6 grudnia 2015

Druga niedziela adwentu

O tym, że dzisiejszy dzień to druga niedziela adwentu przypominają dwie zapalone świeczki w wieńcu adwentowym. Z mężem pielęgnujemy zarówno polskie jak i niemieckie tradycje i tak jak przed tygodniem urządziliśmy Andrzejki, to w czas adwentu staramy się zachować wszystkie związane z tym czasem niemieckie tradycje.

Wieniec adwentowy – co to w ogóle jest? W Polsce nie mamy tradycji ich tworzenia. Znane są nam jak najbardziej stroiki, które stawiamy na stołach w okresie świątecznym, ale wieńca z czterema świecami zapalanymi co tydzień w okresie adwentu raczej nie znajdzie się w polskim domu.

Na pomysł stworzenia takiego wieńca wpadł ponoć 170 lat temu mieszkający w okolicach Hamburga Johann Hinrich Wichern. Poruszony losem ubogich dzieci, stworzył dla nich dom i opiekował się nimi, a wiadomo, że najwspanialszy okres w ciągu całego roku dla maluchów to właśnie Gwiazdka:) Dzieciaki nie mogły doczekać się ulubionego dnia w roku i im bliżej było do Bożego Narodzenia, tym bardziej zadręczały biednego Johanna Hinricha pytaniami o to, kiedy już będą święta. Pewnego dnia miał on wpaść na pomysł, jak zobrazować dzieciom czas oddzielający je od Wigilii i stworzył z koła powozu wieniec z 19 małymi i 4 dużymi świecami. Każdego dnia zapalał kolejną małą świeczkę, a w każdą niedziele dużą świecę. W ten sposób było łatwiej zobaczyć dzieciom, ile dni zostało do 24. grudnia. Z czasem i inni przejęli ten zwyczaj, przy czym wieńce zostały uproszczone – miały tylko 4 świece symbolizujące poszczególne niedziele adwentowe. Dziś wiele niemieckich rodzin stawia na stołach, bądź wiesza takie wieńce w swoich domach.
Nasz wieniec prezentuje się tak:)


Jeśli nawet nie mieliście okazji widzieć wieńców adwentowych, to założę się, że wiecie, co to kalendarz adwentowy. Tak, tak mam na myśli te kolorowe pudełka z wizerunkiem Świętego Mikołaja, czy też choinki z 24 okienkami skrywającymi czekoladki w różnych kształtach. Tak się składa, że tradycja kalendarza adwentowego przybyła do nas od naszych zachodnich sąsiadów! Ich początkiem były zawieszane na ścianie obrazki na ścianie – każdy obrazek symbolizował kolejny dzień do Gwiazdki. Często były to 24 obrazki, ale prawdziwy kalendarz adwentowy powinien liczyć dokładną liczbę dni od pierwszej niedzieli adwentu do Wigilii, co oznacza, że może ich być np. 27. Kalendarze z 24 okienkami to bardziej „kalendarze grudniowe”, ale nikt ich tak nie nazywa.
Zarówno wieńce, jak i kalendarze adwentowe wprowadzają do domów magiczną atmosferę oczekiwania na ten cudowny czas, jakim są Święta Bożego Narodzenia. Dzieci polubiły szczególnie kalendarze i nic dziwnego - z zasady skrywały w sobie jakąś tajemnicę. A kto nie lubi miłych niespodzianek? Z biegiem czasu kalendarze ewoluowały i przyjmowały nowe formy. My teoretycznie mamy dwa kalendarze adwentowe. Jeden z małymi woreczkami, a drugi ze skarpetkami, ale już na samym początku naszego związku zdecydowaliśmy się, że bedziemy zawieszać tylko jeden z nich. Z końcem listopada dzielimy się parzystymi lub nieparzystymi liczbami i wypełniamy dla siebie nawzajem poszczególne skarpetki:


Nie muszą to być wcale łakocie lub prezenty, jeśli ktoś widzi w tym zbyt dużo komercji i konsumpcjonizmu. Ja staram się co roku obdarować mojego Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża śmiesznymi obrazkami, fragmentami z wierszy, powiedzeniami, zaproszeniem na Weihnachtsmarkt lub wspólną kąpiel z szampanem...
W tym roku mój małżonek odwdzięczył się mi poniższym prezentem na Mikołajki:

Nie wiecie, co to jest? Też mi odjęło mowę, gdy w końcu po długich poszukiwaniach odkryłam kryjówkę, w której na mnie czekał (bo prezent nie zmieścił się nawet do tej dużej czerwonej skarpetki zawieszonej przy kalendarzu specjalnie z myślą o 6.12 i musiałam go sobie najpierw sama znaleźć). Szukasz, szukasz, a w końcu znajdujesz te dwie mordy...
Okazuje się, że Grüffelo to jakieś kultowe stwory w Niemczech i teraz będą nam towarzyszyć przez cały adwent. 24 karty zawierają zadania na każdy dzień oczekiwania na Gwiazdkę:

I tym sposobem na dziś zapowiedziane jest pieczenie jabłek z cynamonem. Juhu! Uwielbiam ich zapach unoszący się w domu.

Magiczne pudełko z tymi dwoma przeuroczymi istotami zawiera ponadto naszą nową dekorację na choinkę:


Może jednak niekoniecznie...


Jeśli macie ochotę możecie sami stworzyć swój własny kalendarz adwentowy. Mogą to być składane obrazki – gdzie każdego dnia otwierany byłby kolejny z nich; małe torebeczki skrywające niespodziankę na każdy dzień; obrazki do kolorowania, karty z różnymi zadaniami bądź układanka puzzle składająca się 24 elementów. W celu przygotowania tej ostatniej wystarczy narysować obrazek i pociąć go na 24 kawałki.
Fantastycznym pomysłem jest też wieczorne czytanie opowieści wigilijnych. Cała rodzina może się zebrać z kubkiem gorącej czekolady i wspólnie słuchać  kolejnych historii. Nam obecnie towarzyszą opowiadania bożonarodzeniowe z różnych krajów. Wczoraj poznaliśmy jedną z białoruskich bajek, dziś dzień rozpoczęliśmy opowiadaniem z Majorki.



Wszystko leży w rękach Waszej kreatywności!

Życzę Wam radosnego oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia!


PS. A to nasze jabłuszka, mniam-mniam!
Gorące, pieczone jabłka z lodami - niebo w gębie!

2 grudnia 2015

Weihnachtsmarkt

Jeśli świętować Boże Narodzenie to tylko w Polsce, ale czas adwentu najpiękniejszy jest w Niemczech. Pamiętam, jak jeszcze jako studentka spędzałam swoją pierwszą zimę u naszych zachodnich sąsiadów i jak zachwycił mnie u nich okres oczekiwania na Gwiazdkę. Podczas gdy u nas w wielu rodzinach tworzy się na grudzień cały harmonogram mycia okien, prania firanek i pościeli, wielgachnych zakupów, które wykarmiłyby cały dywizjon armii, a na koniec trzydniowego pichcenia, to czas adwentu w Niemczech jest bardziej poświęcony celebrowaniu magii, jaka otacza Boże Narodzenie. Rodzina i kręgi przyjaciół niekoniecznie czekają do 24.12 na wielkie spotkanie, tylko przez cały miesiąc wspólnie chodzą na koncerty kolęd, wystawy adwentowe (wiele galerii urządza specjalnie na ten czas wystawy - nie muszą to wcale być obrazki z zimowymi krajobrazami, po prostu atmosfera panująca wówczas w galeriach przypomina, że zabliża się czas świąt), organizują imprezy podczas których wszyscy goście wspólnie przystrajają choinkę, czy też Glühweinparty (imprezy, na których króluje grzaniec) tudzież spotykają się na jarmarku bożonarodzeniowym (Weihnachtsmarkt). Właśnie Weihnachtsmarkty kocham najbardziej. Wpisały się one już na stałe w grudniowy krajobraz miast niemieckich. To ich obecność roznieca w powietrzu magię oczekiwania na Boże Narodzenie, czego mi w Polsce brak. Wprawdzie przychodzą one powoli i do nas, ale jeszcze nieśmiało i nie zawsze z tą atmosferą, jaką wysypują z worka tutaj w Niemczech. Oczywiście jestem świadoma tego, że na owych jarmarkach inni zarabiają niemałe pieniądze, więc i żądny kapitalizm się kłania, ale w tym przypadku cenię bardziej fakt, że Weihnachtsmarkty motywuja ludzi do spotkań i spędzenia wspólnie czasu. W końcu chyba to jest najważniejsze, a firanki zawsze mogę sobie uprać w styczniu. 
A tak wygląda w naszym mieście Weihnachtsmarkt:)

Czego na jarmarku bożonarodzeniowym nie może zabraknąć to punczu i grzańca

Stałą atrakcją są też drewniane zabawki dla dzieci




Najważniejszy punkt każdego Weihnachtsmarktu: Weihnachtspyramide (Piramida bożonarodzeniowa)

Śmieszny pomysł: łyżwy na choince - dekoracja w jedenj z kawiarni.

Wkrótce opowiem Wam o innych tradycjach adwentowych w Niemczech, a na razie życzę Wam, żebyscie w gonitwie przedświątecznej znaleźli czas dla swoich najbliższych. Pamietajcie: każdy dzień to pierwszy dzień Waszego dalszego życia!

Cudownego czasu adwentu!

21 listopada 2015

"Zmarłych trzeba nieustannie na nowo odkopywać (...)"

Nie mogłam się zdecydować, czy po wydarzeniach zeszłego tygodnia wrócić tak od niczego sobie do normalności, czy jednak pogrzebać w rozżarzonym węglu. Spróbowałam pierwszego - opublikowałam lekki post o codzienności w Niemczech i okazało się, że przemilczane w ten sposób kwestie zaczęły mnie dręczyć, szarpać i molestować moją psychikę o poświęcenie im chwili uwagi. Toteż postanowiłam dać im prawo dojścia do głosu, a uczynię to słowami wybitnego dramatopisarza niemieckiego Heinera Müllera. Wróciłam bowiem właśnie z poświęconemu jego twórczości sympozjum międzynarodowego, które odbyło się w Aachen. 


Niestety w Polsce dorobek artystyczny Heinera Müllera jest słabo znany. Polski odbiorca mógł się zapoznać z  niektórymi z jego dzieł głównie dzięki przekładom Jacka St. Burasa. Niestety bez odpowiedniego fundamentu müllerowskie utwory pozostaną dla przeciętnego widza kompletnie niezrozumiałe. Stosowany przez autora język jest tak zaszyfrowany, że potrzeba swoistego rodzaju Enigmy, by dokopać się do tkwiącej w nich ponadczasowej prawdy. Przeglądając polskie recenzje  widzę, że niewielu krytyków  zadało sobie ten trud. Niejednokrotnie czytam na polskich stronach o "trudnej do zniesienia ideologicznej estetyce" jego utworów (np. Grzegorz Chojnowski na stronie wrocławskiego teatru polskiego:http://www.teatrpolski.wroc.pl/media-o-nas/recenzje/szosa-wolokolamska), o nudnym już grzebaniu w drugiej wojnie światowej (min. także ebid.), wreszcie o męczących kontekstach seksualnych. Jako germanistka zdaję sobie sprawę z faktu, jak ciężkim do zgryzienia orzechem są dramaty Heinera Müllera. Gdyby nie fakt, że część studiów odbyłam w Niemczech, gdzie po raz pierwszy zostałam skonfrontowana z jego twórczością (na uniwersytecie w Polsce nazwisko tego dramatopisarza nie padło ani razu na żadnym seminarium, czy wykładzie), to wielce możliwe, że sama należałabym do masy odbiorców, którzy nie do końca wiedzieliby, co z müllerowskimi tekstami zrobić. Niemniej od osób, które aspirują do miana krytyków literackich tudzież teatralnych i na publicznym forum dokonują oceny poszczególnych dzieł wymaga się dogłębnego zbadania tematu, a nie powierzchownej oceny, jako że w efekcie swoich zaniedbań dostarczają masom błędny przekaz. A szkoda, bo Heiner Müller ma wiele ciekawego do powiedzenia. Niemieckojęzyczny obszar dostarcza szeroki wachlarz narzędzi do pracy  z jego dramatami. Cała masa literaturoznawców od lat rozkłada jego teksty na czynniki pierwsze, więc to głównie z lężacego po naszej stronie lenistwa Müller jest w Polsce często źle interpretowany. Jego dzieła wcale nie pozostają aktualne tylko dla doby socjalizmu, czy też czasu  rozliczeń niemieckich zbrodnii wojennych, ale są PONADCZASOWE i arcygenialnie tłumaczą mechanizmy stosowane w polityce, kręgi, jakie zatacza historia oraz działania jednostki zmuszonej do przyjęcia przypisanej jej przez los roli.
W tym roku przypada 20 rocznica śmierci Heinera Müllera. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach boleśnie rozbrzmiewa pustka, jaką po sobie pozostawił i której nikt do tej pory nie umiał wypełnić, ale w swojej spuściźnie pozostawił nam dzieła, które na matrycach wziętych z mitologii tudzież naszej niedawnej przeszłości rewelacyjnie tłumaczą teraźniejszość.
Jednym z głównych postulatów Heinera Müllera, którymi próbował ostrzec ludzkość przed wylądowaniem w zaułku, w jakim obecnie się znaleźliśmy, były słowa:
  

"To czego człowiek potrzebuje, to nie wieczność chwili. Zmarłych trzeba nieustannie na nowo odkopywać, bo tylko z nich można czerpać przyszłość." [tł. K.M.]


Dziś żyjemy w świecie, w którym zmarli zostali pogrzebani, a do głosu doszli żyjący...


14 listopada 2015

Minuta ciszy dla ofiar zamachów w Paryżu

Dziś świat łączy się w bólu z Francją. Budynki na całym globie przybierają barwy narodowe tego kraju. I ja łączę się w smutku z cierpieniem zwykłych ludzi. Dziś nie zagłębiam się w politykę, ani w historię. Zapalając symbolicznie świeczki ku pamięci ofiar nocnych ataków w Paryżu pragnę wyrazić swoją solidarność z osobami, których dotknęła wielka tragedia.


8 listopada 2015

Niemieckie "Alternatywy 4" oraz niezmienne od co najmniej XIXw. torty kremowe

Przyszła jesień. Jakaś spóźniona jest tego roku. Listopad, a u nas jeszcze sporo drzew tonie w zieleni... Niemniej dekoracja na naszej klatce schodowej nieubłagalnie przypomina, że to jednak ta, a nie inna pora roku rozgościła się u nas.



Nasza sąsiadka bowiem  dba o wystrój klatki schodowej i z każdą porą roku zmienia dekorację na parapecie okiennym. Słodkie to i ostatnio kupiliśmy jej nawet czekoladki z podziękowaniem za jej starania. Należy tu jednak od razu nadmienić, że w Niemczech życie w wielorodzinnym budynku mieszkalnym może niejednokrotnie oznaczać takie "Alternatywy 4" na żywo. Właśnie w takim "bloku" mieszkamy i my. Sprzątanie klatki schodowej to zadanie lokatorów, a swoją powinność należy odbębnić raz w tygodniu. Różnica polega na tym, że tutaj ludzie traktują to jak niezwykle chlubne zadanie - w końcu troszczą się o czystość dla ogółu. Jakoś do dnia dzisiejszego nie potrafiłam zarazić się tym entuzjastycznym podejściem do szorowania schodów na klatce. Jakbym miała mało obowiązków w domu, za dużo czasu i żadnych ciekawszych rzeczy do roboty... Na szczęście podział sprzątania jest dość przejrzysty: każdy dba o swoje półpiętro, a że mieszkamy na poddaszu, to inni nie korzystają z "naszej" części klatki  schodowej. Sąsiada też jakoś nie ciągnie do szmat i tak sobie radośnie żyjemy w naszym "chlewiku". Tzn., jak już zaczyna być nam wstyd przyjmować gości, to oblecimy szybko szczotką te nasze schody, ale ogólnie zamyka się to w pięciu, dziesięciu minutach cztery razy do roku, także do przeżycia. Gorzej mają sąsiedzi z parteru. Ciągle się ze sobą kłócą. Mieszka tam bowiem emerytowane małżeństwo - mili ludzie, ale bardzo "ą i ę". Za sąsiadów mają wytatuowaną młodą parę, która również nie za bardzo się troszczy o dobre samopoczucie ogółu, czego starsza para nie może ździerżyć. Jeśli raz w tygodniu posadzka nie zostanie wypolerowana, a skrzynki na listy odkurzone dostają białej gorączki. Kończy się więc tym, że sąsiadkę z parteru widuję głównie z jej stałym już atrybutem - ścierą w ręce.  A to wyciera z kurzu domofon oraz framugi drzwi wejściowych, a to poleruje poręcze... Jej mąż dba w tym czasie o nieskazitelność naszego trawnika  - lata przed blokiem z takim kijkiem z ostrzem, na który nadziewa każdy najdrobniejszy okruch... Naprawdę cieszę się niezwykle, że nie mieszkamy na parterze! I że w ramach sąsiedzkiej działalności nie mamy cotygodniowych spotkań chóru w komórce.

Wystrój okna na naszej klatce przypomina w każdym razie, że za oknem króluje jesień. 

Uwielbiam tą porę roku! Kolorowe pejzaże, jakie maluje natura, temperatury, które nie wymagają smarowania się kremem z filtrem UV, ani też zakładania pięciu swetrów na siebie. I tak dziś, po otulonym we mgłę i rozpłakanym październiku roześmiane słońce wyciągnęło nas z domu na jesienny spacer. Właściwie nie lubię niedziel w Niemczech. Tego dnia tygodnia w większości kraju panuje atmosfera, jakby połowa ludności wymarła. Ostry komsumpcjonizm panujący w Polsce przyzwyczaił mnie do otwartych sklepów i innych przybytków w niedzielę. W Niemczech rzecz nie do pomyślenia - to dzień odpoczynku. Cisza, spokój, nuda... Najczęściej uciekamy od tego wyprawiając się na wycieczki, organizując wypad do kina, czy do teatru, biorąc udział w jakiś eventach, czy też spotykając się z rodziną lub znajomymi, ale dziś pogoda była idealna by i sobie zrobić "lazy Sunday". I tak odwiedziliśmy zakątki, które w naszych okolicach wyjątkowo lubimy:)








Uwielbiam widok na ten dom - nie wiem dlaczego, ale budzi we mnie skojarzenia z Estonią.



A te magiczne schody zaprowadziły nas do miłej kawiarenki na wzniesieniu


O 15:00 zegary u sąsiada za Odrą wybijają "Kaffeezeit", oczywiście do kawy musi być ciasto. Odebrać Niemcom ich słodką przekąskę to jak odebrać im podstawowe prawa obywatelskie. Ja jednak za ciasto dziękuję - moja asymilacja nie musi przebiegać aż tak daleko, by upodabniać się wyglądem do stosunkowo często otyłych Niemek. Już w XIX w. brytyjski pisarz Jerome K. Jerome w swojej książce "Trzech panów na rowerach" oskarżał w niewybrednych słowach niemieckie kremowe torty, tak chętnie tutaj serwowane do tradycyjnej kawy, o zdeformowane kształty mieszkanek kraju Goethego. Mamy XXI w., a w tej materii czas jakby stanął w miejscu... Na szczęście moim uzależnieniem nie są słodycze, a Latte Macchiato:) Zatapiam się zatem z kawą w ręce w swojej książce Floriana Illiesa, która to zabiera mnie w rok 1913. Franz Kafka właśnie składa swojej ukochanej najgorsze z możliwych oświadczyn, Hitler maluje w Monachium akwarele, a Else Laske-Schüler pada z zachwytu na kolana przed zaprezentowaną w Berlinie głową Amenophisa - jednym z trofeów ostatniej ekspedycji egipskiej.
Zaczyna zmierzchać, czas wracać do domu. Po drodze spotykamy sporo rodzin, które bawią się na kolorowych dywanach utkanych przez jesień. Pozytywną stroną zamkniętych sklepów w niedzielę w Niemczech jest fakt, że ludzie mają dla siebie czas. Taki z prawdziwego zdarzenia. Nie lecą oglądać specjalnych ofert do hipermarketów, nie włóczą się po centrach sklepowych, tylko poświęcają sobie jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mamy w życiu: CZAS.
I Wam życzę jeszcze wielu cudownych spacerów tej jesieni!





18 października 2015

Jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia


Wielkimi krokami zbliżają się wybory w Polsce. Oczywiście zamierzam wziąć w nich udział i w duszy śmieję się sama do siebie (a jednocześnie też i z siebie), gdy przypominam sobie, jak jeszcze parę lat temu z moim ówczesnym partnerem kłóciłam się, że Polacy mieszkający za granicą nie powinni mieć prawa do głosowania. "W końcu to my musimy siedzieć w kraju z wybranym rządem, a nie oni użerają się każdego dnia z wybranymi politykami" argumentowałam. Minęło kilka lat, zmieniła się moja sytuacja życiowa, sama stałam się Polką na obczyźnie i nagle postrzegam tą kwestię zupełnie inaczej. Zrozumiałam kontraargumenty z dyskusji sprzed lat, bo są one obecnie moimi argumentami, dlaczego Polacy za granicą powinni mieć prawo udziału w wyborach: 

Po pierwsze
Wyjazd z Polski nie musi oznaczać opuszczenia ojczyzny na zawsze. I choć w przeszłości parowałam tego typu wypowiedź odpowiedzią, że „proszę bardzo, po powrocie, jak już będą siedzieć tu na stałe, mogą sobie znowu mieć prawo do głosowania”, to teraz sama rozumiem, że nawet będąc daleko chcemy mieć wpływ na kierunek rozwoju kraju, z którego pochodzimy. Od tego zależy, do jakiego kraju kiedyś (może) wrócimy, a jeśli nawet do niego nie wrócimy, to nie znaczy, że losy ojczyzny nie leżą nam na sercu. Oj, leżą - już chociażby z faktu, że żyją tam nadal nasze rodziny i przyjaciele.


Po drugie
Czasem mimo emigracji poza rodziną i przyjaciółmi jest więcej nici łączących nas z krajem ojczystym, jak chociażby pozostawiony majątek w postaci nieruchomości tudzież innych aktywów, albo nawet nadal wykonywana dla firm w Polsce względnie czekająca tam na nas praca. Innym razem mogą to być niezamknięte zobowiązania finansowe lub też inne sprawy urzędowe, sądowe itp.


Po trzecie
My, Polacy na obczyźnie niejednokrotnie mocniej interesujemy się sceną polityczną w Polsce aniżeli sami rodacy w kraju. Mogłam to zaobserwować chociażby przed wyborami prezydenckimi. Podczas, gdy ze znajomymi Polakami w Niemczech prowadziliśmy długie dyskusje na temat poszczególnych kandydatów i co ich wybór oznaczałby dla życia naszego kraju, spora grupa znajomych pozostałych w Polsce na pytanie, kogo oni popierają odpowiadała swobodnym tonem, że właściwie ich to nie interesuje, bo i tak nic się nie zmieni. Może się nie zmieni, a może jednak...? W końcu nie po to walczyliśmy o demokrację, aby teraz tak z niej nonszalancko rezygnować. Znacie scenę z „Blaszanego bębenka”, gdy mały Oskar wytrąca całą orkiestrę z rytmu? To jest właśnie to – jednostka może mieć wpływ na to, co się dzieje dookoła niej.


Po czwarte
To chyba nie przestępstwo, że zależy nam, aby nasz kraj miał w miarę dobre stosunki z państwem, do którego wyemigrowaliśmy (oczywiście nie za wszelką cenę).


25 października zamierzam zatem skorzystać z prawa, które sama sobie chciałam jeszcze kilka lat temu odebrać (oj, głupiutką Kasią byłam). Przygotowałam się: możliwie uważnie starałam się przestudiować programy poszczególnych partii i mam nadzieję, że mój wybór jest najlepszy dla naszego państwa, nawet gdy jest to wybór  pomiędzy dżumą, a cholerą...






2 października 2015

Święto Zjednoczenia Niemiec

3 października u sąsiada za Odrą to święto narodowe. Tego dnia Niemcy świętują ponowne zjednoczenie. W telewizji serwowane są radosne obrazki ze scenami burzenia muru berlińskiego i ludzi z obydwu stron Berlina wpadających sobie w ramiona. Panuje radość, łzy wzruszenia lecą strumieniami, a to wszystko przy akompaniamencie radosnych okrzyków. 11 miesięcy po tych wydarzeniach dochodzi do oficjalnego zjednoczenia obydwóch państw niemieckich. W fali ogólnej radości mało kto wie, że Rosjanie podczas negocjacji pod debatę stawiają także kwestię terenów byłych Prus Wschodnich, RFN odrzuca jednak propozycję ich ewentualnego odkupienia i tak już za samo NRD musi zapłacić 15 miliardów marek niemieckich (co czyni ok. 90 marek za każdego mieszkańca kraju). 
Entuzjazm i miłość do bliźniego w zjednoczonym kraju panuje ok. 6 miesięcy, potem zaczyna się rozczarowanie. Byłe NRD zalewają zachodnie produkty, inwestorzy wykupują za bezcen pozostałości po socjalistycznych zakładach pracy, a przeciętny obywatel z byłych Niemiec Zachodnich zaczyna pojmować, że to teraz na tej części Republiki spoczywać będzie finansowanie całego przedsięwzięcia. W obiegu pojawia się coraz więcej niewybrednych dowcipów o Ossis (Niemcach z byłego NRD). Ciągle łatwo ich rozróżnić po stroju, sposobie bycia i postawie ciała (spuszczona głowa) na ulicy. Są teraz obywatelami drugiej kategorii. Coraz więcej zaczyna się mówić, że grupa obywateli, która optowała za trzecią droga dla NRD miała prawdopodobnie rację...

Pozostałości muru berlińskiego przy Muzeum Topografia Terroru


Do 2014 roku akt zjednoczenia kosztował Niemcy dwa biliony euro. (dane: Zeit Online, "Eine Zahl mit zwölf Nullen", 23. październik 2014). Tą liczbą mieszkańcy byłych Niemiec Zachodnich lubią sobie niejednokrotnie wycierać gębę, stękając przy tym, jak ciężko im się teraz żyje i wracając do wspomnień, jaki piękny i kolorowy był świat bez tego enerdowskiego balastu. Co zadziwia takie wypowiedzi słyszę niejednokrotnie od osób popierających partie lewicowe... (Przy tym wszystkim dziwi fakt nieutulonych tęsknot części społeczeństwa, że i Prus Wschodnich RFN wtedy nie wykupiło...). Obywatele byłego NRD mają zaś niejednokrotnie poczucie wyzucia z własnej historii, godności i bycia po prostu kupionym przez Zachód.
Temat poniesionych kosztów w procesie zjednoczenia kraju jest jak beczka prochu, której naukowcy na forum publicznym nie chcą otwierać. Prawda jest jednak taka, że sporą część z owej astronomicznej sumy  dwóch bilionów poniosły same byłe Niemcy Wschodnie. Dodatkowo, jak podaje Zeit Online, po 1990 setki tysięcy byłych obywateli NRD przeprowadziło się na zachód kraju, po odliczeniu migracji między wschodnią,  a zachodnią częścią kraju byłe Niemcy Zachodnie miały zyskać 2 miliony nowych rąk do pracy, co z kolei miało przynieść państwu niemieckiemu 35 miliardów euro rocznie z samych podatków uzyskanych od dochodów. O tym się już zbytnio nie mówi.
Niemniej dokładne podliczenie zysków i strat utrudnia fakt otwarcia dla Niemiec nowych rynków na wschodzie oraz napływ imigrantów do Niemiec, którzy także wypracowują nie małą część produktu krajowego brutto (odsyłam do mojego postu: http://sbundowani.blogspot.de/2015/09/euromajdan-eu-imigranci-i-media.html)
Inną kwestię stanowią rzesze bezrobotnych na wschodzie kraju żyjące z zasiłku. Tu muszę się na chwile zatrzymać i abstrahując od tematu wyrazić ogromne uznanie dla Polaków, którzy po zmianie systemu wzięli swój los w ręce i pokazali, że potrafią być niezwykle przedsiębiorczy. Państwo niemieckie ze swoim superowym socjalem rozleniwiło dość mocno swoich obywateli, którzy stękają i marudzą, jak im ciężko, ale stosunkowo mało inicjatywy wykazują, by ten stan rzeczy zmienić.
Wracając jednak do tematu rozliczenia zjednoczenia Niemiec, do głosu dochodzi jeszcze jeden aspekt, a mianowicie przeliczenie emerytur ludziom z byłego NRD po stawce RFN. Informacji, jak to się przekłada na końcowy bilans rozliczeń nie mogę już znaleźć...
Podsumowując można chyba jednak stwierdzić, że obydwie strony coś straciły i coś zyskały, ale radość z faktu bycia w końcu jednym narodem zatruwają Niemcom wzajemne żale. Dla tych z Zachodu są one związane głównie z kwestiami finansowymi, a dla tych ze Wschodu napomknięte już wcześniej poczucie bycia okradzionym z własnej tożsamości. Podczas zjednoczenia popełniono bowiem ogromny błąd. RFN w całej swojej pyszałkowatej pewności, że jej wizja na państwo i życie jest lepsza, nie zainteresowała się specjalnie w jakiej rzeczywistości przez 40 lat jej nowi obywatele żyli i że może były w tej socjalistycznej rzeczywistości rzeczy, które obywatele NRD przy całej niedoskonałości funkcjonowania systemu socjalistycznego jednak cenili. NRD zostało wykupione od Rosjan, po czym nowym terenom narzucono swoją hierarchię wartości. Gdy jest się świadomym tego, jak przebiegł proces integracji nie dziwią już wypowiedzi byłych obywateli NRD, że właściwie to zostali anektowani. Od przeciętnego Niemca wymaga się znajomości pisarzy z zachodniej części Niemiec, ale taki Wessi (Niemiec Zachodni) rzadko się zainteresuje, czy w ciągu 40 lat istnienia NRD powstały tam może ciekawe utwory literackie, czy też filmy. Wielu z góry zakłada, że kultury w tym kraju nie było. A we Wschodnich Niemczech powstało wiele niezwykle interesujacych dzieł, niejednokrotnie o wiele ciekawszych niż dzieła autorów z Niemiec Zachodnich, tak to bowiem bywa, że w reżimach politycznych kultura potrafi niesamowicie rozkwitnąć.
Co mnie jednak napawa jeszcze większym obrzydzeniem niż ignorancja dużej części zachodniego społeczeństwa w Niemczech jest ich przekonanie o słuszności własnych poczynań. Niejednokrotnie podczas wszelakiego rodzaju dyskusji nt. ustroju politycznego NRD dochodzą do głosu opinie "Jak mogliście dopasować się do tak obrzydliwego, nieludzkiego systemu?". Przy tym byli Niemcy Zachodni zapominają, że po II wojnie światowej nie rozliczyli oprawców nazizmu. Obywatele kraju wystawiali sobie nawzajem tzw. Persilscheine ("zaświadczenia o czystości poglądów", nawiązujące w nazwie do znanej marki proszku do prania), w których to zapewniali. że ich sąsiad, wujek, kolega z pracy nie miał nigdy nic wspólnego z Niemiecką Narodowosocjalistyczną Partią Robotników. Umożliwiło to wielu zbrodniarzom wojennym dalsze spokojne życie. Jednym z przykładów jest Reinefarth odpowiedzialny za masakrę na Woli podczas Powstania Warszawskiego. Do 1962 był posłem do Landtagu prowincji Schleswig-Holstein, a od 1967 prowadził własną kancelarię. Nigdy się nie ukrywał, zmarł w 1979. Kolejny przykład, to procesy oświęcimskie, które odbyły się dopiero 20 lat (!) po zakończeniu wojny i skończyły się pokazowym oskarżeniem części zbrodniarzy skazanych na dość łagodne kary. Do czasu drugich procesów oświęcimskich (pierwsze miały miejsce w Polsce w 1947) pojęcie "Auschwitz" było w RFN nieznane. 
W obliczu tych faktów wytykanie swoich braci z pogardą nie jest na miejscu, zwłaszcza, że NRD rozliczyło się w miarę dokładnie ze swoją nazistowską przeszłością. O to postarali się Rosjanie. Już w 1946 w NRD nakręcono film pod tytułem "Mordercy są wśród nas" poruszający problem przebywających na wolności przestępców wojennych. Obywatele NRD też nigdy nie mieli ciągot odzyskania utraconych terenów na Wschodzie, za którymi tak wzdychają (nieraz nawet do dnia dzisiejszego) Wessis. 
To fakt, że i ustrój oraz panująca atmosfera w NRD pozostawiała sporo do życzenia. Od każdego Polaka, który w tamtym czasie był w Niemczech Wschodnich słyszę opowieści o koszmarnej inwigilacji. Sami Ossis częściej koncentrują się na wspomnieniach, jak to ludzie sobie nawzajem pomagali. Zaczęłam się zastanawiać zatem, kto ma rację i kto mniej zniekształcił swoje wspomnienia, aż w końcu znajomy z byłych Niemiec Zachodnich, którego żona pochodziła z NRD wytłumaczył mi, jakoby obydwie te wersje były prawdziwe. "Wzajemne szpiegowanie się było codziennością, więc przy obcych zachowywano się niezwykle na dystans, ale gdy ludzie zostawali w gronie ludzi dobrze znanych, pokazywali nagle inne twarze, a wszelkie spotkania stanowiły po części też miejsce niejakiego rynku, gdzie załatwiano dla siebie nawzajem przeróżne rzeczy." opowiada mi.
I Ossis, i Wessis mają swoje za paznokciami, ale na niemieckim forum publicznym głośno mówi się jednak tylko o wszelkich niedemokratycznych występkach NRD, o braku właściwego rozliczenia się ze swojej nazistowskiej przeszłości przez RFN milczy się. W końcu Willy Brandt klęknął w 1970 przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, tego że znaczna część opinii publicznej wówczas go za to opluła już się nie pamięta. 
Państwo powinno traktować takimi samymi kategoriami wszystkich swoich obywateli. Nie można gnoić jednej grupy, gdy druga część też święta nie była, a przede wszystkim nie można powiedzieć ludziom, że 40 lat ich życia było nic niewarte. A w Niemczech właśnie to ma miejsce, a każde święto Ponownego Zjednoczenia przebiegające według schematu "zwycięzcy historii" - jak to nazywają często Ossis - jest jak wsadzanie noża w ranę.
Przykry w tym wszystkim jest fakt, że prezydent kraju zamiast pracować na rzecz zespolenia społeczeństwa dzieli je jeszcze bardziej. Początkowo nie mogłam zrozumieć, dlaczego wielu Ossis z taką pogardą wypowiada się o Joachimie Gaucku, którego ja osobiście niezwykle cenię za jego zwrócenie się w stronę Europy Środkowo-Wschodniej i pracę na rzecz dobrych relacji politycznych z tą częścią Europy, ale kupiłam sobie w końcu jego książkę "Zima latem, wiosna jesienią" i... zrozumiałam.

File:2016-10-03 Joachim Gauck (Tag der Deutschen Einheit 2016 in Dresden) by Sandro Halank.jpg
Autor: Sandro Halank. Źródło: Wikimedia - zdjęcie udostępnione na podstawie licencji: CC-BY-SA 3.0

Choć Gauck sam pochodzi z byłych Niemiec Wschodnich patrzy na historię niezwykle jednostronnie - pozytywnych stron enerdowskiej rzeczywistości nie widzi, osiągnięcia swoich współziomków przeacza, o dorobku kulturalnym NRD się nie zająkuje - jednym słowem ogłasza wszem i wobec, że życie kilkunastu milionów obywateli NRD było szare, do niczego i niejednokrotnie odarte z godności. Proszę bardzo, jako prywatna osoba może sobie mieć taką opinię, ale od głowy kraju oczekuje się jednak działań mających na celu zbliżenie ku sobie poszczególnych grup społeczeństwa.
Tak na marginesie, to Gauck pozwala sobie w swojej książce na wiele więcej, jako że pod koniec przechodzi do oceny polityki wybranych państw po upadku Związku Radzieckiego. Min. ocenia Polaków, jakoby popełnili błąd nie przeprowadzając zaraz po zmianie ustroju takiej lustracji, jaką Niemcy u siebie zorganizowali. O tym, czy polska idea "wielkiej kreski" była słuszna, czy nie można dyskutować. Są grupy społeczne, które ubolewają nad faktem, że nie przeprowadziliśmy lustracji, inne uważają, że w obliczu problemów, przed jakimi staliśmy, ważniejsze od wzajemnego wytykania się palcami i kłótni było wyciągnięcie się z bagna, w którym wówczas wylądowaliśmy. Osobiście przychylam się do tej drugiej opinii, ale rozumiem rozczarowanie ludzi, którym rozliczenia z przeszłością zabrakło. Co mi jednak w lekko wygłoszonej opinii Gaucka przeszkadza jest fakt, że w swojej książce w ogóle nie zauważa odmiennej sytuacji gospodarczej i ekonomicznej naszego kraju w tamtym czasie. My nie mieliśmy brata z Zachodu, który wpompował w nas kupę kasy. Staliśmy na skraju bankructwa, panowała wielka bieda i w tatmtym momencie musieliśmy się w miarę szybko na jakiś kurs zdecydować. Decyzja padła na "kolektywną" pracę na rzecz odbudowy kraju. A Gauck w tonie swojego pastorskiego moralizatorstwea powołuje się w końcu na  jakiś afrykański kraj, co już w ogóle nie ma przełożenia do oceny wydarzeń na naszej szerokości geograficznej.
Wróćmy jednak na niemieckie podwórko. Mniej więcej w podobny sposób odbywa się i jego rozliczenie przeszłości NRD. Przestaje zatem dziwić, że przeciętny Wessi myśli, iż taki Ossi powinien być wdzięczny za przynależność do świata Zachodu, w końcu sam prezydent kraju tako rzecze. A Ossis powoli rzygają konsumpcjonizmem, którym ich zakażono. Tęsknią za wysokim poziomem szkolnictwa i kulturą trzymającą pewne standardy. Ból braku poważnego potraktowania kończy się dążeniami do uznania byłych Niemców Wschodnich jako mniejszości narodowej. Na razie wniosek odrzucono, ale w internecie pojawia się coraz więcej ofert sprzedaży koszulek z napisami "Dziękuję mamo, że jestem Ossi". Słyszę, gdy coraz więcej Niemców z terenów wschodnich podkreśla, że pochodzą z tych WŁAŚCIWYCH Niemiec, które rozliczyły się z historią nazistowską. Obserwuję też, jak coraz mocniej kultywowane są dialekty wschodnie zwłaszcza po serii naprawdę żenujących reklam telewizyjnych, w których wyśmiewano się z języka używanego w przyłączonych Bundeslandach.

Jakoś to wszystko nie wygląda mi, aby Niemcy szli w stronę wzajemnego zrozumienia i smutne to, bo w końcu cała gra toczy się o odrobinę wzajemnego szacunku. W końcu święto upamiętniające zjednoczenie kraju powinno być raczej radosne, a nie stanowić przyczynek do odgrzewania wzajemnych żali.