7 kwietnia 2020

Życie z koronawirusem w Niemczech cz.1



Od wielu znajomych z Polski jestem zasypywana pytaniami, jak wygląda życie w Niemczech w czasach koronawirusa, bo przecież sytuacja u nas przedstawia się „tak tragicznie!”. Odpowiem tak: w porównaniu do obecnej sytuacji w Polsce żyje nam się tu różowo-cukierkowo😊
 
Pomijając drobny mankament braku w sklepach papieru toaletowego od około miesiąca, co zawsze mogę jednak potraktować jako swoistego rodzaju pozytyw, bo taki stan rzeczy pozwala mi się wczuć jeszcze lepiej w te wszystkie komedie z czasów socjalizmu, gdzie jedną z najcenniejszych ozdób na szyi kobiety był naszyjnik z papierowych rolek, to naprawdę mogę losowi tylko dziękować, że rzucił mnie na ten czas na zachodnią stronę granicy polsko-niemieckiej. I wcale nie mam na myśli tutejszego systemu zdrowia, bo jak wiecie z moich wcześniejszych postów mam osobiście z nim złe doświadczenia i moje awersje okupione w przeszłości dużym bólem i niepewnością nie znikną tak nagle z dnia na dzień. Po prostu w dobie, gdy świat postanowił zwariować, niemiecki racjonalizm spowodował, że żyje nam się tu dość normalnie, na ile to możliwe w obecnej sytuacji. Nie mamy poczucia, że wózek, na którym jedziemy, się wykoleił i ciągnie nas za nogi wprost na zderzenie z murem, a wszystko z nieba filmują drony.

Muszę przyznać, że zajęta od początku roku prowadzeniem projektu artystycznego oraz przywalona dużą ilością pracy w innych branżach nie miałam dostatecznie czasu na śledzenie wiadomości. Po raz pierwszy zainteresowałam się tematem koronawirusa jakoś w drugiej połowie lutego, gdy jeden z naszych rodaków zapytał mnie, czy Niemcy podobnie jak Polacy panikują. Po raz pierwszy na pytanie odnośnie zachowań Niemców nie umiałam odpowiedzieć. Jedyne co byłam w stanie odrzec, to że Niemcy nie są takimi hipochondrykami jak Polacy. Moi zagraniczni znajomi leżą bowiem już na podłodze ze śmiechu, gdy zdarzy im się gdzieś być, gdzie akurat leci polska telewizja. Oglądając ją doszli do wniosku, że 90% polskiego społeczeństwa musi być chronicznie chora, bo co druga reklama namawia do zakupu jakiś tabletek, syropków i innych medykamentów. Toteż gdy jesteśmy w grupie, gdzie akurat jest dostęp do polskich programów, robimy już zakłady, czy jako następne będą tabletki na przeczyszczenie, na kaszel, czy jeszcze na coś innego. I niezależnie od tego, kto wygrywa, większość kolejnych reklam wywołuje nasze spazmy śmiechu, bo zgodnie z przypuszczeniami na ekranie wyświetlają się po sobie lekarstwa w takim tempie, jakby chorowanie zajmowało ponad 70% czasu egzystencji Polaków. Podobnie porównując opowieści starszych Niemców, a Polaków ma się wrażenie, że życie tych drugich toczy się tylko między trzema stacjami: lekarz-kościół-cmentarz (odwiedziny u bliskich). Potem znowu lekarz i kolejny lekarz... O wiele rzadziej słyszę od starszych Niemców aż tak dokładnie zdawane relacje ze swojej choroby. Polacy zdają się w tym lubować, jakby to był ich taki mały sport narodowy. W porównaniu do Niemców jesteśmy też zmarźluchami. To wina tego naszego ciepłego chowu. Małe dzieci zawija się w pięć kurtek, trzy czapki i na wszelki wypadek jeszcze w dwa koce, co by maluszek nie zmarzł. Potem okazuje się, że w sali, gdzie jest ponad 20C stopni, Polacy siedzą w kurtkach i nie pozwalają otworzyć okien, a Niemcy nie mogą złapać tchu w powstałej duchocie (stały obrazek z wymian młodzieży polsko-niemieckiej, jakie prowadzimy). 


Mi się udało, mam nadzieję, że do czasu spożytkowania przez nas naszych zapasów w sklepach w końcu coś się pojawi.


Gdy padło zatem pytanie, czy Niemcy też panikują ze strachu przed koronawirusem miałam już wizję, jak najbliższy czas może wyglądać w Polsce. Nie myślałam jednak, że rozwinie się ona do takiego absurdu, jaki ma tam miejsce obecnie. Oczywiście i tutaj był moment baraniego pędu. Po zwykłym stwierdzeniu w któryś wiadomościach, iż w domu powinno się mieć zapasy pozwalające przetrwać min. 10 dni (co w polskich mediach błędnie przekazano, jakoby rząd niemiecki nawoływał ludność swojego kraju do przygotowania się niczym na wojnę), lud ruszył z oblężeniem na sklepy. Nie mając ochoty poddać się zbiorowej psychozie pozostaliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem przy naszych starych nawykach zakupowych. Dopiero 16.03, gdy w wieczornych wiadomościach zapowiedziano zamknięcie wszystkich sklepów poza spożywczymi i drogeriami, zadecydowałam o 21.30 o wyjściu do sklepu, na wypadek gdyby komunikat ten wywołał kolejną falę szaleństwa wśród tutejszej ludności. Na miejscu stwierdziłam, że obawy były bezpodstawne, bo regały z produktami, których i tak nie kupuję (czyli żarcie w puszkach i gotowe dania) były już wysprzątane do zera. Potrzeby wielkich zakupów też w sumie nie miałam, bo po oględzinach lodówki przed wyjściem stwierdziłam, że jak dobrze rozporządzić tym, co w  niej mamy, to nawet i trzy tygodnie byśmy na naszym jedzeniu przejechali. Efekt zwykłego, rozsądnego planowania, bez przygotowywania bunkra na wojnę atomową. Jeden produkt, składowania którego nie doceniliśmy, to osławiony już papier toaletowy. 




Tego towaru mianowicie brak u nas w sklepach od okoła miesiąca. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż twierdzi, że to już świadczy o ruinie państwa skoro, jedna z przodujących gospodarek świata nie jest w stanie zaopatrzyć swoich obywateli w potocznie zwaną srajtaśmę. Jestem w stanie zrozumieć Francuzów chomikujących kondomy, zagadką pozostaje dla mnie jednak, czemu Niemcy rzucili się z takim impetem na papier toaletowy. Nie pomagało tu nawoływanie do solidaryzmu z innymi, którzy nie mają. Niektóre sklepy wprowadziły limity, jedno opakowanie na łebka. Inne wymyśliły opłaty dodatkowe (przeciętnie po 5 EUR) za każdą dodatkową paczkę. Papier rozpływał się niczym mgła. Jakby ludzie na tej narodowej kwarantannie większość czasu spędzali załatwiając swoje potrzeby fizjologiczne. A może faktycznie tak  jest? Wg statystyk branża żywieniowa odnotowała w ostatnim miesiącu w Niemczech wzrost obrotów o 700%!  No jakoś to całe żarcie trzeba przetrawić i wydalić z organizmu... Piekarze chcą wyjść na przeciw nowym trendom na rynku niemieckim i zaczęli piec ciasta w formie papieru toaletowego. Można powiedzieć, że upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. Niemcy próbują sobie bowiem obecny czas osłodzić i to dosłownie. Sprzedaż słodyczy wzrosła o 200%, także moi drodzy producenci słodkości proponuję zwiększony eksport Waszych wyrobów za Odrę, bo Niemcy lubią nasze wytwory! Ale uwaga, w jakiej formie je podacie. Jedna z firm cukierniczych miała moim osobistem zdaniem świetny pomysł na zające wielkanocne. Zamiast koszyka z jajkami trzymały one pod pachą paczkę papieru toaletowego. Niestety Niemcy to naród dziwny w sferze poczucia humoru i tym razem dowcipu nie zajarzył. W wyniku ogólnospołecznego oburzenia zające wycofano ze sprzedaży.

Panująca psychoza papierowo-toaletowa spowodowała, że i ostatecznie ja na wszelki wypadek jej uległam.  Na wszelki wypadek, bo w domu miałam jeszcze  5 rolek. Niemniej odwiedziwszy przeróżne sklepy w ciągu wcześniejszych dwóch tygodni obserwowałam z coraz większym rozbawieniem, że papieru, ręczników kuchennych, a miejscami nawet husteczek higienicznych brak. Dowiedziawszy się zatem, że w jednym z pobliskich sklepów następnego dnia będzie dostawa tego w obecnych czasach tak cennego produktu, poleciałam i ja z rana. Gdy w końcu po odstaniu swojej kolejki przed sklepem wpuszczono mnie do niego od wejścia zauważyłam, że na półce leżą ostatnie dwie  paczki. Niewiele myśląc rzuciłam się biegiem przez cały sklep. Gdy dopadłam półki z upragnionym towarem stojąca obok kobieta wybuchnęła tłumionym śmiechem. Ja też.Te dwie paczuszki były moje😊. Do domu szłam zatem dumna jak onegdajś panie z papierowymi naszyjnikami na polskich ulicach w czasach socjalizmu. W sumie, jak potem przeczytałam w jakimś artykule nie było to mądre z mojej strony. Były bowiem miejsca, gdzie ludzie zaczynali się o ten papier bić, kraść go sobie z wózków, więc czort wie, czy w tamtym momencie nie zwiększyłam jakoś strasznie ryzyka ewentualnego napadu na mnie. W każdym razie teraz mogę odetchnąć. Papier mam.
Na co się nie załapałam, to żel antybateryjny, który zawszę noszę ze sobą w torebce. Niestety za późno się zorientowałam, że właśnie mi się kończy. Nie rozpaczam jednak, bo choć biologii nienawidziłam, to tyle jeszcze pamiętam, że środkami na bakterie wirusa nie zwalczę. Niemcy jednak postanowili i tutaj oczyścić półki do zera i po dziś dzisiejszy nie zostały one uzupełnione. Nie znalazłam na niemieckich stronach wskazówek,  jak ewentualnie samemu sobie taki płyn wyprodukować. Zszokowały mnie za to doniesienia o wycieczkach wręcz do szpitali, by kraść stamtąd osławiony już papier toaletowy i płyn dezynfekcyjny. Wieści te dochodziły do nas z różnych stron. Od znajomych, którym przyszło w tym czasie leżeć w szpitalu, pracowników służby zdrowia, albo nawet od członków rodzin samych złodziei, jak w przypadku jednego z uczniów Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża, który dumnie opowiadał w szkole, jak to jego matka wyniosła ze szpitala dwa kanistry płynu dezynfekcyjnego. Co jak co, ale takich zachowań się po Niemcach nie spodziewałam. Gdy sobie pomyślę, że to ci sami ludzie, którzy w normalnych czasach chodzą na koncerty muzyki poważnej i pouczają na ulicy innych, że trzeba iść tym pasem kamieni na chodniku, a nie 5 cm obok, to aż mnie skręca. 
 
W obliczu braku papieru napis o jego niezagrożonej produkcji jakoś nie uspokaja

Ze wzajemnym wzglądem między ludźmi też różnie to bywa. W naszym bloku sąsiad od stycznia remontuje swoje 50 m2 (w Polsce całe dzielnice w tym czasie powstają...). Obecny czas postanowił wykorzystać nad podgonienie prac. W dobie, gdzie nawołuje się nas do pozostania w domu, niezwykle mili pracownicy firmy, którą najął do prac remontowych przykleili nam na drzwi kartkę z informacją, że dziś nie będzie nam wolno korzystać z łazienki i toalety od 8:00-14:00. Oczywiście od razu zadzwoniłam do tej firmy i im oznajmiłam, że w obecnych czasach mogą nas co najwyżej poprosić o coś takiego i od razu im z góry ogłaszam, aby od razu zapomnieli, iż zmuszona do pracy z domu nie będę korzystała przez 6 h z łazienki (nie w końcu po to tak walczyłam o papier toaletowy, żebym nie mogła z niego korzystać).


Nowe batalie przygotowują też już ponoć prawnicy, których obecna sytuacja także uderzyła po kieszeniach. W czasach "social distancing" ludzie nie mają do rozstrzygania tyle konfliktów, co zazwyczaj. Szukając nowego źródła dochodu mają ponoć zakładać sprawy tym, którzy szyją maseczki na twarz i wprowadzają je dalej do obiegu (bo przecież nie są to profesjonalne maseczki chirurgiczne...).
 


To dlaczego w takim razie cieszę się, że na czas epidemii przyszło mi siedzieć w Niemczech?  Zapraszam już wkrótce na drugą część mojej relacji z Niemiec w dobie koronawirusa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz