokładnie w dzień naszej rocznicy, a dopiero prawie trzy tygodnie później.

Pod koniec sierpnia w Berlinie odbył się 22-gi Bal Sukien Ślubnych. Ideą organizatorów było zorganizowanie uroczystości, która pozwoli małżokom poczuć się jeszcze raz jak nowożeńcy. 



To zwłaszcza oko puszczone do pań, które zyskują tym samym możliwość ponownego założenia sukni kupionej „na jeden dzień”. My wprawdzie przez nas bardzo nietypowy ślub mieliśmy okazję wystąpić już cztery razy w naszych ślubnych kreacjach, ale co tam! Raz się żyje, a pięć to taka ładna cyfra😊 Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż rzucił kiedyś, że „właściwie, jak będziemy mieli kiedyś ochotę, to możemy przywdziać nasze ślubne stroje, zafundować sobie przejażdżkę dorożką oraz inne atrakcje i udawać, że to znowu nasz dzień ślubu”. Dlatego też, kiedy pewnego dnia jesienią 2016 trafiłam przypadkowo na jakiś program o dziewczynach, które wybierają dla siebie suknie ślubne, zastrzygłam uszami w chwili, gdy usłyszałam, że jedna z klientek salonu szuka sukni nie na swój ślub, tylko właśnie na taki bal. Wywiedziałam się wszystkiego i w tym roku w ramach prezentu na rocznicę naszego ślubu zaprosiłam moją drugą połówkę do Berlina – miasta, w którym się pobraliśmy - na Bal Sukien Ślubnych. Biorąc pod uwagę fakt, że w przeszłości na nasz wielki dzień zamiast wesela w tradycyjnym tego słowa znaczeniu zaplanowaliśmy zupełnie inne, niestandardowe atrakcje, teraz wreszcie po trzech latach od naszego ślubu wytańczyłam się w mojej sukni ślubnej. Bal otworzony został pokazem tańca, po którym tancerze zaprosili nas wszystkich do walca. 




Na parkiecie wirowały tylko „młode pary”. To właśnie fakt, że wszystkie panie miały tego dnia na sobie suknie ślubne tworzył niesamowitą oprawę i atmosferę całej uroczystości. 





 Był przepyszny bufet, dobre wino i wspaniały tort o 23:00. Królami balu było małżeństwo z 28-o letnim stażem. To oni mieli zaszczyt go pokroić.
Natomiast wszyscy z ogromną przjemnością patrzyliśmy, jak w tańcach szalała inna para. On w kilcie, ona w sukni dla nas już niemalże z innej epoki, bo z lat 90-tych. Przybyli, by uczcić 26 lat wspólnego życia. Dwie pary miały dokładnie w dniu balu swoje rocznice, znalazły się jeszcze dwie solenizantki, więc okazji do wznoszenia toastów była co niemiara, a mimo tego wszyscy goście byli tak samo ważni. Każda para była traktowana, jak ta jedyna, najważniejsza. To była niezapomniana noc i cudowna rocznica. Jeśli po tym artykule stwierdziliście, że też mielibyście ochotę na takie przeżycie, to Bal Sukien Ślubnych jest organizowany co roku w Berlinie, Dreźnie, Frankfurcie i Wiedniu.  Polecam z całego serca!







14 sierpnia 2017

8 miejsc, które warto odwiedzić w Niemczech Środkowo-Północnych

1. Berlin

Nie mam tu jednak na myśli tradycyjnej trasy: Brama Brandenburska, Reichstag, Katedra i Wyspa Muzeów. Te punkty znajdziecie w każdym przewodniku, aby odkryć nieznaną twarz niemieckiej stolicy zaopatrzcie się koniecznie w przewodnik "111 miejsc w Berlinie, które trzeba zobaczyć".



Dotrzecie z nim do reliktu socjalizmu: "Intershopu", enerdowskiej wersji Pewexu, opuszczonej ambasady Iraku, biblioteki urządzonej w drzewie...


A jak na kawę, to tylko do Hackesche Höfe, gdzie przez dzisiejszość przebija się secesja:)

2. Góry Harzu

To mój ukochany zakątek w Niemczech. Zwłaszcza ich wschodnia część, gdzie królują lasy mieszane. Ja szczególnie pokochałam miasteczko Quedlinburg. Gdy po raz pierwszy w nim wylądowałam było lutowe popołudnie. Spowite w śniegu domy z pruskiego muru wyglądały jak wyjęte z bożonarodzeniowej kartki. Ale pięknie jest tam o każdej porze roku. Wiosną kwitnące na tamtejszych plantacjach czereśni drzewa powodują, że krajobraz przedstawia się bajkowo. Latem nad kolorowymi kwiatami w parakach radośnie bzyczą pszczoły. A jesienią kolorowe lasy na pobliskich górach tworzą swoistego rodzaju tęczę.

3. Lipsk

A będąc już tam trzeba się koniecznie przejść na lampkę wina do znanej z Fausta "Auerbachs Keller" i na koncert do Gewandhaus, fantastycznej hali koncertowej zbudowanej z inicjatywy genialnego dyrygenta Kurta Masura.



4. Panorama Museum w Bad Frankenhausen

Ilustracja
Autor: Andreas Vogel  Zdjęcie wykorzystane z Wikipedii na podstawie CC BY-SA 3.0

Zobaczyć w nim można niesamowity obraz Wernera Tübke: "Bauernkriegspanorama". Na 1800 m2 płótna malarskiego artysta  podjął temat wojny chłopskiej z XVI w. Dzieło nie stanowi jednak tradycyjnego obrazu o tematyce batalistycznej, a bardziej pochyla się nad wizją filozoficzną  epoki eenesansu, niejednokrotnie określaną w literaturze  „theatrum mundi“ (teatrem świata). Dużo tu alegorii, nawiązań, tematyki biblijnej i wyobrażeń apokaliptycznych. 
Praca nad dziełem zrujnowała zdrowie artysty, który po dziesięć godzin dzienie potrafił stać na rusztowaniu malując swoje dzieło. Po zmianie ustroju dyskutowano nad zamknięciem muzeum. Obraz powstał ostatecznie na zamówienie SED z okazji 450 rocznicy wojny chłopskiej, a to nie smakowało wszystkim w zjednoczonych Niemczech. Na szczęście Landestag Turyngii sprzeciwił się pomysłowi i obraz jest dostępny dla zwiedzających po dziś dzień.

5. Warnemünde

Przepiękny kurort w okolicach Rostocka położony nad Bałtykiem, gdzie atmosfera miasteczka przenosi nas w czasy, gdy panie chodziły latem pod haftowanymi parasolkami.


Przyroda zaś zabiera nas w  krainę rodem z "Alicji w krainie czarów".


6. Pustać luneburska

Na ok. 200 km2 rozciągniętych od okolic Wolfsburga aż prawie po Hamburg znajduje się Park Ochrony Przyrody Pustaci Lüneburskiej (niem. Naturschutzpark Lüneburger Heide). Królują tam rozległe tereny wrzosowisk, łąk, i lasów. Szczególnie śliczna jest północna część pustaci, gdzie pod koniec sierpnia i we wrześniu kwitną wrzosy. Warto się tam wybrać na przejażdżkę rowerową, pieszą wędrówkę lub po prostu krótszy spacer połączony z przejażdżką bryczką.
Gdzieś w okolicy Lüneburga, na terenach pustaci alianci mieli zakopać ciało Himmlera.


7. Lubeka

Lubeka to prześliczne miasteczko, gdzie dawne centrum zachowało się w cale niezłym stanie. Obowiązkowym miejscem odwiedzin jest dom, znanej z powieści Thomasa Manna, rodziny Buddenbrocków oraz dom - biuro Güntera Grassa, gdzie prezentowane są min. jego prace malarskie, nieznane szerszej publiczności.

Ulubiony obraz Thomassa Manna. Gdy poznał swoją przyszłą żonę, Katię, okazało się, że została na nim uwieczniona jako mała dziewczynka

8. Wittenbergia

W tym roku warto wybrać się do miasta, gdzie Luther ogłosił swoje tezy. Z okazji 700 rocznicy reformacji w Wittenbergii co rusz coś ciekawego się dzieje, a największą atrakcją jest chyba przygotowana z tej okazji przez Yadegara Assisi panorama "Luther 1517".
To nie pierwszy obraz Assisi, w którym podejmuje temat z niemieckiej historii. Jego panoramy odnoszące się do zburzenia Muru Berlińskiego, Bitwy Narodów, czy zbombardowania Drezdna były wystawiane  w niemieckich miastach, których przedstawiane wydarzenia dotyczyły.
Assisi tworzy swoje monumentalne obrazy komputerowo na podstawie wcześniej nakręconych przy pomocy statystów scen.  Prezentacji jego dzieł dopełniają efekty wizualne i dźwiękowe. Jest to przeżycie, które z ręką na sercu mogę polecić. 


Uprzedzam, że dokonana selekcja "miejsc godnych zobaczenia" została przeprowadzona w dobrej wierze, niemniej pod kierownictwem niezwykle subiektywnych pobudek. Reklamacji niezadowolonych turystów zatem nie przyjmuję. Żywię jednak głęboką nadzieję, że udało mi się Was nimi zaciekawić i co ważniejsze wskazać przy okazji na miejsca Polakom mniej znane, a  moim skromnym zdaniem naprawdę warte zobaczenia  u naszych zachodnich sąsiadów.

10 lipca 2017

Moja walka o polskie granice





- Na wakacje jedziemy do Prus Wschodnich. - pochwalił mi się jakiś czas temu kolega z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.
- Byłych. - wysyczałam w odpowiedzi. Dostaję alergii i trzęsawicy, gdy mi ktoś w kontekście dzisiejszego podziału terytorialnego wyskakuje z Prusami Wschodnimi. Jeśli mowa o historii, to proszę bardzo, użycie tej nazwy jest jak najbardziej wskazane, ale nie gdy tematem jest pobyt w dzisiejszej Polsce.
- Słucham? - spytał zaskoczony.
- Byłych Prus Wschodnich.- uściśliłam i widząc jego błędne spojrzenie dodałam na wszelki wypadek – Dla nas w Polsce to po prostu Warmia i Mazury, dalej masz Obwód Kaliningradzki w Rosji plus Obwód Kłajpedy należący do Litwy.
Znajomy zreflektował się i skorygował swoją wypowiedź:
- Planujemy podróż do…, do…, jak to się w Polsce nazywało?
- WARMIA i MAZURY!!!

Wbrew nieprzychylnemu dla owego znajomego wstępu bardzo go lubię. Mathias to naprawdę bardzo miły chłopak, który w wielu tematach wykazuje się niezwykle dużą inteligencją, konstruktywnym sposobem myślenia i co najważniejsze umiejętnością spojrzenia na problem z różnych perspektyw. Tym bardziej przeraziła mnie jego nonszalancka ignorancja, która tym bardziej staje się szokująca, jeśli pod uwagę weźmie się fakt, że Mathias posiada naukowy tytuł doktora nauk historycznych. Skąd zatem takie faux pas?

W 2008 roku miałam wątpliwej jakości przyjemność opiekować się w Polsce grupą Niemców, którzy teoretycznie przyjechali zwiedzać nasz piękny kraj, w praktyce jednak ich zamiarem było urządzenie sobie wycieczki do przeszłości. Grupa przyjechała autokarem z Niemiec. Ich kierowca posiadał jedynie atlas Polski z… 1939 roku(!!!) z zaznaczonym w nim korytarzem(!). Reszta towarzystwa też była niezgorsza. Posiadane przez nie atlasy datowały się na okres sprzed wojny, względnie na lata 50-te, kiedy BRD nie uznając granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej produkowała mapy, na których Warmia i Mazury, tereny dawnych Prus Zachodnich oraz przynależne do Polski od zakończenia II wojny światowej tereny Śląska oprawione były w linię graniczną z podpisem: „Tereny niemieckie pod protektoratem Polski”(!).
Kiedy zobaczyłam materiały poglądowe tej grupy, myślałam, że mam do czynienia z uciekinierami z zakładu psychiatrycznego. Ich bezceremonialne stosowanie tylko i wyłącznie dawnych niemieckich nazw miejscowości na dzisiaj do Polski należących terenach spowodowało, że włączyłam u siebie tryb „uparty do bólu jak osioł i jego wszyscy krewni”. 

Ustęp z oficjalnej broszury RFN, lipiec 1954. Zdjęcie zapożyczone z https://bumibahagia.com/2017/04/26/deportation-auf-europaeisch/

Bardzo często miałam do czynienia z ludźmi, którzy przyjeżdżali do nas w poszukiwaniu swoich korzeni rodzinnych. Sentymenty zwłaszcza osób, które spędziły swoje dzieciństwo tudzież młodzież w dawnych Prusach Wschodnich mogę nawet zrozumieć. Chyba każdy z nas ma swoje magiczne miejsca z dzieciństwa, taki swój prywatny i jedyny na całym świecie mikrokosmos. Odwiedzający miejsca ze swojej dalekiej przeszłości mieli jednak zazwyczaj na tyle taktu, by nie stawiać w wątpliwość dzisiejszych granic Polski. Niejednokrotnie chcieli zobaczyć, jak zagospodarowaliśmy te tereny i tyle. W takich przypadkach przytaczałam na początku swojej wypowiedzi dawną niemiecką nazwę danych miejsc, po czym zaznaczałam, że dziś nazywają się tak, a tak i dalej stosowałam już polskie nazewnictwo. Przy opisanej powyżej grupie zaopatrzonej tylko w mapy godne archeologa nie zadałam sobie trudu, aby spróbować cokolwiek z siebie wykrzesać. Uparcie operowałam tylko nazwami polskimi. Nikt przez to nie wiedział, gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Kierowca też nie. Każdy się wkurzał i na mnie jazgotał, kierowca ciągle żądał ode mnie stosowania dawnych niemieckich nazw, czym tylko zyskiwał mój coraz większy upór, złośliwość i arogancję. Cały czas trwała między nami przepychanka. Apogeum konfliktu przypadło na Elbląg, kiedy to w odpowiedzi na mój przegląd przez historię miasta, w tym na polskie wątki, jedna Niemka z oburzeniem wrzasnęła na całe gardło, jakoby kłamię, bo „Elbląg ZAWSZE był i nadal JEST(!) niemieckim miastem!”, a potem ul. 1-go Maja zaczęła określać mianem ul. Hitlera, Pl. Słowiański zaś Pl. Goeringa… Wtedy miarka się przelała. Wygłosiłam mowę, w której oznajmiłam, że teraz tu jest Polska i albo będą to respektować, albo won. Ja wycieczek po nazistowskich Niemczech urządzać nie będę i żądam szacunku zarówno do mojej osoby, jak i mojego kraju. Nigdy nie byłam tak nieprzyjemna w obyciu z klientami, jak tamtym razem, ale poskutkowało, bo  od tamtej pory nikt się już nie awanturował, że stosuję tylko polskie nazwy i że w sporą część moich wypowiedzi zajmuje historia Polski. Tylko raz jeszcze dwie kobiety, które jak się okazało w czasie wojny sprawowały nadzór w obozach koncentracyjnych zaczęły mi próbować opowiadać, jak to więźniowie w nich byli dobrze traktowani. Ich wywód skwitowałam tylko zdaniem, że moja rodzina ma zupełnie inne wspomnienia, co spotkało się z ich błędnym spojrzeniem.

Katalog biura podróży Müller Reisen na lato 2017 oferująycy wycieczkę do Prus Wschodnich i Königsbergu (dzisiejszy Kaliningrad)


Spotkanie z tymi ludźmi było dla mnie szokiem, ale jednocześnie doświadczeniem, które wprowadziło mnie w nieznany mi rozdział historii Niemiec, a mianowicie jak odmiennie w NRD i RFN rozprawiono się ze swoją nazistowską przeszłością. A dokładniej, jak Niemcy Zachodnie się z niej porządnie nigdy nie rozliczyły. Na studiach kwestia ta jakoś nie była nigdy dogłębnie poruszana, a ja na podstawie przemówień współczesnych polityków miałam raczej wrażenie, że nasi sąsiedzi wyżłobili sobie wręcz już dziurę w piersi waląc „mea culpa”. Niestety Niemcy to obok różnych fajowych, godnych pozazdroszczenia rozwiązań także w wielu miejscach kraj uporządkowanych ogródków i pięknych fasad. Gorzej, jak się za nie zajrzy. Wtedy niejednokrotnie zaczyna śmierdzieć stęchlizną.  Pierwszą jej woń poczułam właśnie w 2008 roku dzięki opisanej grupie.

Co przeraża moich obecnych znajomych nauczycieli w Niemczech to fakt, że uczniowie tamtejszych liceów niejednokrotnie nawet w 10-ątej klasie nie mają pojęcia o II wojnie światowej. Temat ten jest ponoć stosunkowo późno poruszany w programie szkolnym i przerabiany po łebkach. Tak przynajmniej rzecz się ma w Saksonii Dolnej, Bremie, Hamburgu i Nadrenii Westfalii. A już szczytem marzeń jest wymagać od Niemców, aby wiedzieli, jak w ogóle doszło do powstania w przeszłości Prus Wschodnich. Jacy Krzyżacy zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego do walki z pogańskimi plemionami? Jaka sekularyzacja ich państwa? Jak świat światem Prusy  Wschodnie były niemieckie i tyle – ciężko uwierzyć, ale taką wiedzę posiada 97% poznanych przeze mnie Niemców, z którymi toczyłam rozmowy na tematy historyczne. Na moją wzmiankę o falsyfikacie kruszwickim wybałuszali tylko oczy, niejednokrotnie się irytując, że my Polacy piszemy własną historię. (Chyba, że sama jestem bardzo późnym, bo już rozkwitłym w wolnej Polsce, owocem antyniemieckich strachów Gomułki i to, czego uczono mnie w szkole to po prostu pic na wodę fotomontaż.) Tylko kilku z moich rozmówców pofatygowało się pogrzebać w książkach i sprawdzić, że przekazane im rewelacje nie wyssałam sobie z palca. „Kasia, mam 70 lat, a dopiero teraz się o tym dowiedziałem.” – podsumował jeden ze znajomych, z którymi współpracowałam przy projektach artystycznych. Luki w wiedzy historycznej tłumaczą, dlaczego w pojęciu zachodnich sąsiadów w naszych granicach znajdują się ich historyczne tereny, których wizja obrosła dla nich na przestrzeni ostatnich 70-u lat do rangi raju utraconego. Raj ów byłby wprawdzie dziś kulą u nogi, ale powzdychać tęsknie można. Jeśli na wzdychaniu się kończy i nie wnosi żadnych roszczeń terytorialnych, to w porządku. Gorzej, jak trafią się ludzie, z jakimi mi się przyszło szargać w 2008.

Grupy roszczące sobie prawo terytorialne do byłych terenów niemieckich są w dzisiejszych Niemczech marginalne. Większość Niemców nie kwestionuje polsko-niemieckiego traktatu nt. przebiegu granic między naszymi krajami. Niemniej obecne jest w Niemczech Zachodnich dość irytujące zjawisko stosowania w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy niejednokrotnie tylko starego, niemieckiego nazewnictwa. W katalogach biur podróży znajdują się oferty wyjazdu do „Prus Wschodnich”, plakaty zapraszają na prelekcję z niedawnej podróży do „Prus Wschodnich” i nawet w telewizji państwowej trafiłam na program o tytule „Prusy Wschodnie”, w którym  opowiadano o dzisiejszej Warmii i Mazurach. Świadczy to nawet nie tyle o dążeniu do odzyskania tych terenów, co najzwyczajniej o ignoracji. W 2010 roku „Spiegel” doniósł, że podczas rozmów z Sowietami o ponownym zjednoczeniu Niemiec, Moskwa miała proponować dodatkowo swoją część Prus Wschodnich. Władze niemieckie ofertę odrzuciły, co spora część społeczeństwa dziś pochwala. A jednak wydaje się, że jakaś nieutulona tęsknota po utracie tych terenów pozostała... i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Mathias jest wnukiem wysiedlonych z byłych Prus Wschodnich Niemców. Podobnie Hans, Ulrike i Rolf. Nikt z nich nie wiedział do spotkania ze mną, że Lötzen to dziś Giżycko, a Johannisburg to Pisz. Inaczej niż znani mi enerdowscy potomkowie wysiedlonych z Prus i Śląska rodzin. Ci nawet często w przeciwieństwie do ich zachodnich pobratymców nawet nie przejawiają wielkiej potrzeby przejechania kupy kilometrów, aby popatrzeć sobie na dawną chałupę dalekiego krewnego. Ostatnio wręcz poznałam ludzi z Erzgebirge, potomków dawnych mieszkańców Oppeln (Opola), którzy denerwowali się, że my Polacy zbyt łatwo w rozmowie z Niemcami przechodzimy na dawne niemieckie nazewnictwo terenów włączonych po wojnie w nasze granice. „To już Polska. Niech Niemcy się tego wreszcie nauczą.” strofował mnie hotelowy sąsiad. „Proszę mi wierzyć, trafił Pan na osobę, która im to dosadnie przypomina😊” odrzekłam. „I słusznie, słusznie. Słuchać niektórych nie można. To już nie Wölfelsgrund tylko [Mięcygórce]. I nie Breslau, a Wroclaw.”. Opowiedziałam mu wówczas o grupie z 2008 roku i moim zachowaniu. „Przednie! Zuch dziewczyna.” ucieszył się pan wraz ze swoją żoną, ale to byli jak już wspomniałam Ossis. Sowieci dostatecznie zadbali na terenach byłego NRD o wyplenienie wszelkich sentymentów do ziem utraconych. Na terenach byłych Niemiec Zachodnich sprawa nie przedstawia się już tak prosto.


"Prusy Wschodnie. Podróż od Gdańska przez Mazury i Königsberg aż na Mierzeję Kurońską. Reportaż Rolanda Marske". Plakat reklamujący spotkanie z fotografem i dziennikarzem Rolandem Marske, który, jak można było wyczytać w prasie (min. Hannoversche Allgemeine) "odwiedził po ponad pół wieku od zakończenia II wojny światowej wcześniejszą wschodnią prowincję Niemiec". Pokazwane podczas reklamowanego show zdjęcia miał wykonać podczas tejże wizyty.


Jeśli czytaliście mój poprzedni post, to przypominacie sobie moją wizytę z rozwalonym stawem skokowym w szpitalu pod granicą holenderską. Pomijając już lekarza, który z powodów religijnych nie chciał ze mną rozmawiać, to po ujrzeniu w poczekalni badań RTG na ścianie wielkiej mapy Polski i Niemiec, myślałam, że wyjdę stamtąd bardziej chora niż się zgłosiłam. Mapa była wielką wersją jednej z tych, jaką mieli ze sobą turyści z pamiętnej grupy w 2008 roku. Tereny Warmii i Mazur oraz Śląska były od Polski odgraniczone i opisane jako „tereny Niemiec pod protektoratem Polski“. O północy ciężko było znaleźć kompetentną osobę do poruszenia tej kwestii. Już całą pewnością nie nadawał się do tego niegadający z kobietami lekarz Arab. Napisałam więc list do dyrektora szpitala, w którym wyraziłam swoje oburzenie, aby w XXI w., w zjednoczonej Europie w placówce publicznej kraju, który wywołał II wojnę światową wisiała mapa podsycająca resentymanty terytorialne. Do listu dołączyłam aktualną mapę Polski i Niemiec wraz z żądaniem zaktualizowania mapy wiszącej w tamtejszym szpitalu. Dostałam odpowiedź, że dyrektor zajmie się tą sprawą. Jak się zajął sprawdzę wkrótce, podczas odwiedzin u naszych znajomych w tejże miejscowości i biada im, jeśli mapa z „tereny Niemiec pod protektoratem Polski” jeszcze tam wisi!

Powszechne stosowanie nazwy Prusy Wschodnie w kontekście dzisiejszych terenów Polski, Rosji i Litwy wywołuje we mnie napady gorączki jak u chorej na malarię, podobnie jak rozmowy o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czas, żeby polskie instytucje zajęły się i tą kwestią, bo ja sama kijem rzeki niestety nie zawrócę.